fot. artiom-vallat

Nie wiem, czym „pachniała Saska Kępa” (mój Radom był wtedy tak odległy od stolicy, że nie myślałem o tym), ale bardzo dobrze pamiętam, że „nie wiedziałem, co ze mną będzie”. Nie tylko dlatego, że osiemnastolatkowi wszystko wydaje się jednakowo możliwe i zupełnie nie wie, na co się zdecydować. Nie wiedziałem, co ze mną będzie również dlatego, że byłem zakochany. Po uszy. A mówiąc konkretnie: po koniuszki palców. Gdy budziłem się rano, z tęsknoty i z zakochania bolały mnie koniuszki palców. Do dziś uważam to za najbardziej wiarygodne kryterium zakochania i wielokrotnie mówiłem o nim moim studentom z DA: jak kogoś nie bolą koniuszki palców z tęsknoty, to niech nie zawraca głowy, że się zakochał.

Ania. Śliczne imię, prawda? A ponieważ – będąc chłopcem grzecznym, nieśmiałym i skromnym – „nigdy nie miałem śmiałości do kobiet”, to czułego mówienia do niej uczyłem się z telewizji, od Leszka z Daleko od szosy: Anulka, Aneczko. Wszystko, co z nią związane, uskrzydlało mnie, przenikało i napełniało jakimś niepojętym, poetyckim wręcz natchnieniem. Nie, nie pisałem wierszy dla Ani (choć miłosny debiut poetycki popełniłem już w wieku jedenastu lat dla prześlicznej wychowawczyni – Pani Zosi), ale gdy na tydzień pożyczyłem od niej płytę Szczepanika, to słuchałem jej non stop, na okrągło. Nie napiszę, że „do zdarcia”, bo płyta była już lekko zdarta. W jednym miejscu igła

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 05, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść