fot. eman-genatilan

Aborcja, postęp i absolutyzm

W bitewnym szyku kroczą dzisiaj zarówno zwolennicy aborcji, jak i jej przeciwnicy. Jedno ich z całą pewnością łączy: przekonanie o tym, że człowiek jest wolny i że nie można mu bezkarnie odbierać życia. Dzieli ich przekonanie na temat wartości życia nienarodzonych jeszcze ludzi.

Poruszanie tematu, który silnie polaryzuje dzisiaj uczestników społecznej debaty, a jednocześnie jest już do bólu przegadany, wydaje się przedsięwzięciem z góry skazanym na niepowodzenie. Zakładam, że czytelnik, przystępując do lektury tekstu, chce się dowiedzieć czegoś, czego do tej pory nie wiedział, albo przynajmniej spojrzeć na znane już problemy w nowym świetle. Temat aborcji wraca w społecznej debacie jak kolejna fala pandemii, trudno więc napisać o czymś, czego by już wcześniej nie przedyskutowano. Jego poruszaniu towarzyszy zrozumiała irytacja. Z obu stron. To zdecydowanie interdyscyplinarna debata, w której uczestniczą przedstawiciele różnych profesji, niekoniecznie przestrzegając właściwych im kompetencji. Nic w tym zresztą dziwnego, bo problemem aborcji nie są zainteresowani jedynie eksperci – to zagadnienie, które dotyczy ludzkiego życia, czyli pozostaje ważne dla każdego człowieka, niezależnie od tego, czy jest filozofem, prawnikiem, teologiem czy biologiem. Eksperci biorący udział w debacie rekrutują się głównie z czterech wymienionych wyżej dyscyplin, nie prezentując bynajmniej w ich obrębie jednego tylko stanowiska. Końcowym efektem tych debat bywa stanowione prawo, w którego konstytuowanie zaangażowani są politycy dający posłuch jednym bądź drugim opiniom, niekoniecznie kierując się własnymi moralnymi przekonaniami. I to właśnie prawo – jak się przekonaliśmy kolejny raz niespełna sześć miesięcy temu – stanowi punkt zapalny sporu o aborcję.

Walka z wartościami w tle

Spór o dopuszczalność aborcji istnieje wprawdzie niezależnie od regulacji prawnych, ale kiedy w prawie pojawiają się zapisy, które zabraniają działań uznawanych przez pokaźną część zainteresowanych nimi obywateli za moralnie dopuszczalne, bunt przeciw takiemu prawu jest nieunikniony. Prawo traktowane jest wówczas jako narzędzie przymusu do działania wbrew własnym przekonaniom moralnym. To bolesne! Kiedy prawo pozwala nam na więcej, niż jesteśmy w stanie moralnie zaakceptować, łatwiej nam się z tym pogodzić, ponieważ naszemu działaniu nie są stawiane żadne bariery. Nawet usilne zabieganie o zmianę prawa nie jest wtedy związane z naruszaniem własnej, moralnej tożsamości. Apelując o zmianę prawa, walczymy wówczas o wartości (jakkolwiek szumnie to brzmi), ale nie o samego siebie. Zwracam na to uwagę, ponieważ wśród zwolenników aborcji jest bardzo wiele osób dogłębnie przekonanych o tym, że jest to działanie moralnie dopuszczalne – z oczywistych zatem względów ostatnią zmianę prawa potraktowały jako głęboko krzywdzącą. Nie zmienią swojego zdania pod wpływem prawa, a tym bardziej pod wpływem plakatów i oskarżeń. Ponieważ prawne zakazy dotykają je osobiście (taka jest moc moralnych przekonań), radość oponentów świętujących zwycięstwo wywołuje jedynie ich złość pod adresem strony przeciwnej. Wzajemne obrzucanie się inwektywami sprawia, że nie ma już w tym sporze nikogo, kogo by nie oskarżono o krew na rękach; obawiam się też, że – przynajmniej na razie – możliwość racjonalnej dyskusji jest raczej wątpliwa. Ma ona bowiem sens jedynie wtedy, gdy obie strony sporu wzajemnie się słuchają i starają zrozumieć argumenty strony przeciwnej. W tym wypadku nikt już nikogo nie słucha, jest tylko przekrzykiwanie się i przebijanie akcjami plakatowymi. Na tych samych banerach raz czytamy, że „Aborcja jest OK”, a za parę miesięcy „Mam 11 tygodni”. Nie wiem, czy te plakaty odnoszą inny skutek poza tym, że na ich rozklejaniu zarabiają właściciele powierzchni reklamowych, którym jest wszystko jedno, komu je wynajmują. I kiedy ucichną spory o aborcję, będzie na nich reklama keczupu albo rajstop. Kręci się…

Nie umniejszam bynajmniej sporu o aborcję, odnoszę jednak wrażenie, że uległ on trywializacji na skutek wpisania go w retorykę walki, która nie sprzyja pogłębionej refleksji. W walce zawsze się kogoś zwalcza, są wrogowie i swoi, zwycięstwa i porażki, wygrani i przegrani, strategie i sztandary. I niekoniecznie jest miejsce na negocjacje. Etyka nie negocjuje, ale i nie walczy. Mówimy wprawdzie, że jej zadaniem jest obrona wartości, ale to nie jest obrona polegająca na atak

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 05, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść