Zrodzony, a nie wyprodukowany
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 opinie
Wyczyść

Dobrze jest, gdy prawo państwowe szanuje obiektywny porządek moralny i liczy się z nim w swoim funkcjonowaniu. Porządek prawny państwa to jednak nie to samo, co porządek moralny, i nie może być z nim utożsamiany.

Zastanawiając się nad społeczną, polityczną oraz duszpasterską reakcją na zło moralne, należy mieć na uwadze istotne rozróżnienia. Czym innym jest złe postępowanie, czym innym posiadanie błędnego poglądu na temat jakiegoś czynu, bez popełniania go, i czym innym podjęcie działań o charakterze politycznym zmierzających do uregulowania czy wręcz wprowadzenia kary za popełnienie danego czynu. Inny wymiar ma też praca duszpasterzy, którzy pomagają, dzięki łasce Bożej, w uwolnieniu się ze złego postępowania i jego moralnych oraz duchowych skutków. Pomylenie tych porządków bądź ich wymieszanie, nawet jeśli jest dokonywane w dobrej wierze, wiedzie zazwyczaj do zniekształcenia perspektywy i szkodliwych manipulacji. Niejednokrotnie jest także powodem upolitycznienia misji Kościoła.

Skąd wiemy, że grzeszymy

Świadome i dobrowolne popełnianie moralnie złego czynu w sprawie poważnej jest grzechem, który Kościół określa jako grzech śmiertelny. Rozeznanie, czy jest się w stanie łaski, jest zasadniczo sprawą indywidualną każdego z nas i dokonuje się na podstawie rachunku sumienia. W ocenie swoich czynów należy się jednak kierować prawem moralnym, które jest wyjaśniane przez Kościół. To ważne i niezbędne zwłaszcza w kontekście nowych problemów i wyzwań. Życie społeczne ulega ciągłej przemianie. Nieustannie pojawiają się nowe obyczaje, nowe możliwości technologiczne oraz nowe ideologie. Wszystko to rodzi nowe pokusy, które wcześniej wiernym nie zagrażały. Dlatego konieczne jest jasne określenie i doprecyzowanie przez Kościół, które postawy i działania są sprzeczne z Ewangelią. Wierni wrażliwi na życie duchowe mają nieraz intuicję wiary, która pozwala im natychmiast rozpoznać wątpliwe drogi czy rozwiązania pewnych zagadnień i problemów. Nie każdy jednak od razu potrafi precyzyjnie nazwać nowe zagrożenie moralne oraz uzasadnić jego negatywną moralną kwalifikację.

Brak orientacji w kwestii istoty sztucznego zapłodnienia metodą in vitro oraz brak rozeznania odnośnie do zła moralnego tego czynu jest wyrazem niewiedzy na temat moralnej kwalifikacji nowej techniki medycznej. Brak wiedzy nie jest jednak tożsamy z popełnianiem złego czynu. Człowiek niezorientowany nie może sensownie uczestniczyć w publicznej debacie na ten temat czy też bronić zagrożonych wartości etycznych. Nie znaczy to jednak, że popełnia zły czyn, który jest grzechem śmiertelnym, wykluczającym życie łaską. Jego niewiedza może być czasem powodem niewłaściwych wypowiedzi w rozmowach czy debatach. Ponieważ jednak problem osobiście go nie dotyczy, nie można go posądzać o grzech. Ignorancja nie jest grzechem, chyba że jest zawiniona i dotyczy sprawy, w której człowiek z racji pozycji i odpowiedzialności powinien się orientować.

Państwo zbawić nie może

Osobnym zagadnieniem jest kwestia porządku prawnego w danym państwie. Oczywiście dobrze jest, gdy prawo państwowe szanuje obiektywny porządek moralny i liczy się z nim w swoim funkcjonowaniu. Daje to państwu i jego agendom stabilność oraz rodzi zaufanie i szacunek społeczeństwa. Porządek prawny państwa to jednak nie to samo, co porządek moralny, i nie może być z nim utożsamiany. W miarę narastającego poszerzania kompetencji władz państwowych, wiodącego wręcz do zjawiska państwa-niani, coraz więcej dziedzin życia ludzkiego napotyka na wsparcie, ingerencję czy też kontrolę z zewnątrz.

Poglądy na temat zakresu ingerencji państwa mogą się znacząco różnić. Nie jest rzeczą możliwą, aby wszystkie rodzaje grzechów popełnianych przez ludzi były karane przez państwo. Etos społeczny, jaki państwo jest w stanie swoim aparatem wyegzekwować, jest siłą rzeczy relatywny. Spory zatem zakres indywidualnego i społecznego grzechu pozostanie zawsze poza sferą odpowiedzialności karnej przed władzami państwa. Nie należy się temu dziwić, ani też uważać, że jest w tym coś niewłaściwego. Państwo, w odróżnieniu od Kościoła, nie ma prowadzić ludzi do zbawienia. Nie posiada ono nadprzyrodzonych środków, jakimi dysponuje Kościół. Dlatego też, mając na uwadze jedynie dobro społeczne oraz cnotę sprawiedliwości (pozostałe cnoty moralne mają dla władz państwowych z zasady mniejsze znaczenie), państwo liczy się z tym, że pewien zakres moralnego zła pozostanie w społeczeństwie i nie będzie się dało go pohamować przez agendy państwowe.
Państwo wprowadza zazwyczaj pewne granice, w ramach których postępowanie zasadniczo nie jest pochwalane, ale może mieć miejsce. Bez aprobaty alkoholizmu, prostytucji, pornografii, niewierności małżeńskiej czy zabójstw, państwo pozostawia miejsca, gdzie alkohol, prostytucja, pornografia czy posiadanie broni są dostępne. W większości państw dopuszcza się rozwody oraz reguluje się społeczne konsekwencje rozpadu małżeństw. Zachodzi tutaj niekiedy przekraczanie cienkiej granicy. Czym innym jest dopuszczalna decyzja państwa, że nie będzie ono karało niektórych złych czynów, a czym innym jest traktowanie popełniania tychże złych czynów jako właściwych czy też finansowanie ich ze środków publicznych.

Każdy zgodzi się z tezą, że pewna przestrzeń wolności, którą można dobrze bądź źle zagospodarować, jest podstawowym ludzkim uprawnieniem. Ludzie mają prawo do prywatności, w ramach której niekiedy grzeszą. Wartością jest oczywiście sama prywatność oraz nieingerencja sił społecznych i państwowych, a nie popełniany grzech. W ogniu zmagań społecznych i oczekiwań formułowanych wobec państwa ta cienka granica jest niejednokrotnie przekraczana. W jakim stopniu państwo powinno ingerować w życie rodzin, chroniąc ich członków przed popełnianymi w nich niegodziwymi czynami? Kiedy ma ono, według zasady pomocniczości, nie mieszać się w ich sprawy, nawet jeśli źle się w nich dzieje? Skoro państwo nie zajmuje się wymuszaniem wierności małżeńskiej oraz trwałości małżeństw, czy ma ono jednocześnie przyznawać rodzicom prawo do nieodpowiedzialności wobec swego potomstwa, włącznie z prawem do jego eliminacji poprzez aborcję? Skoro państwo dopuściło w jakimś zakresie legalność aborcji oraz sprzedaż środków antykoncepcyjnych, to czy ma ono uważać ich dostępność za podstawowe uprawnienie, które ma być obywatelom dostarczane na życzenie, nawet na koszt społeczeństwa? Czy też raczej państwo powinno uznać, że ma się to odbywać wyłącznie na koszt własny? Gdy państwo dopuszcza brak karalności niektórych moralnych wykroczeń, jakie prawa mają pracownicy agend państwowych, którzy w złym działaniu nie chcą uczestniczyć? Czy pracownik apteki ma prawo odmówić sprzedaży środków antykoncepcyjnych, a pracownik kiosku sprzedaży publikacji, które ocenia jako pornograficzne, czy też państwo powinno wymuszać ich dostępność?

Chodzi o jasne zasady gry

Nie są to łatwe pytania i nie ma na nie prostej, jednoznacznej odpowiedzi. Skoro pytanie o zakres ingerencji państwa w życie moralne obywateli jest pytaniem politycznym, możliwe są na ten temat różne opinie. Politycy mogą, zwłaszcza gdy są katolikami, zgodzić się co do negatywnej oceny moralnej złych czynów. Równocześnie mogą się jednak różnić co do konkretnych działań politycznych mających na celu wypracowanie prawnej regulacji danej kwestii. Politycy mogą mieć różne zdania na temat polityki zagranicznej czy ekonomicznej, mogą w różny sposób oceniać społeczne zagrożenia i konieczność publicznej reakcji na nie. Mogą wreszcie mieć różne zdania na temat zakresu karnej ingerencji państwa w różne ludzkie sprawy.

Poza tym istotną rolę w wypracowywaniu porządku prawnego odgrywają nie tylko zasady moralne, lecz także istniejące w danym społeczeństwie nastroje społeczne oraz pewne ideologie forsowane przez grupy nacisku politycznego. W tym gąszczu spraw, grup nacisku oraz ocen tego, jak należy się poruszać, nie ma jednej właściwej drogi, która mogłaby obowiązywać w każdym kraju. Politycy będą się więc różnić w ocenie wrażliwości moralnej własnego społeczeństwa, a także w ocenie tego, co jest sprawą najpilniejszą oraz co praktycznie w danej chwili jest możliwe do osiągnięcia i wyegzekwowania. Będą też stosowali różne taktyki polityczne. Takie jest ich prawo. Nie oznacza to automatycznie, że zrezygnowali z wartości moralnych. Prawie każda decyzja polityczna, czy to dotycząca polityki wewnętrznej kraju, czy też polityki zagranicznej, ma swój wymiar moralny. Natomiast samo odczytanie tego wymiaru, jak również przyjęcie określonego punktu widzenia, uwzględnienie innych równie pilnych spraw, które trzeba podjąć, a także stanowiska ewentualnych politycznych sojuszników, ocena oczekiwań społecznych oraz możliwości technicznych, finansowych i organizacyjnych państwa – są to sprawy dopuszczające różnorodność opinii oraz racji.

Nie należy zatem oczekiwać, że wszystkie działania polityków będą ścisłym i jednoznacznym odzwierciedleniem obiektywnych zasad moralnych. Niepozostawianie pola manewru między obiektywnym porządkiem moralnym a praktycznymi politycznymi decyzjami, między oceną moralną złego czynu a decyzją o jego ewentualnej karalności lub też bezkarności, dowodzi fundamentalizmu. Państwo oczywiście musi, przede wszystkim dla własnego dobrego funkcjonowania, uwzględniać moralny etos. Jednak wiedzie ono ludzi do cnoty stopniowo, mając przed sobą jedynie relatywny horyzont moralny. Nie ono jest źródłem zbawienia i nawet przy rozszerzaniu kompetencji państw nie należy od nich oczekiwać, że będą to zbawienie, czy to w wymiarze religijnym i moralnym, czy też w jakiejś uproszczonej świeckiej formie zakładającej ostateczny dobrobyt, zawsze dostarczały.

Oczekiwanie, że państwo całym swoim aparatem będzie realizowało jakąś ideologię, czy to ideologię liberalnej lewicy, czy też ideologię chrześcijańskich krucjat, jest zawsze niebezpiecznym przyznawaniem państwu zbawczego charakteru. Warto się zastanowić, które przegięcie jest dla czystości życia wiary chrześcijan bardziej niebezpieczne. Lepiej jest, gdy państwo jest oszczędne w realizowaniu ideologicznych projektów oraz gdy dba przede wszystkim o to, aby były zachowane jasne zasady gry, w ramach których różne siły społeczne, w tym także Kościół, będą mogły realizować swoją misję.

Szerokość horyzontu Kościoła

To, że dane państwo ma ograniczone możliwości prowadzenia ludzi do dobra, nie oznacza, że Kościół ma zamykać swój horyzont na poziomie tegoż państwa. Głos Kościoła wypowiadany w ramach określonych społeczeństw i narodów sięga dalej niż ich aspiracje i możliwości. Horyzont etyczny, który stał się dostępny dzięki łasce Chrystusa, sięga dalej niż praktyczne możliwości polityków oraz władz państwowych. To, że niejedna sfera ludzkiego życia wymyka się kontroli państw, nie oznacza, że ocena moralna oraz łaska Boża nie mogą tam sięgać. Nie ma wymiaru ludzkiego życia, do którego łaska płynąca z krzyża Chrystusa, uzdrawiająca i korygująca, nie miałaby prawa wstępu.

Dlatego poprzez wpływ duszpasterski, za pomocą żywego Słowa Bożego odczytywanego w wierze, za pomocą kierownictwa duchowego oraz przygotowań do przyjęcia sakramentów, za pomocą katechezy, nauczania z ambon, książek czy katedr uniwersyteckich, a przede wszystkim za pomocą łaski Bożej udzielanej w sakramentach, Kościół może ukazywać horyzont szerszy niż ten, który ma na uwadze państwo, zamknięte jedynie w zawężonej, czysto doczesnej perspektywie. Skoro miłość Boża jest ludziom udzielana poprzez sakramenty, Kościół może prowadzić wiernych do szczytów świętości. Jego przedstawiciele powinni jednak z uwagą czuwać nad tym, aby owa perspektywa świętości, możliwa jedynie dzięki mocy łaski, nie była identyfikowana z programem tego czy innego środowiska politycznego.

Dokonanie tego rozróżnienia jest łatwiejsze w krajach, w których Kościół nie ma wpływowej roli społecznej. W tych miejscach odróżnienie porządku życia wiarą oraz nadprzyrodzoną miłością od porządku politycznego jest oczywiste. Tam natomiast, gdzie automatycznie cisną się na usta słowa: „ale przecież my jesteśmy narodem katolickim, a więc…”, tam grozi niebezpieczne pomieszanie porządków. Może dojść do identyfikacji wierności wierze z wiernością określonej grupie politycznej, czy też do identyfikacji oczekiwanego porządku moralnego z pewnym zaniżonym etosem, który jest politycznie możliwy oraz wymagany przez aparat państwowy.

Polityka czy duszpasterstwo?

W okresie komunizmu, kiedy nie tylko Kościół, ale również społeczeństwo nie miały wpływu na bieg wydarzeń politycznych, kapłani w Polsce podjęli ważną pracę duszpasterską zmierzającą do tego, aby życie małżeńskie i rodzinne było przeżywane przez wiernych zgodnie z nauką Ewangelii. Dopuszczalność aborcji wprowadzona przez stalinowskie rządy, trudności ekonomiczne i mieszkaniowe oraz degeneracja społeczna powodowana brakiem ludzkich nadziei niosły z sobą ogromne spustoszenie moralne. Ówczesna odpowiedź Kościoła na tę sytuację była na wskroś duszpasterska. Nie było w Kościele polskim wewnętrznego rozdarcia. Wśród duchowieństwa przeważała powszechna akceptacja nauki zawartej w encyklice Pawła VI Humanae vitae, w związku z czym Kościół mógł podjąć program nauczania katolickich zasad życia małżeńskiego. Wszystko to odbywało się nie za pomocą radia, telewizji czy też walki politycznej, ale poprzez salki katechetyczne, rekolekcje, parafialne poradnie małżeńskie, przede wszystkim zaś poprzez konfesjonał.

Gdy w Polsce nastały odpowiednie warunki do tego, by podjąć zagadnienie aborcji w wymiarze debaty politycznej, okazało się, że zdecydowana większość społeczeństwa zgadza się z twierdzeniem, że aborcja jest złem moralnym, nawet jeśli były różnice zdań co do zakresu karalności tego zła przez państwo. Dla porównania w tym samym czasie w wielu krajach wolnego świata antykoncepcja została uznana przez duszpasterzy za dopuszczalną moralnie. Stało się to, rzecz jasna, wbrew nauczaniu Kościoła. Zmalała praktyka przystępowania do spowiedzi, etyka seksualna uległa załamaniu, co zaowocowało masowym wzrostem aborcji, rozwodów oraz dzieci wychowanych przez samotne matki. Reakcja wielu ruchów pro life na te zmiany w społecznej moralności koncentrowała się głównie na działalności politycznej, zmierzającej do przywrócenia karalności aborcji. Który kierunek działań jest w gruncie rzeczy ważniejszy i zarazem owocniejszy? Polityczny czy duszpasterski?

Złe nastawienie

Możliwość przeprowadzania sztucznego zapłodnienia in vitro pojawiła się stosunkowo niedawno. Nie bardzo wiadomo, jakie są przyczyny występującej często u kobiet bezpłodności. Czy jest ona skutkiem stresującego stylu życia, czy też, na co wskazuje prosta intuicja, jest raczej konsekwencją wieloletniego zatrucia organizmu środkami antykoncepcyjnymi? Pytanie to wciąż pozostaje otwarte. Jednocześnie nie można zapominać o coraz częstszych kłopotach z płodnością mężczyzn. Te problemy doprowadziły do opracowania i propagowania w wielu środowiskach metody zapłodnienia pozaustrojowego.

Chociaż wypowiedzi Kościoła na temat metody in vitro są jasne, wiedza o jej niewłaściwości etycznej niekoniecznie przebiła się do świadomości społecznej. Gdy występują trudności z poczęciem dziecka, technika sztucznego zapłodnienia dokonywanego poza organizmem kobiety zdaje się najprostszym, choć bardzo kosztownym rozwiązaniem, umożliwiającym posiadanie potomstwa. Dlaczego Kościół ją odrzuca? Czy zło moralne tkwi przede wszystkim w samej metodzie, podczas której dochodzi do zabójstwa niepożądanych embrionów lub też do ich przechowywania, czasem przez długie lata, w stanie zamrożenia? Czy też może zło moralne tkwi głębiej?

Na sztuczne zapłodnienie warto spojrzeć z szerszej perspektywy etycznej obejmującej wewnętrzne nastawienie wobec oczekiwanego dziecka. Praktyka sztucznego zapłodnienia bowiem zmienia to nastawienie. Dziec­ko nie jest już traktowane jako dar dany przez Boga oraz owoc współżycia małżeńskiego wyrażającego wzajemną miłość jego rodziców. Staje się obiektem wyprodukowanym przez zastosowaną technikę. Traci w ten sposób własną podmiotowość i staje się czymś w rodzaju misia, którego można sobie zafundować, a nawet i zaprogramować według swoich marzeń. Gdy jednak okaże się, że tak poczęte życie nie spełnia oczekiwań rodziców, może zrodzić się pokusa, by je odrzucić.

Wysuwany często argument, że rodzice mają prawo do posiadania dziecka, nawet za wszelką cenę, kryje w sobie niebezpieczeństwo uprzedmiotowienia dziecka. Prawdą jest, że rodzice mają moralne prawo, a nawet obowiązek zrodzenia potomstwa. Nie oznacza to jednak, że dziecko może być traktowane jak wyprodukowany na zamówienie obiekt posiadania. Chociaż sztuczne zapłodnienie metodą in vitro zmierza do tego, by dziecko powstało, w swej wewnętrznej logice mieści się ono niestety w nastawieniu kwestionującym przyjęcie życia ludzkiego jako daru pochodzącego od Boga. Podobny sposób myślenia towarzyszy popełnianiu grzechu antykoncepcji czy aborcji.

Zrodzeni z miłości

W naszej wierze wyznajemy, że Syn Boży został w wieczności z Ojca niebieskiego genitum, non factum, „zrodzony, a nie stworzony”, a właściwie „zrodzony, a nie wyprodukowany”. Ten moment Synostwa Bożego może posłużyć jako archetyp pomagający pojąć sens naturalnego ojcostwa oraz macierzyństwa. Nie wiemy jeszcze, ale możemy już się domyślać, jakie będą konsekwencje psychiczne u osób, które w dorosłym życiu uświadomią sobie, że zostały „wyprodukowane” oraz że może ich bliźniacze embriony nadal tkwią gdzieś w jakieś lodówce.

Niedawno w prasie pojawiła się informacja o kobiecie, która podczas drugiej wojny światowej została we Francji adoptowana jako niemowlę. Po latach, chcąc się dowiedzieć czegoś o swych naturalnych rodzicach, dotarła do przechowywanej w archiwach wiadomości, że została spłodzona w ramach hitlerowskich programów wyhodowania czystej rasy aryjskiej. Jej naturalnym ojcem był młody niemiecki żołnierz, a matką specjalnie dobrana Norweżka o typowo germańskich rysach. Po wojnie matka owej kobiety popełniła samobójstwo. W chwili, gdy ona sama rozpoczęła poszukiwania naturalnego ojca, żył on jeszcze w Niemczech w domu starców.
Dramat tej kobiety, mającej dobre francuskie wychowanie i udane życie, jej zastanawianie się nad współżyciem naturalnych rodziców, pytanie o to, czy w momencie poczęcia jej rodzice prawdziwie się pokochali (byli bowiem młodzi i był to ich pierwszy akt miłosny), czy też może spełnili jedynie obowiązek wobec hitlerowskich władz, jej poszukiwanie nieinteresującego się nią naturalnego ojca, świadczą o metafizycznej potrzebie ludzkiej bycia zrodzonym z aktu, do którego dochodzi między kochającymi się rodzicami. Czy dzieci wyprodukowane sztucznie nie będą z czasem przeżywały podobnych dramatów?

Prawdziwie leczyć

Troska Kościoła o to, by dzieci nie były uprzedmiotowione, powinna się wyrażać przede wszystkim w ramach działań duszpasterskich chroniących godność ludzkiego życia oraz pożycia małżeńskiego. Na dramat bezdzietności, jak i na każde ludzkie cierpienie Kościół spogląda z perspektywy chrześcijańskiej nadziei, otwartej na tajemnicę Bożą realizującą się w życiu. Ta nadzieja nie oznacza jednak bezczynności. Przeciwnie – Kościół zachęca do korzystania z takich sposobów leczenia, które szanują naturalne przekazywanie życia. Rozwijająca się od niedawna w sztuce medycznej naprotechnologia oferuje rzeczywiste leczenie bezpłodności, a nie omijanie jej, jak to ma miejsce w sztucznym zapłodnieniu in vitro. Leczenie bezpłodności metodą naprotechnologii przynosi statystycznie lepsze efekty niż w przypadku in vitro, jest tańsze, a więc nie daje przemysłowi medycznemu takich zarobków jak metoda pozaustrojowa, oraz – co najważniejsze – pozwala na normalne zapłodnienie w wyniku aktu małżeńskiego, a więc jest całkowicie zgodne z etyką małżeńską.

Duszpasterze, spotykając się z małżeństwami cierpiącymi z powodu bezdzietności, nie muszą więc ograniczać się jedynie do okazywania współczucia i przedstawiania zasad etycznych. Mogą również wskazywać możliwości, które daje naprotechnologia. Natomiast troska katolików zaangażowanych w szukanie rozwiązań politycznych powinna zmierzać do umożliwienia szerszego dostępu do tej sztuki medycznej oraz przezwyciężania monopolu klinik oferujących metodę in vitro.

Szukając najlepszych rozwiązań

Skoro w Polsce praktykuje się zarówno sztuczne zapłodnienie metodą in vitro, jak i leczenie bezpłodności za pomocą naprotechnologii, nie ma w tym nic dziwnego, że są potrzebne pewne regulacje prawne, które uporządkują całość działań mających na celu radzenie sobie z bezpłodnością. Podjęcie tej tematyki przez polityków nie powinno zatem dziwić.

Faktyczne rozwiązania prawne, istniejące czy też zreformowane, będą musiały liczyć się z grą sił politycznych oraz stopniem zrozumienia społecznego. Niewątpliwie konieczna jest tu pewna roztropność polityczna oraz umiejętność szukania najlepszego spośród możliwych rozwiązań. Jednocześnie należy podkreślić, że owocne nauczanie etyczne Kościoła oraz propagowanie wiedzy o naprotechnologii w środowiskach lekarskich mogą rodzić nadzieję, że politycy podejmujący temat walki z bezpłodnością będą liczyć się z etycznym wymiarem tego problemu społecznego.

Zrodzony, a nie wyprodukowany
Wojciech Giertych OP

urodzony 27 września 1951 r. w Londynie – polski dominikanin, teolog Domu Papieskiego, profesor teologii moralnej w rzymskim Angelicum.Magister historii (Poznań, UAM, 1975), bakalaureat z teologii (Rzym, PUST, 1982), lice...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze