Cmentarek

Cmentarek

Pogrzeb był tłumny, ale bez przesady. Procesja, która prowadziła prałata Kolankę z kościoła Chrystusa Króla na odległy o dwa kilometry cmentarz, była mimo wszystko skromniejsza niż ta w Boże Ciało. Nieważne, i tak można zaryzykować stwierdzenie, że był to najszczęśliwszy dzień w życiu nieboszczyka księdza prałata Szymona Kolanki. Co prawda, od czterech dni już nie żył, ale musiał sobie tę chwilę po wielekroć wyobrażać. Większość parafian znała jego pragnienia. Jeden z żałobników powiadał nawet, że modlił się dla niego o dar widzenia własnego pogrzebu. Czy było to mądre i w ogóle zgodne z nauczaniem Kościoła? Nie wiadomo, ale taka prośba rzeczywiście została wzniesiona. W przeciwieństwie do większości ludzi, którzy uciekają od myśli, że kiedyś umrą, dla Kolanki śmierć była celem życia. I to celem radosnym.

Święcicki szedł w kondukcie, bezwiednie rejestrując pożegnanie z epoką. Ponad czterdzieści lat Kolanko proboszczował w Miławie. Chowało go trzech biskupów i wielu, naprawdę wielu księży. W kondukcie szło też kilkadziesiąt sióstr zakonnych. Kolanko miał bowiem sześć rodzonych sióstr, z których każda wstąpiła do jakiegoś zakonu. Cała rodzina oddała się na posługę Kościołowi, jakby na dowód, że tylko po to warto przyjść na świat. Kolanko przeżył wprawdzie wszystkie swoje siostry, ale wdzięczne zgromadzenia, które pamiętały o nich i o ich bracie, przysłały swoje delegatki. Święcickiego naszła myśl, że pewnie Kolanko patrzy na nich wszystkich z góry i liczy. Radość liczenia na pewno nie opuściła go i w tej chwili. Ile to razy na koniec mszy, przed błogosławieństwem, podawał liczbę osób, które przystąpiły do komunii. Co roku ta liczba rosła i była dowodem duchowego rozwoju parafii. Święcicki reagował na te ogłoszenia z niesmakiem, kiedyś nie omieszkał powiedzieć o tym samemu Kolance. „Proszę księdza, sfera ducha i ludzkiego serca jest niepoliczalna… Czy ksiądz sądzi, że Panu Bogu miłe są te statystyki?”. Proboszcz się uśmiechnął, pokręcił głową nad ograniczeniem swojej zbłąkanej owieczki. Rozłożył ręce. „Widzi pan, jakoś tak się stało, że Bóg urodził się w czasie spisu powszechnego… Za czasów Tyberiusza”.

Nad trumną przemawiali przedstawiciele władzy, przedstawiciele różnych opcji politycznych i różnych epok. W końcu złoty okres działalności Proboszcza Stulecia, jak się o nim wyraził wójt, przypadł na czas PRL-u. Kolanko potrafił rozmawiać z tamtą władzą, uzyskiwać profity dla parafii. „A przy okazji złowić komunistów dla Bożej sprawy”… Tajemnicą pozostaje, jak to się stało, że gmina sprzedała mu teren pod założenie cmentarza.

* * *

Trzy dni po pogrzebie odwiedziła, czy raczej nawiedziła, Święcickiego Maria Ważbińska, działaczka parafialna. Miał ją za kobietę dość inteligentną i krytyczną, jak na osobę „przykościelną”. Ważbińska ubrana była w czerń. Na jej twarzy malował się uśmiech, ale taki jesienny. W welonie smutku. „Żałoba po proboszczu”.
 – Panie Tadeuszu, ja… w sprawie pomnika.
 – Pomnika, jakiego?
 – Księdza prałata.
 – Do mnie?
 – Zaraz panu wszystko wytłumaczę – uśmiechnęła się z wyrozumiałością, mrużąc oczy.
 – Proszę, niech pani wejdzie, pani Mario.

Weszli do olbrzymiego salonu, który był jednocześnie pracownią. Ważbińska usiadła w fotelu, skromnie, jakby na brzegu krzesła, powiodła spojrzeniem po licznych rzeźbach. Trudno powiedzieć, że zdobiły ono pomieszczenie, raczej w nim „przebywały”. Prace Święcickiego były środkiem dochodzenia do prawdy. A ta nieraz wcale piękna nie jest. Tadeusz był lekko zakłopotany przedłużającym się milczeniem i uśmiechem Ważbińskiej.
– Myślę, że to nie ten adres, pani Mario. Sama pani widzi – powiódł ręką po eksponatach – ja postrzegam człowieka w sposób, jakiego nasz prałat by sobie absolutnie nie życzył…
 – Jest pan pewien?
 – Całkowicie.

Ważbińska posłała mu tajemniczy uśmiech.
– Nieważne, w tej chwili nieważne. Przyszłam w innej sprawie. Zbieram na liście podpisy osób popierających wystawienie pomnika proboszczowi. Czy zechciałby pan się do nas przyłączyć? Jest pan znaną w miejscowości postacią, artystą. Ludzie, widząc pana nazwisko, chętnie się dołączą.

Święcicki nabrał powietrza w płuca. Nie wiedział, co odpowiedzieć. Uśmiechnął się przepraszająco… Przecież Ważbińska znała jego opinię na temat proboszcza. Wiedziała, że aniołem nie był, kilka razy sama nadawała na niego, że już stary, ale władzy oddać nie chce, że nie ma dobrego słowa dla ludzi, że oczekuje tylko, by go chwalić. Oderwany od życia, nie próbuje zrozumieć dzisiejszego człowieka, kazania nieprzygotowane, naiwne, dla maluczkich, których w parafii już raczej nie ma.
Nie chciał wszczynać na nowo tematu, po wielekroć wałkowanego. Pogrzeb był, jaki był. Padło wiele słów wzniosłych i nieprawdziwych. Przypisywano Kolance jako cnoty to, czego mu za życia brakowało. Trudno, taka jest poetyka pożegnań. Był najdalszy od wywlekania brudów po jego śmierci, ale robienie z niego bohatera i świętego w jednej osobie to już przesada. Pomnik!? Santo subito?!
 – Pani Mario, po co? – odezwał się po chwili.
 – Pan pyta? Przecież całe życie pan rzeźbi człowieka. To nie są pana dzieła? Kiedyś słyszałam, jak pan pięknie w radiu powiedział, że każdy człowiek jest dla pana garbatym świętym…

Przymknął oczy, uśmiechnął się. To nie ten przypadek.
 – Moje prace mają otwierać oczy na człowieka takiego,






Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się