liść palmowy na tle nieba
fot. Resul Mentes / Unsplash

Święty wśród wielkich liczb

Oferta specjalna -25%

Pierwszy i Drugi List do Tesaloniczan

0 votes
Wyczyść

Uratował od śmierci jednego człowieka… Nie było jeszcze takiego świętego. Byli święci, którzy uzdrawiali chorych i wskrzeszali umarłych, byli inni, którzy słynęli ze szczodrobliwości dla biednych i miłosierdzia dla trędowatych.

Nikt dobrze nie wie, jak to było, bo przebieg rozmowy ojca Maksymiliana z Lagerführerem Fritzschem znali tylko oni dwaj: święty i zbrodniarz. Obaj nie żyją i świadczyć nie mogą. Inni, nawet sam Franciszek Gajowniczek, trzecia osoba dramatu, słyszeli piąte przez dziesiąte albo zgoła nic.

Pewne jest tylko to, że Gajowniczek, który został wybrany na śmierć, żyje, a ojciec Kolbe, który wybrany nie został, nie żyje.

Pewne jest także to, że wystąpił z szeregu i coś powiedział do Lagerführera, po czym został włączony do grupy skazańców, z której usunięto Gajowniczka.

Co do słów, które przy tym padły, i zachowania osób biorących udział w zdarzeniu, istnieje tyle wersji, ilu świadków.

Pewne jest także to, że ojciec Maksymilian konał długo, dziesięć lub nawet dwanaście dni, w mękach głodu i pragnienia, i że modlił się do ostatka, podtrzymując na duchu zamkniętych razem z nim skazańców. Na to są świadkowie: więźniowie obsługujący Blok Śmierci.

Reszta – to znaczy przebieg rozmowy z Fritzschem, myśli i uczucia ojca Maksymiliana w tym momencie i później, a także powód, dla którego Fritzsch przyjął jego ofiarę, pozostaną na zawsze tajemnicą. Tajemnicą ojca Maksymiliana i Boga, który tak wyreżyserował to zdarzenie, aby świętość została zrealizowana i zauważona.

Świętość chyba na tym właśnie polega: jest to takie zdumiewające zdarzenie lub takie zdumiewające życie, do którego już nikt z ludzi nie ma wstępu – tajemnica, która zapada między Bogiem a wybranym człowiekiem i której sens powoli przenika do ludzi. Cóż wiemy o naszych świętych poza tym, co dla nas znaczą?

To znaczenie przenika powoli. Bo to nieprawda, że – jak piszą niektórzy autorzy zajmujący się historią ojca Kolbego – czyn jego „rozszedł się szerokim echem po obozie”, „przeniknął za druty”, „stał się głośny w świecie, budząc otuchę” itd. Nieprawda. To było dopiero w drugim roku wojny, a wojna, jak choroba, sprawia to, że cierpiący z jej powodu ludzie przyjmują do wiadomości to tylko, co chcą przyjmować, czyli to, co im sprawia ulgę. A czyn ojca Kolbego niósł z sobą zagrożenie, nie ulgę. Jak to: oddał się dobrowolnie na śmierć, gdy każdy z nas robi wszystko, żeby jej uniknąć? Za drugiego człowieka, gdy każdy z nas oddycha z ulgą, że właśnie drugiego człowieka dotknęło nieszczęście wojny (kula, odłamek, wyrok), a nie nas? I właśnie nieszczęście drugiego człowieka, dzięki któremu myśmy ocaleli, uważamy za cud, za zrządzenie Opatrzności, za osobliwy znak Bożej przychylności i wybrania, za który dziękujemy w gorących modlitwach. Dziś, gdy znając czyn ojca Kolbego wspominamy nasze własne dzieje wojenne, oddychamy również z ulgą, żeśmy go wtedy nie znali, bo stwarzał wzór heroizmu, za którym nie umielibyśmy pójść. Mieliśmy wzory inne, dawne, z innych sytuacji. Wzory żołnierskiego i cywilnego bohaterstwa, a także wzory świętości, nawet wzory męczeństwa. Mogło się zdarzyć, i zdarzyło się, że te wzory dawne aktualizowały się w czasie tej wojny, w czasie tej niewoli, i wielu z nas ginęło tak, jak ginęli bohaterowie dawnych wojen, powstań, albo tak jak ginęli pierwsi chrześcijanie: w heroicznym boju, w heroicznym milczeniu, na polu bitwy, w izbach tortur, pod murami straceń, na krawędzi masowych grobów. Wiadomości o tym szybko przenikały do ogółu, bo go utwierdzały w sposobach postępowania, które ogół znał i przyjął.

Ale ta wojna niosła z sobą także doświadczenia nowe, stwarzała sytuacje nieznane dotąd i to one były najtrudniejsze, bo jakby nieokreślone moralnie, nieoznaczone, nieprzewidziane w historycznych wzorach bohaterstwa i świętości. Odpowiedzialność zbiorowa była taką sytuacją. Albo obóz zagłady, w którym skazani są wszyscy, tylko nikt nie zna swojej chwili ostatniej. Albo prześladowanie rasowe, gdy wyrok śmierci nosi człowiek w rysach swojej twarzy. Albo praca przymusowa, która wydaje wyrok automatycznie na każdego, kto słabnie…

Dlatego byli ludzie, którzy twierdzili, że do rzeczywistości państwa totalnego i wojny totalnej nie stosuje się ani tradycyjny heroizm, ani tradycyjna moralność, że ta wojna jest klęską wszystkich tradycjnych kodeksów i wartości, że Oświęcim to podwaliny nowej, potwornej cywilizacji wyzutej z bohaterstwa i świętości, z miłości i nadziei. W Oświęcimiu – pisał Tadeusz Borowski – objawia się straszliwa prawda o człowieku, który dotychczas okłamywał sam siebie, mówiąc, iż jest zdolny do czegoś więcej niż do walki o istnienie; nową moralność, nowe prawo, nowy ład społeczny trzeba budować na prawdzie Oświęcimia, a nie na ułudach filozofii, na fikcjach prawa i religii.

Na czym w istocie polega nowość Oświęcimia w dziejach człowieka? Na okropnościach śmierci i ucisku?… Nie! Człowiek zawsze zadawał drugiemu człowiekowi cierpienia. Wspomnijmy na okrucieństwa dawnych wojen, na los niewolników i jeńców, na straszliwe więzienia w lochach i pieczarach, wobec których baraki Oświęcimia wydają się szpitalem polowym. Wspomnijmy wreszcie na nędzę przeludnionych miast, gdzie robotnicze rodziny żyły w warunkach zbliżonych do Oświęcimia.

Zdaje się, że przerażająca nowość Oświęcimia polegała na liczbach. Przez obszar obozu oświęcimskiego, który nie przekraczał rozmiarami prowincjonalnego miasteczka, przeszło w ciągu pięciu lat więcej ludzi, niż dzisiaj liczą największe metropolie (około dziesięciu milionów), z czego połowa co najmniej, ponad cztery miliony, zginęła. Człowiek umierał w tłumie i w pośpiechu poganiany jednakowo do pracy, jedzenia i śmierci. Umierał bezimiennie, oznaczony wielocyfrowym numerem. Umierał niezauważony. Dobijany nie z okrucieństwa ani z litości, ale po to, by zrobić miejsce następnym. I mogło się wydać, że to wszystko jedno, jak umrze: heroicznie czy w poniżeniu, skoro nikt tego nie dojrzy i nikt nie zapamięta.

Bohaterstwo Oświęcimia, bohaterstwo nowej epoki, która tam się rodziła, to było bohaterstwo małej liczby w wielkiej liczbie. Takie jest bohaterstwo mas ludzkich sterroryzowanych siłą i literą narzucanego prawa, takie jest bohaterstwo struktur zautomatyzowanych, bohaterstwo człowieczeństwa wyzutego z odruchów solidarności, człowieczeństwa, którego więzi społeczne przecięto, by je opleść więziami sztucznymi.

Bohaterstwo, które nie ma świadków i które nie przenika do innych.

A jednak przeniknęło! I to jest też tajemnica świętości, tajemnica Boga.

Trzeba było wielu lat, aby czyn ojca Kolbego stał się znany, aby doszło do aktu, którego teraz jesteśmy świadkami. I do tego, że przybywający dziś do Oświęcimia turyści i pielgrzymi pierwsze swe kroki kierują nie do krematorium, ani pod szubienicę Hössa, nie do muzeum, lecz właśnie do celi ojca Maksymiliana, i że ze wszystkich więźniów Oświęcimia – a ilu ich było, tego naprawdę nikt nie wie – on właśnie stał się najbardziej znany. Przyjdzie może czas, kiedy na hasło „Oświęcim” ludzie naszej cywilizacji znajdą w pamięci tylko taki odzew: ach, to miejsce, gdzie zginął św. Maksymilian – podobnie jak Colosseum rzymskie kojarzy się tylko ze śmiercią chrześcijańskich męczenników, z drewnianym krzyżem na jego ruinach, a nikogo nie ciekawią ani przedziwne spektakle, które tam się odbywały, ani skomplikowane urządzenia, które im służyły, ani cała cywilizacja, której część stanowiła ta niesamowita budowla.

Gdy minie dalszych 40, 50, 100 lat, a szczupła postać we franciszkańskim habicie utrwali się w oczach wyznawców Kościoła powszechnego, stając się dla wielu może pośrednikiem próśb wznoszonych do Boga, dla wielu pocieszeniem, dla wielu umocnieniem w wierze, samo zdarzenie może znów zatrze się, jak płaskorzeźba pod stopami przechodzących. Może świat Oświęcimia będzie już tak niezrozumiały, jak dzisiaj niezrozumiałe są dla nas rzymskie cyrki. Może w różnych zakątkach świata powstanie wiele fantastycznych wersji śmierci i życia ojca Maksymiliana, tak jak powstało na temat wszystkich innych świętych Kościoła.

Pozostanie człowiek-znak. Święty: znak wciąż żywych związków Boga z człowieczeństwem. Jakby odnowienie Przymierza.

*

Kim był ojciec Maksymilian Kolbe za życia, jeszcze dziś wiadomo dobrze, bo pozostawił wielu świadków swej działalności, wiele dzieł organizacyjnych i wiele pism po sobie. Wszystko to tworzy całość wraz z jego dziełem ostatnim, z jego czynem ostatnim i z jego słowem ostatnim, którym była śmierć z wyboru.

Gdyby nie ta śmierć, ojciec Maksymilian Kolbe byłby w swoim zakonie i w całym Kościele czczony jako gorliwy kapłan, pobożny zakonnik, niezwykle czynny apostoł Ewangelii i czciciel Maryi. Zapamiętano by jego niezwykłe pomysły spożytkowania współczesnych wynalazków technicznych dla głoszenia słowa Bożego i, być może, powracano by nieraz do jego idei Rycerstwa Niepokalanej, które niby maryjna masoneria miało ogarnąć cały świat, aby skrycie i otwarcie, słowem, przykładem i modlitwą pracować nad jego moralną naprawą. Ale wojna i powojenne przemiany w świecie i w Kościele pewnie usunęłyby w cień ówczesne jego idee noszące wiele cech tryumfalizmu porewolucyjnego i ponapoleońskiego, skażone na dodatek duchem nowoczesnej, globalnej utopii.

Ta wizja katolicyzmu podbijającego glob ziemski należy do epoki międzywojennej. Krzyżowały się wówczas najróżniejsze pomysły utopijne, które wyroiły się z bogatego w idee wieku XIX. Gdy się dzisiaj studiuje programy ówczesnych partii politycznych – prawicowych i lewicowych – programy rządów, ruchów umysłowych, a nawet niektórych prądów artystycznych, uderza łatwość, z jaką od konkretu przechodziło się wtedy do uogólnień, od krytyki do projektu, od projektu do organizacyjnej krzątaniny. Jakby myśl nie znała oporu materii, z jaką ma do czynienia: materii społecznej, materii gospodarczej, materii psychologicznej. Był to rezultat myślowy wieku poprzedniego, który w każdej dziedzinie był wiekiem systemów, oraz rezultat ogromnego przyśpieszenia wszystkich procesów rozwojowych, za którymi myśl nie nadążała. Idee wieku XIX powstawały w ciszy gabinetów i bibliotek. W wieku XX, w wieku przemian, każdy pomysł ogólny trzeba było przełożyć na nowy konkret. Ileż to zaplanowano wówczas jawnych i tajnych bractw, lig, krucjat, partii i związków dla zbawienia świata! Ileż słonecznych, promiennych, chłopięcych i dziewiczych miast, republik, wiosek powstało w brulionach pisarzy, społeczników, wychowawców na lewicy i na prawicy, w religijnym lub antyreligijnym duchu. Niektóre pozostały na papierze, jak „szklane domy” Żeromskiego albo „republika spółdzielcza” Edwarda Abramowskiego; inne przybrały kształt realny, choć daleki nieraz od pierwotnego pomysłu, jak ruch sportowy albo skauting.

Do takich właśnie pomysłów należała Militia Immaculatae ojca Maksymiliana, powstała ze „sprzysiężenia” siedmiu franciszkańskich kleryków w burzliwym roku 1917… „Rycerstwo” poświęcone czystości najczystszej, świętości najświętszej, miłości najgorętszej, której na imię Maryja.

Ale ponurą zagadką naszego wieku było to, że zbrodnia przeciw ludzkości przyszła też ze świata utopii.

Bo przecież hitlerowcy byli też „utopistami”. Im też śniły się państwa zdrowych chłopców i dziewcząt, a hasło Kraft durch Freude („siła przez radość”) mogłoby równie dobrze stać się hasłem skautów czy innej szlachetnej ligi… Korpus SS był w założeniu zakonem, wzorowanym na zakonach rycerskich średniowiecza, który za cel postawił sobie oczyszczenie świata; tyle że Zło hitlerowcy utożsamiali z innymi ludźmi, a oczyszczenie oznaczało zabijanie. Utopia hitlerowska została wzniesiona na pogardzie i nienawiści.

Na utopiach nienawiści i pogardy dla innych ludzi wzrosły imperia ideologiczne XX wieku o niespotykanej dotąd sile i zdolności do mobilizowania mas. Wojownicze jak żadne dotąd. Wszystkie obiecywały wieczysty pokój i dostatek, siejąc wojnę i tworząc rzesze niewolników. Jedno z ideologicznych imperiów zabiło ojca Maksymiliana. Zakonnika miłości i czystości zabił zakonnik pogardy i śmierci, przekonany, że zmiata z powierzchni ziemi coś, co jest zbędne i przeszkadza w urzeczywistnieniu wieczystego pokoju i porządku na świecie.

Lagerführer Fritzsch był może zupełnym prymitywem niezdolnym do rozumienia nawet tej ideologii, której służył. Może był tylko bezmyślnym narzędziem – nieważne to, gdyby bowiem na jego miejscu znalazł się najinteligentniejszy SS-man, piękny podobno jak anioł, olśniewający erudycją i wdziękiem Heydrich, albo sam twórca korpusu i jego ideologii, niedoszły ksiądz katolicki Himmler, rezultat byłby ten sam i dialog taki sam. Ojciec Kolbe i Lagerführer byli ludźmi tej samej epoki. Obaj myśleli o oczyszczeniu świata. Ojciec Kolbe o oczyszczeniu go ze zła, które jest w człowieku. Lagerführer o czyszczeniu go z ludzi, których uznał za zło. Obaj znaleźli się na ostatecznej granicy swojego myślenia. I obaj ją przekroczyli. SS-man w kierunku zbrodni, franciszkanin w kierunku świętości. Fritzsch zabił człowieka. Ojciec Kolbe uratował człowieka. Fritzsch oddał się na służbę ideologii i zbudowanemu na niej imperium i zabił wielu ludzi, a ojciec Kolbe… Uratował od śmierci tylko jednego człowieka.

Gdyby było więcej czasu na rozmowę, zakonnik pogardy i śmierci zapytałby go pewnie, co to za człowiek, za którego chce oddać swoje życie. Czy to ktoś wybitny? Uczony? Wynalazca? Polityk? Duchowny wyższego stopnia? Dlaczego wart jest cudzego życia? Może wart jest więcej żywotów?

Ojciec Kolbe uratował jakiegoś człowieka. Przypadkiem znamy jego nazwisko, bo przypadkiem był to Polak, przypadkiem przeżył obóz i wojnę. Mógł być całkiem obcy, przepaść potem w tłumie „häftlingów”, jak ten piekarz, który swą ucieczką ściągnął na blok 14 męczarnię 12-godzinnego apelu i śmierć w głodowym bunkrze kilkunastu swoich towarzyszy. Ten ocalony przypadkowo był dobrym człowiekiem, który wiedział, kto i dlaczego złożył za niego ofiarę życia. Ale mógł też być złym człowiekiem, który…

Było to obojętne. Tak obojętne, jak po dziś dzień jest obojętne, kim był Barabasz wymieniony za Chrystusa, jak zareagował na wiadomość, że mu darowano życie, aby zabić Galilejczyka, i co potem ze swoim darowanym życiem zrobił.

Tą ofiarą złożoną za jakiegoś przypadkowego człowieka ojciec Maksymilian przeprowadził nas przez próg wieku ideologii, wieku utopii, wieku rozwiązań globalnych, w epokę, która jest szukaniem zgubionego człowieka. Pojedynczego człowieka, każdego człowieka. To on, Święty Maksymilian z Oświęcimia jest ojcem Kościoła otwartego na całą ludzkość i na każdego człowieka z osobna. Jest ojcem Soboru Watykańskiego II i czterech pontyfikatów drugiej połowy XX wieku, które zmieniły związki Kościoła ze światem. Jest duchowym ojcem Jana, Pawła i dwóch Janów Pawłów. Jest patronem wielkiej encykliki Jana Pawła II Redemptor hominis.

*

Uratował od śmierci jednego człowieka… Nie było jeszcze takiego świętego. Byli święci, którzy uzdrawiali chorych i wskrzeszali umarłych, byli inni, którzy słynęli ze szczodrobliwości dla biednych i miłosierdzia dla trędowatych. Byli tacy jak św. Franciszek Ksawery szczycący się tysiącami nawróconych pogan, lub słynni kaznodzieje skruszający serca możnych. Byli inni, jak św. Bernard, który siłą swej wymowy umiał pchnąć całe rycerstwo europejskie na wyprawę krzyżową. I inni wreszcie, którzy powstrzymywali inwazje barbarzyńców, jak św. Leon czy św. Genowefa, lub sami cudowną mocą wygrywali wojny, jak św. Joanna. I na koniec męczennicy, w których poczcie zajmie teraz miejsce św. Maksymilian. Znieśli śmierć i wymyślne tortury dla Chrystusa i Ewangelii lub dla zaświadczenia wierności rzymskiemu Kościołowi.

Kościół katolicki został wzniesiony na kościach męczenników. Rozwija się i odradza w swoich świętych. Jest Kościołem świętych. To przez nich różni się od reszty świata. Wszystko w nim jest takie jak gdzie indziej: i hierarchia, i organizacja, i obrzędy – poza tym jednym: poza szalonymi cnotami jego świętych, którzy dali się zabijać, wyniszczać, zużyć do cna swych sił fizycznych i duchowych na świadectwo, że Chrystus jest Prawdą i że jest obecny w tym Kościele. Gdyby mi kto kazał w jednym zdaniu opowiedzieć historię Chrystusa i Jego Kościoła, opowiedziałbym ją tak: był człowiek, który powiedział, że przychodzi od Boga, bo sam jest Bogiem, i na dowód prawdy dał się zabić, i byli inni, którzy uwierzyli, że zmartwychwstał i na dowód wiary też dali się zabić.

Przybywa teraz do nich jeszcze jeden. Ale nie oddał swego życia za żaden dogmat swojej wiary. SS-manom, którzy tego dnia przeprowadzali selekcję do bunkra głodowego, było zupełnie obojętne, jakiej wiary jest człowiek proszący, aby go wzięto. Nie mieli ani tej szyderczej satysfakcji, z jaką urzędnicy i oficerowie rzymskiego imperium zabijali wyznawców dziwacznego, wschodniego obrządku w przekonaniu, że bronią kultury przed degeneracją, ani też neofickiej gorliwości nawróconych na arianizm Wandali, którzy chrześcijan wierzących w dwie natury Jezusa zabijali jako bluźnierców, ani fanatyzmu wyznawców Allacha. Nie planowali też zniszczenia religii w imię naukowego światopoglądu. Hitlerowcom było to obojętne. Hitler deklarował oficjalnie poszanowanie religii, bo mieściła się w ramach jego konserwatywnej rewolucji, a nawet uważał się za obrońcę chrześcijaństwa przed bolszewizmem, światowym żydostwem i masonerią. Sam uznał się za wybrańca Opatrzności i często się na Nią powoływał w swoich mowach.

Konflikty hitlerowców z kościołami dotyczyły instrumentalności religii oraz praw człowieka, godności człowieka, życia człowieka.

Jakie to były konflikty i ile ich było? Któż to wie? Ile drobnych bohaterstw duchownych wszystkich wyznań, lekarzy, pielęgniarek, urzędników, funkcjonariuszy ratujących ludzi przed wyeliminowaniem, ilu cichych męczenników, ile codziennego ryzyka we wszystkich okupowanych krajach, a także, czy może przede wszystkim, w samej Rzeszy! Prawo ogólne, prawo wielkiej liczby w umieraniu mówiło każdemu: chroń się. Ale od tego prawa silniejsze prawo miłości często wbrew woli człowieka czyniło z niego bohatera w obronie cudzego życia.

W imperium Hitlera walka toczyła się nie o prawo wyznawania takiej czy innej religii (poza żydowską, która została skazana na skalę taką jak chrześcijaństwo w pogańskim Rzymie), nie o taki czy inny dogmat wiary, czy o wiarę samą, lecz o istotę i cel Chrystusowego przyjścia na świat, o treść Chrystusowej śmierci na krzyżu: o nieskończoną wartość każdego człowieka, którego przeznaczeniem jest zmartwychwstanie i życie wieczne w Chrystusie.

I dlatego ojciec Kolbe, którego nikt nie pytał, jakiej jest wiary, ani od którego nikt nie żądał jej wyrzeczenia się, w istocie za nią poniósł śmierć, otwierając dla nas, ludzi żyjących w świecie wielkich liczb, jej najgłębszą prawdę: nadprzyrodzoną wartość pojedynczego ludzkiego istnienia.

*

Autor Skąpca Bożego napisał: „Wielkość o. Maksymiliana Kolbe nie kaźnią głodowego bunkra, ale ideą królowania Maryi trzeba mierzyć”…

Idea „królowania Maryi” była w istocie ideą świętości rozprzestrzenialnej, świętości nadającej się do zakomunikowania całej ludzkości. „Cel M.I. (Militia Immaculatae)… zdobyć cały świat i każdą duszę z osobna, która jest lub będzie do końca świata” (Wybór pism, Warszawa 1973, s. 460). Zrodziła się z upartej, skrupulatnej pracy nad sobą, której zapis pozostawił ojciec Kolbe w swych dziennikach (był utalentowanym pisarzem!) i z przerażenia światem, który świętość odrzuca. Ojciec Kolbe naprawdę uwierzył w życie wieczne. Przedstawił je w formie rysunku: narysował linię prostą, której mały odcinek podpisał „życie doczesne”, a resztę, zakończoną strzałką, czyli prowadzącą w nieskończoność, podpisał „życie wieczne”. Ojciec Kolbe, który miał wyobraźnię matematyczną i fizyczną (skonstruował projekt pojazdu kosmicznego), zobaczył wieczność w matematycznych proporcjach. Jego wiara była nadzieją podniesioną do stopnia ścisłej wiedzy.

Gdyby mu przyszło żyć sto lat wcześniej, w świecie takim, jaki był dawniej, podzielonym na izolowane od siebie środowiska, zamknąłby się w jakimś klasztorze, a pobożność jego znana byłaby braciom i okolicznym ludziom, którzy schodziliby się może na jego kazania i tłoczyli u jego konfesjonału. A on wiedziałby na pewno, że żyje wśród ludzi do siebie podobnych i wierzących w to, w co on wierzy.

Urodził się jednakże u progu XX wieku i przeżył eksplozję informacyjną: świat otworzył się na wszystkie strony, ujawnił się w nieprzeczuwanym dotąd ogromie i w niewyobrażalnej rozmaitości. W dziedzinę faktów ludzkich wtargnęły liczby. Wtargnęły także w dziedzinę ducha. Gdyby ojciec Maksymilian żył trochę wcześniej, przemawiałby do tych, którzy stoją w kręgu jego ambony i ołtarza z czułością, jako do swojej owczarni, wiedząc, że nieco dalej, u progu kościoła stoją tacy, których trzeba przybliżyć, a poza kościołem błąka się jeszcze trochę dusz, które trzeba odnaleźć. Z takim obrazem świata ojciec Maksymilian wkroczył w wiek XX i przeżył szok informacyjny: zobaczył świat w liczbach, tak jak zobaczył wieczność w liczbach, i zrozumiał, że tych, którzy jak on wierzą, tych, co jak on wiedzą, w co wierzą, jest znikoma mniejszość, garsteczka. Zobaczył świat jako ogromną masę obojętnych ludzi powiązanych ze sobą nie wspólną nadzieją, wiarą i miłością, lecz drutem telegraficznym, drukiem, liniami lądowej, wodnej i powietrznej komunikacji; zobaczył świat jako całość, lecz całość pustą. I zrozumiał, że wystarczy nadać właściwą wiadomość, aby tę całość obleciała w mgnieniu oka i wypełniła ją – zbawiła. Poczuł się za tę wiadomość odpowiedzialny. Nadał jej imię: Maryja, które znaczyło dla niego tyle, co „Bóg się rodzi”. „Niepokalana w znaczeniu duchowym – pisał – jest zawsze, ustawicznie Matką Jezusową. Ona Go w duszach rodzi. Ona daje Mu wzrost w duszach” (Wybór pism, s. 458). Nie urodził się niegdyś, gdzieś, ale: rodzi się teraz, tu, a to „tu” i „teraz” jest wszędzie tam, gdzie jest uznana, uwielbiona Maryja, Niepokalana. Maryja rodząca Jezusa, Niepokalana Matka Boga jest trwałą rzeczywistością tego świata – jego liczbą stałą, Constans. Reszta jest ułudą, zbiorem pustym. Miliony głów, kilometry drutów, szyn i dróg, tony stali, betonowe pustynie miast, lasy kominów i nad nimi dymy, dymy, dymy… czym to wszystko jest, czym to byłoby, gdyby nie Ona, rodząca Słowo Boże…

Ojciec Maksymilian u progu swego życia ujrzał świat XX wieku jako jedno miasto powiązane drutami komunikacji i strachu. Jak Auschwitz czekający na objawienie Boga Wcielonego, pytający, gdzie jest jego „żłób kamienny”.

Postanowił wszystkimi środkami nowoczesnego przekazu nadać wiadomość, że Chrystus się rodzi w każdym sercu, w którym zamieszka Maryja, czyli świętość. Nadać ją przez radio, drukować w milionach egzemplarzy, rozrzucać z samolotów, rozsiać po świecie jak zbawienny gaz, każdemu człowiekowi włożyć na szyję Cudowny Medalik niby piętno niewolnictwa, każdego dotknąć osobiście tą wiadomością, tą pewnością, dla której w końcu umarł.

Ci, którzy Go widzieli w ostatnich chwilach, świadczą zgodnie, że wyglądał na człowieka szczęśliwego. Widział „żłób kamienny” i narodzenie Chrystusa w tym miejscu, w którym sam spełniał do końca czyn doskonałej Chrystusowej miłości. Jak Maryja rodził Słowo Boże.

Wśród milionów niewolników ciemności, którzy nic o tym nie wiedzieli.

nr 110, październik 1982

Święty wśród wielkich liczb
Andrzej Kijowski

(ur. 29 listopada 1928 r. w Krakowie – zm. 29 czerwca 1985 r. w Warszawie) – krytyk literacki, wybitny eseista, prozaik i scenarzysta, w czasach cenzury pisał pod pseudonimem Dedal. Autor opowiadań, powieści, esejów....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze