fot. archie-carlson

Na wyspach Bergamutach

Mówią, że tu zawsze wieje, ale dziś grzywy pękatych palm trwają bez ruchu. Lśnią w słońcu, nastroszone niby długie ostrza. Codziennie budzi mnie cisza, milczenie kaktusów, które u nas hoduje się w miniaturowych doniczkach, a tu rosną jak drzewa. Gekon, który wczoraj wieczorem energicznie spacerował po ścianach i daszku na tarasie, teraz ukrył się za którąś z ceramicznych ozdób. Tam mu chłodniej. O tej porze, przed dziewiątą, słońce jeszcze nie pali – przeszkadza mu w tym poranna kołderka z chmur. Ale za godzinę niebo się oczyści, kolory lekko pobledną, światło się wyostrzy, zbieleje, a ja będę się przenosić z kawą w chłód saloniku urządzonego trochę po hiszpańsku, a trochę po niemiecku. Nie potrafię zgadnąć, z którego z tych krajów pochodzi właścicielka. Nigdy się nie widziałyśmy, a jej imię, Lila, brzmi jak ulubiony kolor mojej mamy albo pseudonim sceniczny – niczego nie rozstrzyga. Wynajęła mi ten domek przez internet, a siwowłosa Valentina mówiąca dobrze po rosyjsku i niemiecku, ale ni w ząb po angielsku, o ustalonej porze wręczyła klucze i pokazała, jak działa pralka oraz telewizor wyświetlający wyłącznie niemieckie kanały. Gdzie jestem? W pozbawionym klarownej tożsamości zaułku globalnej nierzeczywistości, w której afrykańska wyspa, podbita i przejęta niegdyś przez Hiszpanów, dziś pełna jest niemieckich emerytów chętni

Zostało Ci jeszcze 75% artykułu

Kup miesięcznik W drodze 2021, nr 05, a przeczytasz cały numer

|
Wyczyść