Na Gołasa

Dobry tytuł dla dobrej książki.

Dobra książka o dobrym człowieku; napisana przez dobrą córkę. Wszystko zaś razem (Agnieszka Gołas-Ners, Na Gołasa, Świat Książki, Warszawa 2008) to dobre, krzepiące wydarzenie i pyszna lektura. W naszej rodzinie czytaliśmy ją po kolei wszyscy i za każdym razem – a obserwowałam to celowo! – rzecz wyglądała tak samo: życzliwy uśmiech na widok okładki z fotografią aktora, łapczywe spojrzenie na pierwszą stronę, nagłe milczenie i dalej już tylko czytanie, bez zatrzymania, aż do ostatniej stronicy.

Książka składa się z zapisu rozmów, nagranych przez córkę znakomitego aktora; o Wiesławie Gołasie mówią więc jego koledzy, jego bliscy, wreszcie, przede wszystkim – mówi i on sam. Ale, rzecz charakterystyczna i rzadka, kiedy ten aktor mówi o sobie – opowiada właściwie o swoich najbliższych, o przeszłości, o wojnie, o teatrze, o rolach w filmie, o nauczycielach i przyjaciołach (zawsze dobrze!), mówi o całym świecie, a prawie wcale – o własnym „ja”. To człowiek skromny, a także – nieśmiały.

Tego ostatniego określenia w naszych czasach używa się z pewną pobłażliwością czy nawet lekceważeniem. Jeden tylko profesor Zbigniew Raszewski, znakomity historyk teatru i świetny pisarz, był innego zdania: „Twierdzenie, że ktoś jest nieśmiały, stanowi […] doskonałą rekomendację. Coraz częściej myślę sobie, że gdyby nasz Zbawiciel przemawiał dzisiejszymi słowami i stosował dzisiejsze pojęcia, na Górze Błogosławieństw ludzie posłyszeliby pewno: Błogosławieni nieśmiali”*

Ten akurat Nieśmiały jest, tak się składa, jednym z najśmieszniejszych, najwspanialszych i najbardziej kochanych przez publiczność aktorów komediowych. Nie tylko zresztą komediowych: rozpiętość skali jego aktorstwa jest pełna. Lecz coś bardzo ważnego w jego osobowości, w jego psychice, przejawia się właśnie przez śmiech i wzbudzanie śmiechu, poprzez dystansowanie się od trudnej do zniesienia okropności świata za pomocą lekkiej, migotliwej materii żartu. Stawianie czoła grozie to przecież budowanie rzeczywistości alternatywnej; kiedy robi się to za pomocą radości i śmiechu, działa się jakby w obronie rzeczywistego świata przed wynaturzeniami, przywraca mu się właściwe proporcje i kategorie.

„Mama mi opowiadała, że po pierwszym »klapie«, jaki daje się noworodkowi, nie zapłakałem, ale roześmiałem się głośno” – zaczyna swoje wspomnienia Wiesław Gołas. To mogła być wesołość przeniesiona w genach („W naszym domu na Mahometańskiej królowały żarty i śmiech”), a może i przejaw charakterystycznej dla niego reakcji: zuchwałej dzielności w odpowiedzi na niebezpieczeństwo i ból. Mogła to też być zapowiedź późniejszego stosunku do świata, wyrażającego się w autentycznym bohaterstwie tego chłopca.

Miał dziewięć lat, kiedy wybuchła wojna. Jego ojciec, podoficer, ogniomistrz 2. Pułku Artylerii Lekkiej Legionów w Kielcach w kampanii wrześniowej walczył pod Warszawą, Bełchatowem i Modlinem; dwukrotnie został odznaczony Krzyżem Walecznych. Po klęsce Teofil Gołas dostał się do niewoli, lecz, pod gradem kul, uciekł z transportu do oflagu, po czym został leśnym partyzantem, a po wyjściu z lasu działał w konspiracji. Aresztowano go jednak i wywieziono do Majdanka, gdzie zginął.

Matka Wiesława Gołasa także działała w konspiracji, a on sam – w Szarych Szeregach. „Wszyscy z godnością znosili krzywdy doznawane od okupantów, starając się przetrwać dokuczliwą biedę. Walczyli z wrogiem bez broni, ale każdy rodzaj walki uważali za dobry. »Palili się« wprost do różnych konspiracyjnych zadań i rzetelnie pełnili swą służbę Ojczyźnie. […] Wiele sprytu i odwagi wykazywał Wiesław Gołas. Z chłopięcą brawurą angażował się w akcje, w których braliśmy udział” (hm. Włodzimierz Matwin, „Szare Szeregi” na Baranówku w Kielcach).

„Byłem wtedy chojrak i chociaż wielokrotnie mnie ostrzegano, nie słuchałem. Nie potrafiłem przepuścić okazji, bo w tej ciężarówce było pełno broni, która aż prosiła się, żeby ją mieli nasi. Wracałem więc do niej jeszcze dwa razy. I za trzecim razem mi się nie udało” – czytamy we wspomnieniach aktora. Złapano go i przekazano gestapo. Miał wtedy 13 lat. W więzieniu siedział od listopada 1944 do stycznia 1945 roku, w tej samej zresztą celi, co wcześniej jego ojciec. „Cela była zatłoczona, a wśród więźniów byli nie tylko żołnierze z ruchu oporu, ale i zwykli kryminaliści. Musiałem wysłuchiwać ich rozmów, które czasami były okropne. […] Wtedy w celi modliłem się. Z początku współwięźniowie nie zwracali na to uwagi, ale po jakimś czasie przestawali gadać, kląć i kiedy klękałem do modlitwy, uciszali się. […] Raz na jakiś czas, zwykle w nocy, gestapowcy przychodzili po kogoś i zabierali na przesłuchania, które odbywały się niedaleko, bo wyraźnie słychać było jęki i krzyki. […] I na mnie też przyszła kolej. […] Dopiero po pierwszym badaniu więźniowie nabrali do mnie szacunku, sądzili, że muszę być kimś ważnym, skoro mnie tak ćwiczą. Robili mi okłady z jakichś mokrych szmat. Podobno myśleli, że jakąś babę biją, tak cienko piszczałem. I wiedzieli, że nikogo nie wydałem”.

Wypuszczono wszystkich więźniów na wolność w styczniu 1945. „Niemcy wsiedli na swoje motocykle i uciekli. Poszedłem od razu do katedry podziękować za uwolnienie. […] Potem ruszyłem do domu. Pamiętam, że nogi mi się na lodzie rozjeżdżały, bo słabiutki byłem. Jak dotarłem do domu, mamy nie było, bo poszła do więzienia z paczką dla mnie. […] Kiedy już wróciła mama, od razu musieliśmy się ukryć w piwnicy przed bombardowaniem. Siedzieliśmy w niej pół nocy”.

Skatowany „bykowcami” chłopiec, z niegojącymi się ranami w okolicy nerek i na pośladkach, blady i wymizerowany, wziął zaraz potem udział w zbiórce harcerskiej i w nabożeństwie dziękczynnym. „Wielu z nas miało łzy radości w oczach – wspomina harcmistrz Matwin. – To nagłe ocalenie było wielkim przeżyciem. Dowiedzieliśmy się, że nasz wyjątkowo odważny kolega zachował się dzielnie w śledztwie. […] Pomimo tortur nikogo nie wydał, nic nie zdradził, był wierny złożonemu ślubowaniu Szarych Szeregów”.

Tak skończyło się dzieciństwo aktorskiego geniusza komedii.

Nastała młodość i epoka stalinizmu. Jeszcze (wciąż jeszcze…) pamiętamy, co było dalej.

Co trzeba w sobie mieć, żeby wyjść z podniesioną głową z opresji, jakie zwykła ludziom gotować historia? Jak to się robi, żeby – doznawszy od bliźnich wielkiej krzywdy i bólu – przez całe życie potem nieść ludziom radość i otuchę? Bo – miejmy tego świadomość – Wiesław Gołas z całą pewnością, na swój specjalny sposób, nie tylko pomógł nam przetrwać czarne, a potem beznadziejnie szare lata PRLu, ale i uczył nas, że trzeba z nich wyjść. Ten żartowniś, swój chłop, ulubieniec całej Polski, nie zawahał się przed wyśpiewaniem nam prosto w oczy straszliwej diagnozy społecznej, zawartej w piosence Wojciecha Młynarskiego W Polskę idziemy. Ciarki chodziły po grzbiecie każdemu, kto usłyszał wypowiedziane mocno, ze śmiertelną powagą, ostatnie słowa piosenki: „Gdyby nam tego miało zabraknąć… Nie! nie zabraknie”.

Wiesław Gołas mówi o sobie z całą szczerością, króciutko a treściwie, w jednej z części („Jak być kochanym”) tej książki. Podrozdział nosi tytuł: „Łatwiej jest dosmucać niż rozśmieszać”. Oto te ważne słowa:

„Życie miałem dosyć ciężkie i często zastanawiam się, dlaczego mimo to zawsze miałem tyle ochoty do żartów? W rzeczywistości wesołkiem jestem tylko na zewnątrz, a głęboko w sobie mam więcej dramatu niż humoru. […] Nie mogę znieść przygnębienia i milczenia. […] Zawsze czuję się, zupełnie niepotrzebnie, odpowiedzialny za atmosferę, zobowiązany do wywoływania uśmiechu na twarzach. To trudne i męczące dla mnie, ale nie potrafię inaczej”.

Otóż to.

Ta odpowiedzialność, to poczucie zobowiązania, tak trudne i męczące… Czy to nie jest przypadkiem prawa odpowiedź, idąca z samej głębi duszy, na wezwanie: „Jeden drugiego brzemiona noście”?

Smutek też jest brzemieniem.

Bardzo dziękujemy, kochany Panie Wiesławie.

Bardzo.

Bóg zapłać!

* Zbigniew Raszewski, Listy, Akapit Press, Łódź 1999.

Na Gołasa
Małgorzata Musierowicz

urodzona 9 stycznia 1945 r. w Poznaniu – z domu Barańczak, siostra Stanisława Barańczaka, absolwentka PWSSP w Poznaniu, najbardziej znana jako autorka serii Jeżycjada....