fot. Maciej Chanaka OP

Przez kilka lat pod dachem wrocławskiego klasztoru Dominikanów działało pseudoduszpasterstwo, a raczej sekta religijna, na czele której stał duszpasterz akademicki Paweł M. Dopuszczał się on przemocy i gwałtu na studentkach. Dopiero po dwudziestu latach sprawca trafił do aresztu.

Rozmawiają Jacek Prusak SJ i Katarzyna Kolska

Ludzie się dziwią: Jak to możliwe?

Jest takie powiedzenie, że fałszywy prorok i prawdziwy wyznawca są dla siebie nawzajem stworzeni.

Od czego się zaczyna?

Od obietnicy. Lider grupy, skupmy się na grupie religijnej, ma coś, co chcą mieć ci, którzy go podziwiają. Najczęściej w przypadku wspólnoty religijnej będzie to obietnica wyjątkowej i bliskiej relacji z Bogiem, rzekomo tak bliskiej, jaką ma ten, który się na nią powołuje, oraz jakiejś specjalnej misji, którą ta grupa ma do spełnienia.

I wszyscy mu wierzą?

Wszyscy, którzy są blisko niego i są podatni na jego zwodnicze manipulacje. Żeby to zrozumieć, trzeba na problem spojrzeć z trzech perspektyw równocześnie: osobowości lidera, czyli tak zwanego guru czy „charyzmatyka”, osobowości osób, które weszły w orbitę jego oddziaływań, i dynamiki grupy, która zaistniała wokół lidera.

Rozmawiamy o ludziach dorosłych.

Wiek nie ma tutaj decydującego znaczenia, ponieważ w takiej wspólnocie nie mówimy o relacji dorosły – dorosły, tylko o relacji dorosły obsadzony w roli autorytarnego rodzica z dorosłym, który jest od niego dziecięco zależny. Z takiej grupy trudno wyjść, zwłaszcza gdy wszystko jest okraszone aurą wyjątkowości i niepowtarzalności i kiedy wytworzyło się już tzw. myślenie grupowe. Wtedy dochodzi do nadużyć.

Obietnica bliskości Boga wydaje się rzeczywiście bardzo atrakcyjna, ale kiedy zaczyna mnie coś boleć albo kiedy widzę, że ktoś robi mi krzywdę, to automatycznie się wycofuję.

Ale na początku nie wiem, że ktoś mnie krzywdzi, bo ten ktoś mówi, że mnie ratuje i zbawia.

Jednym z najczęstszych mechanizmów manipulacyjnych w przypadku nadużyć duchowych jest bombardowanie miłością, a więc schlebianie adeptowi i dowartościowywanie go, utwierdzanie w przekonaniu, że tylko w tej grupie będzie bezwarunkowo akceptowany i kochany. Skuteczność tej techniki opiera się na stworzeniu uczuciowej, ale dysfunkcyjnej zależności od lidera i grupy. Bardzo często towarzyszy temu inna manipulacyjna strategia, tzw. obwinianie przez wzajemność mające na celu wzbudzenie u adepta permanentnego poczucia winy w wypadku jakiegokolwiek przejawu podważenia autorytetu lidera czy dobrych intencji grupy, od których otrzymało się już tyle „dobra”.

Po drugie, kiedy już się przekonam, że ktoś wyrządza mi krzywdę, a ja, zostając, krzywdzę siebie, to jestem zastraszany konsekwencjami opuszczenia grupy, ponieważ wmawia mi się, że jest to zdrada samego Boga. Po trzecie, skoro ktoś mnie krzywdzi, a ja na to zezwoliłem albo nadal zezwalam, to sam jestem za to odpowiedzialny, więc się uruchamia poczucie winy i wstyd przed przyznaniem się do bycia ofiarą. Po czwarte, może w tej chwili mnie krzywdzi, ale jest w tym jakiś głębszy sens i na razie odbieram to jako krzywdę, ale ostatecznie to będzie moje wyzwolenie, dlatego warto wytrzymać i poczekać. Bo nawet jeśli widzę, że coś jest nie tak, to nadal wierzę, że reforma jest możliwa, a moje cierpienie było po coś i nie pójdzie na marne, bo było potrzebne dla wyższej sprawy.

Kto jest podatny na takie uwodzenie i podporządkowywanie się liderowi?

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 05, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść