Już nie jest za późno

Już nie jest za późno

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Bliskość fizyczna jest tak ważna, tak święta, że nie możemy z niej rezygnować. Nawet dla poczęcia dziecka. Nawet ten jeden, jedyny raz.

No tak, jestem niepłodna. Fizycznie niepłodna. Dziś z satysfakcją dokonuję tego uszczegółowienia, jednak nie zawsze tak było. Pamiętam moment, gdy osiem, dziewięć lat temu zdobyłam się na wielką odwagę i szczerość względem przyjaciół i powiedziałam im, że razem z mężem bardzo pragniemy mieć dziecko, lecz nic nam z tego nie wychodzi. Użyłam wtedy po raz pierwszy słowa „niepłodność”, a jest to duży wyczyn i przekroczenie pewnej granicy wstydu – nazwać rzeczywistość adekwatnym słowem. W odpowiedzi usłyszałam wykład o płodności fizycznej i duchowej oraz tezę, która miała mnie pokrzepić, że nawet jeśli jestem fizycznie niepłodna, to przecież duchowo mogę…

W tamtym czasie niuanse duchowej płodności nie interesowały mnie nic a nic. Gadka o nich brzmiała w moich uszach jak obraza, jak odrzucenie mnie i moich pragnień, bo ja chciałam doświadczyć płodności – najprostszej i najpierwszej – chciałam, by we mnie poczęło się dziecko, bym czuła, jak ono we mnie rośnie i jak się rozwija, chciałam je urodzić, karmić, tulić i przewijać. Tylko tyle. Aż tyle. Takie moje marzenie. Okazało się niemożliwe do spełnienia.

Początki

Na początku byłam młoda, szczęśliwie zakochana i pełna nadziei, że nasza miłość wszystko może, że wystarczy wielkie pragnienie rodzicielstwa, by na świat przychodziły śliczne różowe bobaski – nasze dzieci. Lecz minął rok i nic. Wtedy zdecydowaliśmy się szukać pomocy u ginekologa.

Pierwszy był rzeczowy i kompetentny. Skierował mnie na badania hormonalne, zinterpretował wyniki, przepisał leki. Na początku tej drogi jest wiele nadziei. Miałam wtedy prostą i bardzo żywą wiarę, że wystarczy, bym coś zrobiła, coś zbadała, podleczyła i marzenie się spełni. Czas jednak płynął i nic się nie zmieniało – oczekiwanej ciąży nie było. Więc kolejne badania. Tym razem wyniki były pomyślne – drożność moich jajowodów okazała się w normie. Wtedy zdecydowaliśmy, że mąż spotka się z andrologiem. I tutaj były dobre wiadomości. Jeszcze zbadaliśmy nasze genotypy i też okazały się bez zarzutu. A wszystko to rozciągnięte było w miesiącach, w latach. Czas płynął. Zasób naszej wiedzy medycznej się powiększał. Rosła też świadomość, bardzo trudna do przyjęcia, że poczęcie dziecka jest dla nas sztuką bardzo wielką, być może wcale niemożliwą. Dostajemy bowiem jedną szansę na miesiąc, by połączyły się dwie nasze komórki i poczęło się dziecko. Staraliśmy się więc usilnie, by tego momentu nie przegapić. Robiliśmy, co w naszej mocy, by te szanse zwiększyć, stosowaliśmy specjalne ułożenie ciał w trakcie stosunku i po stosunku, specjalne zioła i specjalne ćwiczenia umysłu na „wyluzowanie”, bo wiadomo przecież, że stres jest powodem wielu problemów… Gdy myślę o tym dzisiaj, żal mi siebie, żal mi nas, że musieliśmy tak się starać i gimnastykować. Wszystkie nasze działania były takie techniczne, mechaniczne, zorientowane na cel, którym było poczęcie dziecka, uprzedmiotawiające nas i naszą miłość. A przecież to był dopiero początek.

Pytania

Potem poszliśmy do kliniki leczenia niepłodności – miałam nadzieję, że spotkam w końcu takiego lekarza, który trafi w sedno naszych problemów i znajdzie sposób, bym zaszła w ciążę. Idąc tam, spodziewaliśmy się propozycji inseminacji czy in vitro – nasza historia diagnostyki i leczenia była tak bogata, że medycyna nie miała nam już nic innego do zaproponowania.

O metodach wspomaganego rozrodu wiedzieliśmy od dawna. Wiedziałam, że Kościół uznaje je za zło moralne, za grzech. Nie rozumiałam jednak, dlaczego. Nie miałam też wewnętrznej pewności, jaką decyzję mamy w tej sytuacji podjąć – czy rezygnować z inseminacji i in vitro, bo Kościół tak każe, czy też przeciwnie – zdecydować się najpierw na inseminację, a potem może na in vitro, bo są dostępne, a ja nie rozumiem przesłanek, dla których Kościół zabrania starań o poczęcie dziecka na tej drodze. Miałam mnóstwo pytań i wątpliwości. Szukałam odpowiedzi.

Odpowiedzi szybkie i proste typu – w efekcie procedury in vitro giną zarodki, a nawet są niszczone, zamrażane i wykorzystywane do celów badawczych – nie przemawiały do mnie wcale. Bo ja wiedziałam, że mam prawo podjąć decyzję, by w warunkach laboratoryjnych zapłodnić tylko dwie spośród pobranych ode mnie komórek jajowych. Dwa powstałe zarodki, gdyby pomyślnie się rozwijały, mogłyby zostać umieszczone w mojej macicy. Problem „nadliczbowych embrionów” nie zaistniałby. Zmalałyby oczywiście szanse powodzenia całego przedsięwzięcia, lecz zyskiem byłaby świadomość, że w żaden sposób nie naraziłam życia naszych oczekiwanych i wytęsknionych dzieci. Były to rozważania czysto teoretyczne, bo najpierw lekarze zaproponowali nam inseminację.

Inseminacja w porównaniu z in vitro wydaje się drobiazgiem niegodnym moralnej uwagi. Koronny bowiem argument wytaczany przeciwko in vitro o nadliczbowych zarodkach nie ma tutaj zastosowania. Poczęcie, jeśli się dokona w wyniku inseminacji, zachodzi w głębi organizmu kobiety i żadne zarodki nie są i nie mogą być niszczone. Trudno zatem, bardzo trudno dostrzec moralne zło tego zabiegu.

I ja tego zła nie widziałam. Wiedziałam natomiast, że Kościół je widzi. W tamtym czasie byłam cała czuciem, pragnieniem i tęsknotą. Inseminację postrzegałam jako realną szansę na poczęcie, do którego dotąd nie doszło. Pragnienie dziecka było we mnie siłą tak potężną, że byłam gotowa przymknąć oko na konflikt sumienia i podążyć za swoim pragnieniem. Nie podążyłam, bo najważniejsza osoba, której się wtedy radziłam – mój mąż – uważała, że nie powinniśmy. Lecz nie umiał mi wytłumaczyć, dlaczego nie powinniśmy. A ja musiałam to wiedzieć. Musiałam. Szukałam więc odpowiedzi na pytania: dlaczego inseminacja jest złem? Co można robić w sytuacji niepłodności, a czego robić nie wolno? Gdzie przebiega granica? Co ją wyznacza? Jakie dobro jest zagrożone, gdy decydujemy się na inseminację? Jaka to wartość jest tak wielka, że domaga się rezygnacji z pragnienia posiadania potomstwa, i tak krucha, że pozornie niewinna inseminacja może ją zniszczyć?

Odpowiedzi dla rozumu

Szukając odpowiedzi na te pytania, spotkaliśmy się z małżonkami, którzy twierdzili, że doświadczenie niepłodności jest również ich udziałem, bo wiele lat czekali na swoje pierwsze dziecko. Siedząc w ich domu na twardej ławie za wielkim stołem, zrozumiałam, gdzie przebiega granica między tym, co wolno robić, a czego nie wolno. Wolno czynić wszystko, co ułatwia poczęcie. Nie wolno tylko jednego – rezygnować dla tego celu ze współżycia małżeńskiego. Dla mnie było to wielkie odkrycie. Sprawa okazała się jasna i prosta. Nasza miłość małżeńska, jej konkretyzacja w akcie pełnej jedności jest tą wartością, z której rezygnować nie można. Pragnienie, by rozwijać i ocalać miłość wyrażającą się w akcie współżycia, ma być w nas zawsze większe od pragnienia dziecka, które może przyjdzie, a może nie.

I ożyły we mnie wtedy te tęsknoty, które zagłuszałam przez długi czas, którym nie pozwalałam brzmieć, bo wiedziałam, że stoją w sprzeczności z moją skłonnością do inseminacji postrzeganej jako jedyna szansa na poczęcie naszego dziecka.

Wiele razy myślałam ze smutkiem o własnym życiu, bo inni mogą zwyczajnie począć dziecko na swoim własnym łóżku w swojej własnej sypialni. Nikomu nie muszą się opowiadać z liczby ani czasu podjętych zbliżeń, nie muszą ich planować na konkretny dzień i godzinę. Pragnęłam takiej intymności i doświadczałam, że jest ona niemożliwa. Lekarze zadawali dociekliwe pytania i udzielali dobrych rad, które skutecznie odzierały naszą bliskość z wszelkiej intymności. Myśląc o inseminacji, przymierzając się do niej, postrzegałam ją jako jeszcze jeden – przykry, lecz niewielki – krok na dobrze znanej drodze rezygnacji z intymności i tajemnicy naszego pożycia. Oto nasze współżycie, które od lat było na ustach wszystkich lekarzy, zostanie ten jeden raz zastąpione podaniem w gabinecie ginekologicznym spreparowanego nasienia. To naprawdę jest drobny krok.

Drobny, lecz kluczowy. Uchwyciłam się tej myśli, rozdmuchałam w sobie świadomość tej wartości – nasza bliskość fizyczna jest tak ważna, tak święta, że nie możemy z niej rezygnować. Nawet dla poczęcia dziecka. Nawet ten jeden, jedyny raz. W ten sposób mój umysł miał już swoją odpowiedź. Granice, co wolno, a czego nie wolno, zostały wyraźnie określone.

Odpowiedzi dla serca

Jednak moje serce nadal nie było przekonane. Poznawałam to po tym, że ilekroć na modlitwie dotykałam bólu mojego niespełnionego rodzicielstwa, a dotykałam go ciągle, tylekroć budził się we mnie gniew, zamęt i rozpacz. Bo przecież ja wiem, kto jest Panem życia i śmierci, ja wiem, od Kogo pochodzi wszelkie rodzicielstwo. Wszelkie rodzicielstwo, więc też to zapoczątkowane aktem inseminacji czy poczęciem in vitro. Bóg jest Panem życia. Jedynym. Może zatem…

Może zatem się zdarzyć, że po życiu długim, smutnym i bezdzietnym umrę i stanę wobec Boga, przed którym wyleję wreszcie aż do dna całą moją rozpacz i całe rozczarowanie. A On wtedy – kto wie – uśmiechnie się ze współczuciem i powie: „Aguś, moja Aguś, od zawsze znam twoje pragnienia. Chciałem je spełnić. Dawałem ci przecież możliwość inseminacji, in vitro. A ty nie skorzystałaś”.

Niepokoił mnie ten obraz, niepokoił bardzo. Uświadamiał, że każda decyzja ma swoje konsekwencje. Że zawsze pozostaje coś, co trzeba nieść dalej. I znów szukałam odpowiedzi. Nie można jednak szukać w nieskończoność. Kiedyś trzeba podjąć decyzję. Zdecydować, co wybieram.

Wybrałam wierność miłości, która już ze mną była od dawna, którą wcześniej poznałam, której zaufałam. Tłumaczyłam to sobie i Panu Bogu tak: „OK, nie mam bezpośredniego wglądu w to, co Ty myślisz i czujesz. Poznaję Ciebie i Twoje prawo przez pośrednictwo ludzi, przez pośrednictwo Kościoła. I ci ludzie, Twój Kościół, twierdzą, że inseminacja jest złem. Ja temu zaufam. Zaufam, że to jest prawda. Tak, oczywiście, wiem, że jest ryzyko pomyłki. Zaryzykuję jednak. Wybieram Ciebie i Twoją miłość tak, jak je dotąd poznałam”. Ten wybór zakładał rozstanie, powolne rozstawanie się z nadzieją na miłość do dziecka, które nigdy nie zostało nam dane.

Kto się śmieje ostatni

Dziś, gdy patrzę wstecz na tamten czas i tamte zmagania, widzę wyraźnie, jak wiele osób niosło mnie i moją rozchwianą wiarę. Przede wszystkim mój mąż. Dla niego wszystko było prostsze. Posłuszeństwo prawu jest w niego wpisane bardzo silnie. Ja zmagałam się, walczyłam, bo musiałam znaleźć miłość, realną miłość, która byłaby większa od tej wyśnionej, wytęsknionej miłości do naszego tak bardzo oczekiwanego dziecka.

I przypomina mi się scenka z gabinetu lekarskiego sprzed wielu lat, gdy wobec lekarki twardo deklarowałam: „Inseminacja, in vitro? Nie, dziękuję, nie jestem zainteresowana”, a pani doktor uśmiechała się z politowaniem i mówiła: „Dziś ma pani 26 lat i dziękuje. Za dziesięć lat poczuje pani tykanie zegara biologicznego i przyjdzie tutaj prosić o zabieg. A wtedy może być już za późno”.

No i mija te 10 lat i nigdzie się nie wybieram. Uśmiecham się do tamtych wspomnień. To była ostra walka. Ale znalazłam to, czego szukałam. Znalazłam Miłość, dla której warto ryzykować wszystko.

Już nie jest za późno
Agnieszka Szumska

urodzona w 1976 r. – absolwentka filologii polskiej, nauczycielka. Mężatka. Mama dzięki adopcji, ma dwoje dzieci....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze