Józef
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Przez odwróconą lunetę wyglądało to na martwą naturę z wędzidłem. Ale kiedy rankiem Bóg szarpał cuglami i wędzidło wchodziło głęboko w rozwarty gapowato pysk Wisły i domierzającego do niej Sanu – potrafiło się zaroić: Żydzi biegali po pustym sklepie, ruszali w tempie rubato na swoich tratwach flisacy, chłopi szykowali na targ w Tarnobrzegu klatki cherlawych podświnków, choć spał jeszcze hrabia Zdzisław Tarnowski, sprawiedliwie i słusznie, jako dobry gospodarz i zawołany myśliwy nawiedzany marzeniami „O Jeleniu, zwierzu okazałym. O Łosiu ogromnym. O Niedźwiedziu niezgrabnym. O Dziku albo Hodyńcu okrutnym. O Łani albo o Damulach. O Liszce sztucznej. O Iżu ościstym. O Castorze albo Bobrze y iego cnotach. O Wilku szkodnym, zdradnym. O Lwie, iego mężności. O Tygrysach y Lampartach z ich przyrodzeniem. O Nosorożcu srogim y żartkim. O Wężach sprośnych. O Krokodylach jadowitych. O Papugach uciesznych. O Żurawiach misternych. O Krukach y Gawronach zmyślnych” (podaję za Zygmuntem Hauptem a ten za: Skład albo Skarbiec Znakomitych Sekretów Oekonomiey Ziemiańskiey).

Hrabia zamkiem dotykał granic miasteczka i – jak tradycja przodków nakazywała – był wielbicielem „martwej”, bo wystarczyło otworzyć skarbczyk zamku dzikowskiego, żeby olśnić oczy najwybredniejszych gości. Jaśniały zatem: „Płótna kawałeczek przywieziony z Ameryki południowej przez Humboldta, Chorągwi kosynierów Kościuszkowskich kawałeczek, Nitki ze zbroi króla Gustawa Adolfa, Kawałek chorągwi zdobytej w czasie odsieczy wiedeńskiej na Turkach, Dwa kawałeczki podszewki od szkaplerza hetmana Żółkiewskiego, Kawałek szarfy króla Gustawa Adolfa, Nici ze sztandaru Gottfryda pod Jerozolimą, Kawałek ornatu, w którym św. Wojciech mszę odprawiał” (podaję za doktorem Michałem Marczakiem, bibliotekarzem i kustoszem zbiorów dzikowskich). Zaiste, nie te osobliwości zwabiły tu Józefa Czapskiego, ale Jaś Tarnowski, który lubił otaczać się artystami. Zarządzono malowanie portretu hrabiego Zdzisława. Czapski spisał się dzielnie. Należało teraz artystę wynagrodzić. Nazwisko Czapskiego hrabiemu imponowało, bo w nagrodę postanowił ofiarować Józefowi konia ze swojej wymysłowskiej stadniny ogierów.

Kiedy Jaś – znając biedę Czapskiego – próbował zamienić wdzięczność „rżącą” na „brzęczącą”, hrabia wpadł na jeszcze lepszy pomysł. „Wiem – zawołał – przejdę z nim na ty!”.

Pobyt w Dzikowie – Tarnobrzegu Czapski odnotowuje w Kajecie VII z roku 1965: „Dziś tak bym chciał zanotować to, co już mi na pół z głowy uciekło: myśli o śmierci i koło śmierci. Znowuż szparka, przez którą zobaczyłem cały wielki rozdział moich wspomnień. Ojciec Jasia – Zdzisław Tarnowski. Per aspera ad astra, kazał napisać na odbudowanym swoim pałacu, po pożarze. Czamara i nieustanna komedia, wprost głupota i urok. Szlachetność, patriotyzm, ofiarność autentyczna i feudalizm w stanie czystym. I napisy na grobach babek, ciotek, które co wieczór kazał zmieniać na kartonach naśladujących nagrobki. I zachowywanie dla siebie, człowieka, który już nie miał sił wyjść z domu, najgrubszych dzików w lasach – jego synowie nie mieli prawa polować. I jego rozmowa ze mną. Bądźmy na duca, jako najwyższy honor, naturalnie. I to: nie mam syna, kiedy syna, zrezygnowany, wyprawił za granicę. I strzelanie oczami po kaplicy, czy wszyscy dobrze na honorowych miejscach siedzą podczas pogrzebu żony”.

Hrabia Zdzisław zmarł w 1937 roku. No, a potem nastała sprawiedliwość dziejowa i mogłem już biegać po dzikowskim parku bez specjalnych zaproszeń.
Biegałem po zadeptanych śladach Józia – wielkoluda. Chudy, wysoki, do szpiku kości dobry, bezradny, choć przecież kawalerzysta. Nawet dowódca w 20. roku, choć tak naprawdę oddziałem zarządzał rozgarnięty wachmistrz. I największy komplement, jaki usłyszał tamtej wojny z ust jednego z Konarmii, gdy dostrzegli go stojącego samotnie na wzgórku: „Brać mi tego sk…!”. A ja biegałem po parku, a jak zdobyłem rower, to na rowerze, ale tak po kawaleryjsku, żeby choć wiatr gwizdał w uszach, jeśli kulom nie jest pisane. Tak nakazywała tradycja i archetyp polskiej jazdy zamknięty w „Lisowczyku” Rembrandta, który to święty polski obraz hrabia Zdzisław w zamku dzikowskim przechowywał, po czym sprzedał, dorzucił grosza ze sprzedaży dóbr w Mędrzychowie i wykupił z rąk Niemca hrabiego Schaffgotscha Mokrzyszów. I wszystko na nic, czułem się ciężki, niegramotny, gapowaty (por. O Niedźwiedziu niezgrabnym). Jak wszystko tu po sprzedaży „Lisowczyka”, utracie rękopisu Pana Tadeusza i wejściu sowietów (tak przynajmniej utrzymują zwolennicy „małych ojczyzn”). A Bóg, szanując nowy porządek, nie szarpał już cuglami. Nie było nikogo, żeby zawołać „Brać mi tego…” i tak dalej, i tak dalej, choć często prezentowałem się na zamkowych wzgórkach – el caballero de la triste figura. Pozostało być pracowitym (por. O Castorze albo Bobrze y iego cnotach). To mnie zbliżyło do postaci Józefa i pism jego.

Ile razy czytałem dla pociechy o jego „piłowaniu martwej”, o okresach błogosławionego nieróbstwa, o popełnionych kiczach, pomyłkach, pustce dnia i nagłych olśnieniach! Ale to była propedeutyka duchowa, trochę kokieteria (por. O Papugach uciesznych), bo nieskromnie podejrzewałem jednocześnie, że jednak jakaś ogromna siła zalega moje wnętrze (por. O Łosiu ogromnym) i że „mógłbym”. Mógłbym, gdybym tylko chciał, przezwyciężył, zgodził się wreszcie, uporządkował, przemyślał, zaszarżował (por. O Nosoroż­cu srogim y żartkim). A prawda jest taka, że właśnie „nie mógłbym”. Czyli oskarżeń głosu podającego się za moje sumienie nie należy słuchać. Ale słuchałem, i było to nieprzyjemno-przyjemne, bo głos w gruncie rzeczy mnie komplementował – mógłbyś! Czyli weź się do roboty! (por. O Wężach sprośnych).

Późno odkryłem tekst Czapskiego komentujący słowa Simon Weil o zdeptaniu w sobie wszystkiego, co oddziela nas od Boga: „Tak może pisać tylko człowiek, który nie tylko kocha Boga, ale który żyje Nim, który Go widział twarzą w twarz. I chyba to właśnie, to jedno daje, że czytając takie zdania, doznajemy po mocy, widząc w tym argument niezbity, że są siły od Boga nie do wymierzenia, że jest Bóg. Ale co z tego dla ciebie, jeżeli nie chcesz, nie umiesz pietiner w sobie, bo nie masz tej bezwzględności, która jedna może tylko daje to uświadomienie obecności. Jest więcej, jest sceptycyzm poparty lenistwem czy wyrastająca z lenistwa zgoda na bezsiłę. Jeżeli nie możesz, jeżeli nie dość chcesz być cały w wysiłku, nie zapominaj, że może masz inne siły, inną drogę i że wysiłek każdego dnia nikły, ale jakiś przecie możesz zrobić i możesz ratować siebie z tego dna”. Masz inne siły, inną drogę, Masz inne siły, inną drogę. Masz inne siły, inną drogę (por. O Krukach y Gawronach zmyślnych).
Zapowiedzią tego wyzwalającego odkrycia była pewna historia, błaha z pozoru, ale dla mnie ważna, bo odczytana jako znak – list zza grobu. Onego czasu siedziałem w saloniku pewnego muzeum diecezjalnego i czekałem. Umiem czekać. Wzorem wiejskich kobiet po pracy zaplotłem na podołku dłonie. Potem rozplotłem. Wzorem grubych proboszczów przed pracą oparłem je na brzuchu i palcami kręciłem młynka. Wreszcie znieruchomiałem jak kajman czekający u wodopoju na antylopę (por. O Krokodylach jadowitych). Wolne od młynkowania palce czytały teraz przy użyciu Braille’a wzorki na obiciu fotela, potem ześliznęły się niżej i natrafiły na blejtram. Zacisnęły się na listwie. Uniosłem delikatnie płótno, niedużo, ledwie kilka centymetrów i odczytałem nazwisko nabazgrane pędzlem w rogu – Czapski. I wtedy wszedł ksiądz dyrektor.

Józef
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze