Żeby głowa zstąpiła do serca

Jeśli chcemy, by słowo, które Bóg kieruje do świata, zostało usłyszane, trzeba próbować żyć nim tak, jak czynił to Syn Boży. Nie ma innej drogi, bez względu na nasze słabości i wady.

Wojciech Prus OP i Grzegorz Chrzanowski OP: Gratulujemy, Bruno! Tobie i prowincji francuskiej. I pierwsze pytanie: Czy mógłbyś opisać drogę, która doprowadziła Cię do zakonu?

Bruno Cadoré OP: Mam 56 lat. Do zakonu wstąpiłem w Strasburgu. Wcześniej ukończyłem studia medyczne. Można powiedzieć, że to one doprowadziły mnie do Strasburga, gdyż przybyłem tam, by pracować w szpitalu. Któregoś dnia wziąłem do ręki książkę telefoniczną, by sprawdzić, czy w tym mieście jest klasztor dominikanów.

Dlaczego właśnie dominikanów?

Nie wiem. W każdym razie znalazłem adres i poszedłem pomodlić się do kościoła przy naszym klasztorze. Siedziałem tam długo. Było to przepiękne doświadczenie. Zobaczyłem modlących się razem braci. Wyglądali na szczęśliwych i radosnych. Zacząłem tam częściej przychodzić. Bardzo lubiłem słuchać kazań – były takie swobodne, lekkie.

W tym czasie pracowałem w szpitalu dziecięcym, zajmowałem się pacjentami chorymi na raka. Pewnego dnia kolega powiedział mi, że zna zakonnika zainteresowanego spotkaniem z młodym lekarzem, który miałby doświadczenie obcowania ze śmiercią. Więc spotkałem się z nim. Okazało się, że był to dominikanin z klasztoru, do którego chodziłem na msze. Dzięki niemu trochę lepiej poznałem, czym jest zakon. Wyobrażam sobie, że podobnie było i jest w przypadku wielu braci: człowiek napotyka na swej drodze, trochę przez przypadek, miejsce, wspólnotę, a potem następuje coś w rodzaju dopasowania.

Dlaczego zdecydowałeś się na pracę z dziećmi chorymi na raka?

Studia medyczne zacząłem w bardzo młodym wieku, miałem zaledwie 17 lat. Od zawsze marzyłem o tym, by zostać lekarzem. A troska o zdrowie dzieci to troska o życie, które jest najdelikatniejsze, a jednocześnie najsilniejsze. W tamtym czasie, a minęło już ponad 30 lat, choroby takie jak rak czy białaczka oznaczały praktycznie śmierć. To było niezwykłe doświadczenie, próba zrozumienia, w jaki sposób medycyna się rozwija, by umożliwić ratowanie odchodzącego życia w momencie, gdy jest ono silne i pełne obietnic, a zarazem kruche i skrajnie zagrożone.

Czy jako dziecko otrzymałeś w swojej rodzinie religijne wychowanie, czy też sam szukałeś drogi do wiary i zakonu?

Choć pochodzę z rodziny katolickiej, nie mogę powiedzieć, by moi najbliżsi bardzo wyraźnie i czynnie praktykowali czy uczestniczyli w życiu Kościoła. Niemniej jednak wiarę przekazano mi w domu, zostałem posłany na naukę katechizmu, rodzice zadbali o to, abym przyjął sakramenty. Gdy byłem na pierwszym roku medycyny, pewnego dnia po powrocie z uczelni powiedziałem rodzicom, że życie zakonne byłoby dla mnie dobrą drogą.

Uważnie wysłuchali mnie, po czym ojciec powiedział, że moje pragnienie jest dobre i godne uszanowania. Natychmiast jednak dodał, że mam dopiero 17 lat, że zacząłem studia i że radzi mi, bym z nich nie rezygnował. Z drugiej strony zapewniał, że możemy wrócić do tematu, gdy tylko zechcę. Posłuchałem go. W tym czasie nie byłem w żaden szczególny sposób zaangażowany w Kościele. Chodziłem na msze i w zasadzie na tym koniec. Nigdy nie poznałem duszpasterstwa akademickiego. Po raz pierwszy usłyszałem o nim, gdy wstępowałem do nowicjatu.

A w zakonie, czym się zajmowałeś? Jakie były Twoje zadania?

Mam bardzo dobre wspomnienia z nowicjatu. Ten rok w Strasburgu był rokiem błogosławionym. Odkryłem wtedy Pismo Święte. Zazwyczaj znamy Biblię tylko na tyle, na ile słyszymy jej fragmenty w kościele. Natomiast czytanie jej i poświęcanie temu swego czasu to dla mnie nadzwyczajne wspomnienie.

Zaraz po ukończeniu nowicjatu musiałem odbyć służbę zastępczą w wojsku jako młody lekarz. Prowincjał zdecydował, że pojadę na dwa lata na Haiti. I było to dla mnie – zarówno jako dla osoby wierzącej, jak i dla przyszłego kaznodziei – niezwykłe doświadczenie. Zrozumiałem, co znaczy przymierze Boga z ubogimi. Czytałem o tym w Biblii, ale nigdy wcześniej nie spotkałem biedaków mówiących, że Bóg jest z nimi. Można to sobie w ich imieniu powtarzać. Ale usłyszeć od nich samych, że są ubodzy, że żyją pod jarzmem straszliwej dyktatury, a mimo to wierzą, że Bóg jest po ich stronie, i dzięki Niemu są w stanie znieść w życiu wszystko, cokolwiek ich spotyka, to wyjątkowe odkrycie.

I dalej zajmowałeś się dziećmi?

Niezupełnie. Mieszkałem z braćmi w małej wspólnocie na wsi. Wędrowaliśmy po okolicznych górach. Z niewielką torbą pełną lekarstw i osiołkiem, który ją nosił, odwiedzałem chrześcijan. Zostawałem u nich dwa, trzy dni, czasami tydzień i szedłem dalej. Chodziło o zapewnienie podstawowej opieki medycznej i oczyszczenie źródeł wody, co było dla mnie nowym wyzwaniem, bo na studiach lekarskich nikt nas tego nie uczył.

Byłem też kaznodzieją. Tak się złożyło, że kiedy przyjechałem na Haiti, bracia zgromadzili wiernych z całej – liczącej kilka tysięcy kilometrów kwadratowych – parafii, i zaczęli im czytać Dzieje Apostolskie. Przewidziano też czas na dzielenie się swoimi przemyśleniami i ludzie mówili otwarcie, co czują. Ktoś spytał, czy i oni mogliby żyć tak, jak pierwsi wierzący chrześcijanie. Sześć miesięcy później w parafii było już sto małych wspólnot, które nazywaliśmy fraterniami. Przyjmowały one nawróconych, katechizowały, przygotowywały do przyjęcia sakramentów i doprowadzały istniejące już małżeństwa do ślubu kościelnego. Towarzyszenie tym wspólnotom oraz pełnienie roli ich opiekuna i kaznodziei było dla mnie niezwykle ważne. W 1979 roku przyjechałem do Francji, a trzy lata później rozpocząłem studia filozoficzno-teologiczne. Ciągle jednak towarzyszyła mi myśl, żeby wrócić na Haiti.

Czy Twoje marzenie się spełniło?

W dniu moich święceń kapłańskich prowincjał mianował mnie magistrem studentatu, ale wiedząc o moich planach powrotu na Haiti, dodał: wyjedziesz, ale trochę później. I tak minęło kolejne siedem lat. Stale nękałem prowincjałów w sprawie mojego wyjazdu, aż wreszcie któryś powiedział, żebym dał spokój. Zostałem więc i zająłem się studiowaniem etyki. I tak oto zakon wprowadził mnie z powrotem na ścieżkę uniwersytecką i medyczną. Zacząłem pracę w ośrodku badawczym bioetyki, później kierowałem nim i wykładałem bioetykę na wydziale medycznym Uniwersytetu Katolickiego w Lille. Przez 15 lat prowadziłem też badania w zakresie bioetyki klinicznej. W tym czasie mieszkałem w klasztorze w Lille, w którym byłem najpierw syndykiem, potem opiekunem nowicjatu, a następnie przez dwie kadencje przeorem. I gdy mój przeorat w Lille miał się ku końcowi, zostałem prowincjałem. Zrezygnowałem wtedy z pracy na wydziale, gdyż trudno byłoby pogodzić zajęcia dydaktyczne z innymi obowiązkami.

Wiele mówi się o sekularyzacji, o spadku liczby powołań. Jaka jest sytuacja zakonu we Francji? Czy rzeczywiście nasz zakon przechodzi kryzys, czy są jakieś znaki nadziei?

Gdy przygotowywałem się do ostatniej kapituły prowincjalnej, dużo myślałem o sytuacji mojej prowincji – jako główny przełożony musiałem przedstawić braciom raport. Pewnie to łatwiejsze niż praca nad podsumowaniem kondycji całego zakonu. Zobaczymy.

Tak więc próbowałem ogarnąć i podsumować sytuację wszystkich 12 wspólnot tworzących prowincję. Dwie z nich są dość specyficzne: klasztory św. Jakuba i Zwiastowania w Paryżu. Oba są bardzo liczne, a spora część braci jest już w podeszłym wieku. W pozostałych klasztorach przynajmniej połowa braci ma poniżej sześćdziesięciu lat. Zatem jest to prowincja, która ostatnimi czasy znacznie odmłodniała. Jeśli chodzi o powołania… cóż, nie można powiedzieć, że jest ich szczególnie dużo. Od trzydziestu lat, co roku przybywa mniej więcej czterech nowych braci.

Cała prowincja liczy 360 braci, we Francji jest ok. 250 – pozostali przebywają w wikariatach.

Teraz zostałeś generałem zakonu. Co czułeś, gdy wypowiadałeś słowa: „Accepta, Deus adiuvet”?

Niezwykle ważne jest, by rozumieć to, czego oczekują od nas bracia. Wtedy osiągamy największą wolność. Nie dlatego że są braćmi, ale dlatego że staramy się zrozumieć, jak mamy razem pracować dla wspólnego celu, mając to samo posłannictwo głoszenia Ewangelii. Gdy powiedziałem: „accepto”, ten właśnie wymiar był decydujący. Towarzyszyło temu również poczucie czegoś potężnego, może nawet zbyt wielkiego. Czuję, że jestem wobec tego zadania mały, choć pewnie przekraczałoby ono każdego z nas.

Od wyboru minęło zaledwie kilka dni1, a otrzymałem już wiele listów i słów wsparcia. To dodaje mi sił i jednocześnie bardzo wzrusza. Bracia chcą, bym kochał zakon i jego misję, bym służył w zakonie razem z nimi. Tak rozumiem wewnętrznie ich życzenia.

Jako generał chciałbym przyjrzeć się braciom i siostrom, zobaczyć z bliska, w jaki sposób towarzyszą ludziom, jak wiążą swoje życie z ich życiem, na ile noszą ich radości, smutki, nadzieje, ich poszukiwanie prawdy i mądrości. Chciałbym ujrzeć, jak się troszczą o to, by bliskość Słowa Bożego uczynić zrozumiałą dla ludzi, wśród których pracują. Mam wrażenie, że właśnie to jest zadaniem generała zakonu.

Papież Paweł VI mówił, że Kościół jest dialogiem. Nie jest więc tak, że Kościół nie ma nic do powiedzenia i powinien jedynie słuchać ludzi. Kościół staje się sobą, gdy zaczyna prowadzić z ludźmi dialog. Wtedy bowiem objawia się Słowo Boże. Zadaniem zakonu jest służba temu dialogowi. Tak postrzegam naszą misję.

Podczas kapituły używa się często takich pojęć jak: strategia, plan czy program. Co jest obecnie istotne dla misji zakonu i życia dominikańskiego?

Zacznijmy od tego, że to nie my wymyślamy strategie. Przypomnijcie sobie fragment z Ewangelii mówiący o człowieku, któremu wiedzie się w gospodarstwie. Jego powodzenie jest tak wielkie, że postanawia zbudować nowe spichlerze, aby zabezpieczyć swoje dobra. Nonsens. „Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?” (Łk 12,20). Jeśli więc w ogóle mamy mówić o jakimś programie, to pod warunkiem że Słowo będzie u jego podstaw. I nie sukcesy naszych programów, ale ofiarowanie swego życia Bogu jest najważniejsze. Albo raczej nasza zgoda na to, by je nam odebrano. Bo tylko Jezus może dać swe życie w sposób rzeczywiście wolny. My możemy powiedzieć jedynie, że się zgadzamy, aby On je zabrał. To jest podstawowy warunek. Jeśli tego zabraknie, próżno mówić o tworzeniu jakiejś strategii.

Tak więc nie mam programu. Trwa kapituła generalna, która porusza wiele spraw. Sądzę, że ona powie mi, co należy robić. Słyszę w kuluarach, że to i to ma się wydarzyć, więc czekam. Dlatego też nie zgodziłem się dotąd na wywiady i spotkania z dziennikarzami ze świeckich mediów. Powiedziałem im, że chętnie z nimi porozmawiam, ale po zakończeniu kapituły, gdyż na razie nie mam oryginalnego planu ani strategii.

Na niektórych sprawach rzecz jasna mi zależy. Na przykład na tym, by ubodzy nie zostali zapomniani. Na pewno nie wszędzie jest tak samo, ale niewątpliwie istnieją takie miejsca w zakonie, chociażby w prowincji, z której pochodzę, gdzie bracia czasami trochę zbyt wygodnie żyją i ograniczają się jedynie do troski o swoje własne sprawy. Oczywiście, nasze życie powinno być stabilne i poukładane. Jednak łatwo wtedy zapomnieć, że są ludzie, którzy nie czują się bezpiecznie w życiu. Często nikt o nich nie pamięta i to mnie dręczy.

Nie należy też zapominać, że są ludzie, którzy wciąż nie znają Boga. Mało tego, znajdziemy wśród nich takich, których Bóg prawdopodobnie wcale nie interesuje. Niestety ci, którzy mówią o Bogu, zazwyczaj niezbyt chętnie zwracają się ku takim osobom. Wciąż aktualne jest wobec tego zadanie otwierania się i wykraczania poza komfortowe sytuacje, tak by nie poprzestawać na dającym poczucie bezpieczeństwa przebywaniu wśród tych, którzy są podobni do nas i myślą tak jak my. To sprawa zasadnicza. Porzucić to, w czym czujemy się komfortowo, by wyjść na spotkanie ze światem, który nas nie zna i którego my nie znamy.

Struktury światowe pracują na rzecz silnych: tych, którzy głośniej krzyczą, którzy mają władzę, pieniądze, tworzą historię, kształtują kulturę. Ale świat to nie tylko ci ludzie. Bóg zwraca się do każdego człowieka, chce mówić do wszystkich, by uczynić z nich jedność. Sądzę, że przypominanie o tym jest sensem i istotą naszej misji kaznodziejskiej.

Komu mamy o tym przypominać? Kogo masz na myśli, gdy mówisz o ludziach dalekich od wiary i Kościoła? Czy może chodzi ci o kręgi wpływowe w gospodarce i życiu politycznym?

Nie, nie chodzi o partie polityczne i uprawianie polityki, choć to bardzo ważne, by fakt, że Bóg zwraca się do wszystkich ludzi, docierał do polityków i wpływał na ich sposób organizowania społeczeństw. Mówienie o Bogu pośrodku twórczych działań o charakterze politycznym i organizacyjnym ma sens. I to też jest nasz fach. Ale nie chodzi tylko o świat polityki. Trzeba zaufać ludzkiej inteligencji. Są bowiem na tym świecie ludzie, którzy rozwijają swoje zdolności w naukach ścisłych, w sztuce, w poezji czy literaturze. To oni pozwalają nam często odkryć, do czego jesteśmy zdolni. Wśród nich jest wielu takich, którzy zupełnie nie wierzą w Boga. Myślę, że misją dominikanina jest dotrzeć do tych środowisk, by spleść język Boga z językiem ludzi.

To rzeczywiście bardzo istotne, tym bardziej że inteligencja ludzka może zostać użyta także do złych celów. Oppenheimer, który skonstruował bombę atomową, był przecież człowiekiem niezwykle inteligentnym. A zatem inteligencja może mieć również skutki negatywne.

Dlatego dziś niezwykle ważna jest próba połączenia starań wszystkich mężczyzn i kobiet, którzy mówią, że można zaufać ludzkiej inteligencji, choć nie bezkrytycznie i w naiwności. Trzeba zbliżyć się, dyskutować i prowadzić dialog. Zakon kaznodziejski może o to walczyć przez wszystkie swoje filie i rozgałęzienia, wszystkich braci, siostry i świeckich związanych z jego misją.

Często mówi się, że w zakonie kaznodziejskim nie ma specyficznie określonej duchowości. A ja uważam, że owszem, mamy swoją duchowość. To duchowość Wcielenia. Bóg zechciał przyjść i stąpać po ziemi jak człowiek, razem z ludźmi. To przecież wyjątkowe. I warto dodać, że Bóg nie był w tym naiwny, o czym zresztą czytamy w Ewangelii. Wiedział na przykład, kto Go wyda, a mimo to jadał z nim, dyskutował z nim o Słowie Bożym skierowanym do ludzi i ostatecznie związał z nim swoje przeznaczenie. Nie był więc naiwny, lecz miał odwagę. Więcej, miał nadzieję, najwyższą, ostateczną. Bo sam jest nadzieją.
Rzeczywiście, w tradycji dominikańskiej bardzo mocno podkreśla się współpracę wiary i rozumu. Wiara jest zawsze rozumna. Wiara i rozum są źródłami światła, które ma człowiek.

Takie spojrzenie okazuje się szczególnie aktualne we Francji, gdzie istnieje wyraźne rozgraniczenie między przekonaniami wynikającymi z wiary, które są powszechnie uważane za rzecz osobistą, i działalnością świecką, powiedzmy, aktywnością rozumu, inteligencji, natury artystycznej, która w przekonaniu wielu przynależy do sfery publicznej. Takie rozumienie laickości jest przestarzałe i nieaktualne. Bardzo niebezpieczne jest wprowadzanie jakiejś dychotomii między wiarą i rozumem. Wiara potrzebuje rozumu, by wiedzieć, że jest wiarą. Gdyby funkcjonowała poza rozumem, byłaby niczym.

Bardzo lubię nauczanie ojców pustyni, dla których ważne jest to, by głowa zstąpiła do serca. To nie serce ma się wznieść ku głowie, ale głowa ma zejść ku sercu. I myślę, że nasza dominikańska tradycja jest tego wyrazem. Chociażby poprzez podkreślanie roli kontemplacji, która stoi w centrum naszego zakonnego życia, czy poprzez nacisk kładziony na życie we wspólnocie braterskiej, która – mimo tego, że potrafimy czasem być dla siebie nieprzyjemni – jednak zobowiązuje nas i prowadzi ku dobru. W ten sposób możemy rozwijać zdolności wynikające z naszego potencjału i inteligencji, troszcząc się zarazem o to, by to wszystko spłynęło do serca scaliło się w jedno. Chodzi o to żebyśmy nie byli braćmi, którzy przez jakiś czas są uczonymi, a przez jakiś czas modlą się, raz są racjonalistami, a w innych sytuacjach pobożnymi zakonnikami, w danej chwili są indywidualistami, a kiedy indziej podkreślają wartość życia we wspólnocie. Trzeba byśmy byli ludźmi, którzy są zjednoczeni. Zjednoczeni przez fakt, że inteligencja i owoc studiów spływają do serca, które oddane modlitwie, wznosi się ku rozumowi i oświeca wiarę. Mamy tu krążenie w dwie strony, które decyduje o wewnętrznej dynamice człowieka jako jedności. Nie jest natomiast wyrazem działania w nas dwóch władz, które się ze sobą ścierają.

Czy Twoim zdaniem bracia z Polski mogą ubogacić zakon?

W zeszłym roku jeden z braci z mojej prowincji został przyjęty w prowincji polskiej na praktykę diakońską i mógł się tam przygotowywać do święceń. Nauczył się całkiem dobrze mówić po polsku. Przywiązał się do was i do waszego kraju. Spotkałem też braci, którzy przyjechali do Francji na jego święcenia kapłańskie. To było piękne i bardzo mnie cieszy. Dało mi też sposobność, żeby odwiedzić wasz kraj. Nie mogę powiedzieć, że poznałem Polskę, bo byłem w niej tylko przejazdem. Miałem jednak okazję spotkać wielu młodych braci. Wydali mi się bardzo radośni i to mnie urzekło. Ale największe wrażenie zrobiła na mnie więź duszpasterska między wami i ludźmi, którzy gromadzą się wokół was. Widziałem to w waszych kościołach w Warszawie i Krakowie. Bardzo budująca jest także umiejętność współpracy braci zaangażowanych w te dzieła. Myślę, że macie jakąś niezwykłą zdolność tworzenia wspólnot ludzi autentycznie wierzących. Istotna jest też tradycja waszego kraju. Kościół i wiara katolicka są ważną częścią waszej kultury. A przy tym, paradoksalnie, jesteście prowincją o wiele mniej klerykalną niż prowincje zachodnie. Inaczej mówiąc, myślę, że wasza posługa kapłańska jest bezpośrednio zanurzona w radości duszpasterskiej. Mam nadzieję, że rozumiecie, co mam na myśli…

Tak, chodzi o to, że nie ma dystansu między dominikanami i ludźmi świeckimi, że jesteśmy sobie bliscy…

No właśnie, a indywidualna posługa każdego z was jest w bezpośredniej relacji do pracy duszpasterskiej obejmującej wszystkich. Zwróciło to moją uwagę i jestem przekonany, że to bardzo ważna sprawa. Myślę też, że potrzebne jest zdefiniowanie na nowo pewnych pojęć. Jeżeli możemy mówić, że zakon kaznodziejski ma charakter klerycki, to nie ze względu na stosunek liczbowy kapłanów do braci współpracowników, ale dlatego że jego misja kaznodziejska jest podporządkowana pasterskiej czujności w służbie Kościołowi.

Kaznodziejstwo jednak obejmuje również posługę sakramentalną, prawda?

Oczywiście, ale w naszym przypadku jest zadaniem zbiorowym i ma wiele wymiarów. Gdy ktoś mówi, że zakon kaznodziejski jest klerycki, wydaje mi się, że nie należy w pierwszym rzędzie mieć na myśli tego, że w którymś momencie każdy z braci powinien dążyć do święceń diakonatu czy prezbiteratu, ale to, że misja głoszenia Słowa Bożego powołuje każdego z nas do czujności pasterskiej. I to właśnie, jak mi się wydaje, zauważyłem w braciach w trakcie mojego pobytu w Polsce.

A co myślisz o słabych ogniwach zakonu na terenie Europy? Myślę tu na przykład o krajach bałtyckich, o Rosji, Białorusi czy Ukrainie. Sytuacja tych miejsc oraz braci, którzy w nich pracują, jest naprawdę bardzo delikatna. A jednocześnie wyzwania, które przed nimi stoją, są ogromne.

Gdy przyjrzeć się sprawom delikatnym, trzeba sobie uświadomić, że to, co jest kruche, może kryć w sobie dużą moc i potencjał. Mówiłem o tym na początku naszej rozmowy w kontekście życia ludzkiego. Nie można się zatem dać zniechęcić tej kruchości. Z drugiej strony nie można być też naiwnym. Chcąc coś zbudować, trzeba jakoś zacząć i realnie się w to zaangażować. A to oznacza zgodę na podjęcie ryzyka. Nie wiem, czy kiedykolwiek trzymaliście w ramionach noworodka?

Nie, nigdy nie miałem okazji. Mam takie marzenie, żeby kiedyś być przy porodzie.

Gdy bierzesz w swoje ręce nowo narodzone dziecko, obejmujesz całe jego życie. Jeśli je upuścisz, nie ochronisz, nie nakarmisz czy nie zadbasz o nie, może się to skończyć tragicznie. W niemowlęciu jest jakaś fantastyczna siła życia, które jest jednak niezwykle kruche. Jest autonomiczne, ale nie samodzielne. Można je porównać do słabych ogniw struktury naszego zakonu. Gdy mamy do czynienia z takim ogniwem, trzeba wymyślić, w jaki sposób utrzymać jego autonomię, która jednak nie obędzie się bez pomocy z zewnątrz.

Zresztą pamiętajmy, że ostatecznie ani wy, ani ja, nie jesteśmy zupełnie i w pełni autonomiczni. Możemy być samodzielni, ale nie z pominięciem realnego przymierza z innymi. Bo tylko w odniesieniu do innych jesteśmy rzeczywiście wolni. Być może zresztą dlatego właśnie składamy ślub posłuszeństwa.

Wracając do sytuacji słabych ogniw zakonu, myślę, że trzeba się troszczyć o obszary, które są najbardziej wrażliwe. Być może właśnie w nich jest najwięcej życia? Bo tam wychodzą na jaw realne potrzeby braci i sióstr oraz wiernych, wśród których oni pracują. Nie możemy pomijać tych miejsc z powodu niewystarczalności naszych struktur na tych terenach. I nie chodzi tylko o Europę Wschodnią, ale również o jednostki północnoeuropejskie. Na przykład o należące do mojej rodzimej prowincji wikariaty w Szwecji, Norwegii czy w Finlandii.

Twoim zadaniem będzie teraz patrzeć na zakon jeszcze szerzej.

To prawda. Chociażby w Afryce jest wiele miejsc, które potrzebują umocnienia. Trzeba wesprzeć poszczególnych braci, ale też tworzyć struktury. Wyobraźcie sobie na przykład kontrast między bibliotekami studentatów w Krakowie, Paryżu czy Strasburgu i w Yaounde. Dysharmonię między Północą i Południem. To niesprawiedliwe. To jest naprawdę delikatna sytuacja. Istnieje więc potrzeba znalezienia sposobu ustanowienia współpracy między jednostkami zakonu, dzięki której obie strony będą mogły ocalić swoją autonomię. Celem powinna być zawsze samodzielność osadzona w więzi, relacji i wzajemności. Warto też pamiętać, że jeśli silny nie interesuje się tym, co jest od niego słabsze – obumiera. Jestem o tym przekonany i myślę, że kapituła także nad tym się będzie zastanawiać. Należy dostosowywać i umacniać słabe struktury tam, gdzie święte przepowiadanie jest konieczne. Czas jest krótki, a nasza misja pilna i niecierpiąca zwłoki.

Chodzi więc o zwyczajną życzliwość, otwartość i wrażliwość na potrzeby innych, tyle że na poziomie struktur całego zakonu?

Być może praca kaznodziei oznacza w pierwszym rzędzie bycie człowiekiem. Tak po prostu. W naszych wspólnotach zachowujemy się czasami tak, jakby wolno nam było abstrahować od tego, co stanowi o naszym człowieczeństwie. Tak jakby ze względu na formy życia zakonnego można było zwolnić się z obowiązków wobec siebie nawzajem i wobec ludzi, do których jesteśmy posłani.

Często ukrywamy się za różnymi elementami życia zakonnego.

Tak. Ukrywamy się za godnością habitu, liturgicznym rytmem dnia, obowiązkami zakonnymi, a zapominamy pozdrowić brata, którego właśnie mijamy.
Ta nasza słaba strona objawia się szczególnie w odniesieniu do braci chorych i starszych. Często w takich sytuacjach wspólnoty nie wiedzą, jak sobie radzić. I wtedy właśnie najbardziej potrzebujemy umocnienia łaską Bożą, żeby wiedzieć, jak się zachowywać po ludzku w codziennym życiu.
To jest realny wkład w życie wspólnoty. Im więcej dajemy, tym więcej mamy do ofiarowania. A jeśli więcej zachowujemy dla siebie, to mniej potrafimy dawać. Im bardziej skupiamy się na formach życia zakonnego w oderwaniu od problemów świata, tym mniej rozumiemy, dlaczego wybraliśmy właśnie taki, a nie inny sposób życia. Nie trzeba się bać dawania. Chodzi o to, by nasze człowieczeństwo osiągnęło gotowość stania się tym, czym jest w swej istocie, o gotowość ofiarowania tego, co otrzymaliśmy. Wtedy człowiek bardziej wierzy. Zresztą to jest już sprawa łaski pochodzącej od samego Boga. To, na co mamy mimo wszystko wpływ, to nasze człowieczeństwo.

Można powiedzieć, że człowiek próbuje żyć Ewangelią po to, by być bardziej człowiekiem. Przykład prawdziwego człowieczeństwa znajdujemy w Jezusie. On był wcieloną Ewangelią. Był w pełni Bogiem i człowiekiem. Ewangelia była prawdziwie wypełnieniem Jego człowieczeństwa.

Tak, to ważne, bo to jest dokładnie droga dla mnie. To, co mówię nie jest abstrakcyjną prawdą wiary, lecz dotyczy konkretnie mojej osoby, Bruno Cadoré. Jeśli chcemy, by słowo, które Bóg kieruje do świata, zostało usłyszane, trzeba próbować żyć nim tak, jak czynił to Syn Boży. Nie ma innej drogi, bez względu na nasze słabości i wady.

A Bóg bardzo często stawia przed nami nowe wyzwania niespodziewanie, nie pytając, czy już jesteśmy gotowi.

Gdy zostałem wybrany na generała zakonu, wszystko działo się bardzo szybko. Usłyszałem wezwanie „chodź” i pytanie, czy się zgadzam. Powiedziałem „zgadzam się”. Poprzedni generał uściskał mnie, założył mi czarną kapę i procesja ruszyła do kościoła. Potem był moment, dla mnie osobiście najmocniejszy, gdy dwaj bracia – prowincjałowie Hiszpanii i Tuluzy – zaprowadzili mnie do prezbiterium, gdzie padłem na twarz przed ołtarzem, jak w dniu składania ślubów. I wszystko to uczyniłem ja – człowiek. Nie mam innego życia, tylko to ludzkie. I to właśnie ta ludzka kondycja pozwala mi prosić Boga o miłosierdzie. Ujmując w dłonie szczerym gestem całe moje człowieczeństwo, prosiłem ponownie o miłosierdzie. By Bóg przyjął to moje człowieczeństwo. Takie, jakie jest. Zresztą On wie, jakie jest.

tłumaczyła Katarzyna Kubaszczyk

1 Rozmowa została przeprowadzona 6 września br. w Rzymie, obrady kapituły trwały do 21 września.

Żeby głowa zstąpiła do serca
Bruno Cadoré OP

urodzony 14 kwietnia 1954 r. w Le Creusot we Francji – katolicki prezbiter, lekarz, bioetyk, dominikanin, generał Zakonu Braci Kaznodziejów (5.09.2010-13.07.2019). Do Zakonu Kaznodziejskiego wstąpił po ukończeniu studiów m...

Żeby głowa zstąpiła do serca
Wojciech Prus OP

urodzony 10 kwietnia 1964 r. w Poznaniu – dominikanin, rekolekcjonista, patrolog, duszpasterz wspólnoty Lednica 2000. Jako nastolatek należał do duszpasterstwa młodzieży przy poznańskim klasztorze, które wówczas prowadził...

Żeby głowa zstąpiła do serca
Grzegorz Chrzanowski OP

urodzony w 1965 r. – dominikanin, wykładowca Kolegium Filozoficzno-Teologicznym oo. Dominikanów i UPJPII, członek Komisji ds. Życia Intelektualnego Prowincji, redaktor naczelny Wydawnictwa W drodze (2000-2003). Do zakonu w...