Człowiek realizuje się w ciele

Nikodem Brzózy OP: Panie profesorze, jest Pan lekarzem ginekologiem, znawcą problematyki związanej z życiem seksualnym, autorem książek na ten temat, ale jest Pan również mężem i ojcem. Chciałbym Panu zadać parę pytań dotyczących rozwoju psychoseksualnego, które – jak sądzę – nie zawsze znajdują właściwe odpowiedzi. To, co się mówi i co się pisze o ludzkiej seksualności w telewizji, w tygodnikach dla kobiet i mężczyzn, a także w pismach młodzieżowych, odbiega od chrześcijańskiego postrzegania seksualności. Niektórzy młodzi ludzie, może szczególnie pochodzący z rodzin, które nie dały im dobrego przykładu, pytają, czy to, co nazywa się seksem, ma związek z miłością. Słowo „seks” dla niektórych oznacza podniecenie, pożądanie drugiego ciała, bliskość fizyczną, zaspokojenie dręczącej potrzeby fizjologicznej, mocne przeżycie odpędzające nudę, bycie blisko z dziewczyną lub chłopakiem. Słowo „miłość” natomiast dla wielu zarówno młodych, jak i dorosłych osób znaczy niewiele, bo nie mają one wystarczającego doświadczenia miłości. Jaki jest związek seksu, czystości i miłości?

prof. Włodzimierz Fijałkowski: Przeżywanie płciowości w atmosferze czystości to coś normalnego, nie wyjątkowego. Płciowość to coś bardziej złożonego niż to, co kryje się pod określeniem „seks”. Takie rozumienie go, o jakim ojciec mówił przed chwilą, sprawia, że miłość i seks przestają mieć cokolwiek wspólnego. Trzeba bowiem pamiętać, że układ płciowy jest układem wyjątkowym, bo wpisanym w strukturę osoby ludzkiej. W wypadku układu oddechowego, pokarmowego, nerwowego czy układu ruchu takie powiązanie nie istnieje – nie ma wszak takich pojęć, jak: życie oddechowe, życie pokarmowe, życie ruchowe. A życie płciowe – owszem. I oznacza ono coś więcej niż tylko żywotność gruczołów. Chodzi tu o zintegrowane przeżywanie własnej męskości czy kobiecości. Ponadto, z punktu widzenia teologii, płciowość jest darem, który uzdalnia człowieka do tego, żeby mógł żyć dla innych i dla Boga. Płeć umożliwia bycie ojcem lub matką, i to również w sensie duchowym. Duchowym – ale nie należy tego rozumieć, że bezcielesnym. Bo ksiądz żyjący w celibacie może być ojcem wyłącznie wtedy, gdy dojrzale przeżywa własną męskość. Ojcostwo wyraża się na różne sposoby w zależności od powołania: w rodzicielstwie albo też na drodze życia w celibacie.

Sfera życia płciowego z całym swym bogactwem ma związek z głębszym nurtem ludzkiego bytowania, uwydatniając duchowy profil człowieka.

Mówić, że ma związek, to za mało, bo sfera płciowa musi być przeżywana integralnie, czyli współtworzy ona strukturę osobową. Sfery cielesna i duchowa są nierozdzielne. Ponadto słowo „seks” pierwotnie oznaczało płeć, ale dzisiaj w tym znaczeniu w ogóle nie jest używane, zatem w naszych rozważaniach chciałbym uniknąć jego używania.

A może jednak w dzisiejszym języku owo magnetyzujące słowo bywa również używane w dobrym znaczeniu?

I tak, i tak? Problem polega na tym, że seks rozumiany czysto biologicznie nie ma nic wspólnego z seksem rozumianym zgodnie z pierwotnym znaczeniem tego słowa. Nie widzę więc w ogóle miejsca dla słowa „seks” w leksykonie słów związanych z płciowością.

Jednak dzisiaj wielu ludzi, czując potrzebę otwartego mówienia o seksualności, używa tego wyklętego przez Pana profesora słowa również we właściwy sposób. Wielu młodych podczas spowiedzi mówi na przykład: „Mam problemy z własną seksualnością”. Trudno poza tym wycofać z języka powszechnie stosowane pojęcie. W wypowiedziach zawierających to słowo jest tyle odważnej bezpośredniości, chyba niekoniecznie złej. Powiedziałbym nawet, że dobrej, naturalnej. To prawda, że dzisiejszy język jest nieraz zbyt dosadny i często fałszuje rzeczywistość. Jednak być może lepsze to niż pewien rodzaj katolickiego purytanizmu, który polega na omawianiu tych delikatnych spraw za pomocą pojęć zastępczych i archaicznych. Znam starszego i arcyzacnego księdza, który podejmując w swoich naukach rekolekcyjnych problematykę ludzkiego seksualizmu, używał takich określeń, jak porubstwo czy spółkowanie.

Tak, ale posługując się słowem „seks”, godzimy się na niejasności, a ja chciałbym tego uniknąć. Mówię na przykład: „Przeżywanie płciowości człowieka realizuje się na dwóch drogach – na drodze małżeństwa albo na drodze celibatu”. Mówiąc o małżeństwie, używam określenia „wspólnota życia” i mam na myśli trwały i wyłączny związek mężczyzny i kobiety. Jeśli użyłbym słowa „seks”, nie mógłbym powiedzieć tego wszystkiego w tak prosty i jasny sposób. Naprawdę nie widzę potrzeby, żeby wyodrębniać pojęcie seksu, bo nie da się go powiązać z pojęciem czystości. Nie ma potrzeby, by uporczywie używać słowa, które nic nie wyjaśnia, a raczej zaciemnia.

Dopełnianie się płci, oddziaływanie obu płci na siebie to istota tajemnicy miłości erotycznej. Dokonuje się to w dialogu. Słowo „seks” urywa ten dialog. Oznacza ono bowiem jakieś działania, które idą odrębnym torem. Myślenie w kategoriach seksu prowadzi do niekontrolowanych zachowań płciowych, wymusza pewne reakcje. Człowiek przestaje być wolny, bo uprawianie seksu przeradza się w przymus, uzależnienie, ślepy behawioralny łańcuch impulsów. Coś na kształt niekontrolowanego wybuchu, który niszczy wszystko, co stoi mu na przeszkodzie. Dzieje się tak wtedy, kiedy człowiek nie pozwala mówić swojemu ciału. Płciowość jest przecież dialogiem. Dopełnianie się polega na tym, że jedna płeć wzbogaca się odmiennością spojrzenia, przeżywania wrażliwości drugiej płci. Dialog to aktywność w przeżywaniu płciowości. Tymczasem seks jest czystym doznaniem i biernością, a ostatecznie utratą kontroli.

Kiedy życie płciowe przeradza się w coś niewłaściwego?

Istnieje specjalny test, który pozwala to zbadać i ocenić. Płciowość składa się z dwóch nierozłącznych elementów. Są nimi ciążenie płci ku sobie oraz płodność. Jeśli chcemy wiedzieć, czy współżycie jest właściwe, odpowiedzmy sobie na pytanie, czy płodność nie stanowi dla nas przeszkody. Jeśli nie, to w takim wypadku w pożyciu seksualnym – dodajmy, pożyciu seksualnym małżonków – nie ma nic zdrożnego.

W kontaktach przedmałżeńskich może się zdarzać, że ktoś zachowuje nie tyle powściągliwość, ile rezerwę i dystans wyrażający się używaniem mechanicznych lub farmakologicznych środków antykoncepcyjnych. Jak wiadomo, antykoncepcję stosuje się po to, by nie doszło do poczęcia dziecka. W praktyce jednak prędzej czy później do niechcianej ciąży dochodzi. Pojawienie się dziecka przeżywane jest wtedy jako katastrofa i bardzo często kończy się to śmiercią dziecka.

Jak z moralnego punktu widzenia oceniać tzw. przedmałżeńskie pieszczoty seksualne?

To pytanie dobrze jest skojarzyć z pytaniem o skutki. Są dobre czy złe? Otóż przypominam sobie takie zdarzenie. Do mojej poradni, a właściwie do mnie osobiście przyszła dziewczyna, bo, jak oświadczyła, „z panem doktorem mogę o tym mówić bez narażania się na drwiny”. Miała dwadzieścia trzy lata, kończyła biologię. Powiedziała: „Jestem dziewicą, nigdy nie odbyłam stosunku, ale… zdarzył się petting. Chłopak był nachalny i się do mnie przyklejał. Nasienie musiało się przedostać… Panie doktorze, chyba zaszłam w ciążę. To było takie ćwierć aktu, który właściwie nie naruszył mojej błony dziewiczej!”.

Zapytałem ją: „Czy to jest chłopak, z którym pani zamierza zawrzeć małżeństwo?”. Wstrzymała oddech i z niemałym wstydem odparła: „Nie, no właśnie, to nie mój chłopak. To znajomy, który w tym czasie miał konflikt z własną żoną. Ona go odrzuca i dlatego przyczepił się do mnie”.

Zobaczyłem w oczach dziewczyny łzy. Nie widziałem wyjścia z beznadziejnej sytuacji. Był ktoś, z kim ona miała zamiar wejść w związek małżeński. Jak się w tej sytuacji zachować? Czy wmówić chłopakowi dziewczyny, że to jego dziecko? Każde rozwiązanie było złe. Ona, smutnie patrząc na mnie, odpowiedziała: „Złamałam sobie życie, ale wiem jedno: nie zabiję tego dziecka”. To był piękny akt odwagi tej dziewczyny i dowód zaufania Bogu. I taki to morał. Czy zatem można mówić o niewinnych pieszczotach i o ćwierćaktach, które w zasadzie nie są złe?

Zasadnicze zło moralne przedmałżeńskich pieszczot seksualnych polega na tym, że istnieje możliwość zajścia w niechcianą ciążę i wystawienie się na pokusę aborcji czy istnieje jednak jeszcze jakieś inne, wewnętrzne zło takich zachowań?

Oczywiście, że istnieje. Dialog między płciami polega na dopełnianiu się odmiennych spojrzeń, odmiennych wrażliwości. Tutaj on niszczeje. Naskórkowość i pozostawanie wyłącznie na płaszczyźnie odreagowania i przyjemności prowadzi do banalizacji wszelkiej międzyosobowej wymiany. To nie jest forma przekazu, wzbogacania się, nie jest to żadna forma obdarowywania się sobą. To tylko poszukiwanie przyjemności.

Jednak nawet chrześcijańscy filozofowie i teolodzy mówią, że przyjemności same w sobie nie są czymś złym. Ludzie mają potrzeby biologiczne, te budzą się w nich tak naturalnie jak soki w korzeniach drzew. Jeśli potrzeba seksualna nie jest czystym głosem natury, to co dalej z nią zrobić? Może ją uśmierzyć, jakoś przetworzyć – poddać transformacji? Co pan, jako lekarz i jako katolik, proponowałby jako remedium?

Uśmierzyć? Skądże! Nie tylko nie tłumić, ale jeszcze bardziej uaktywnić się w czystym przeżywaniu płciowości. Czystym to znaczy z zachowaniem właściwego dystansu i właściwego spojrzenia. Ponadto trzeba zdecydowanie zaakceptować fakt, że przyjemność, choć nie jest niechcianym owocem, to również nie jest owocem wyłącznie do konsumpcji. Nie jest celem samym w sobie, jest zbyt przyziemna i zbyt ciasna. To nie jest pełne dobro człowieka.

Czerpanie przyjemności seksualnej nie jest ani głównym, ani bezpośrednim celem życia płciowego?

Oczywiście. Nie można przecież traktować pożycia płciowego jak tarła z efektami przyjemnościowymi! To jest degradacja i pomniejszanie, to jest gubienie właściwego sensu. To jest na miarę homunkulusa, a nie obdarzonego godnością człowieka, który kiedyś usłyszał: „Nie jest dobrze, żeby człowiek był sam, wobec tego niech będzie mężczyzną i kobietą”. Płciowość jest formą bycia, przeżywania, jest dopełnieniem tego, czego brakuje pojedynczej – w pewien sposób niepełnej – istocie ludzkiej. Te słowa Boga z raju trzeba słyszeć w sobie, one rozbrzmiewają również w naturalny sposób, są zapisane w naturze. Trzeba sobie uświadomić, czym jest seksualność i na czyj obraz i podobieństwo jesteśmy stworzeni.

Czy zakochanie to pierwszy przejaw miłości między mężczyzną i kobietą?

Niewątpliwie przeżywanie sympatii, która uruchamia naszą sferę erotyczną, czyli budzi pragnienie bliskości, jest znaczącym elementem, bo się mieści w dialogu płci. Dialog ten służy pełnej ludzkiej identyfikacji. Miłość to obdarowywanie się, dzielenie się. Zakochanie to przelotne emocje, które ubogacają, jeśli prowadzą do małżeństwa. Na pewnym etapie zakochania potrzebny jest dystans fizyczny. Małżeństwo jest przełomem w tej relacji.

Życie erotyczne przeżywane w czystości pomaga człowiekowi rozwijać się duchowo?

Naturalnie. To wynika z nierozdzielności ducha i ciała. Równocześnie musimy jednak zobaczyć, że człowiek jest z jednej strony osobą cielesną, a z drugiej strony jest ciałem uduchowionym. Jedność. To bardzo ważne. Czystość zachowań w sferze ciała jest nieodłącznym, koniecznym elementem wzrostu duchowego.

Niektórzy powątpiewają, że stosunek do własnego ciała i stosunek do ciała małżonka ma rzeczywisty wpływ na nasz rozwój duchowy. „Ciało to tylko ciało, a duch to duch”. Tymczasem Kościół głosi, że ciało ma udział w rozwoju ducha, a duch w integracji ciała. Ciało wyraża, symbolizuje ducha.

Moje wnętrze wyraża się przez moje ciało. To, kim ja jestem, zależy również od cielesności. Ta może ubogacać więzy ludzkie pod tym właśnie warunkiem, że zachowany jest właściwy dystans fizyczny do drugiej osoby. Przejawy ludzkich form komunikacji muszą być czyste. Rozwój duchowy zawsze idzie w parze z czystością.

Nieczystość blokuje mechanizmy duchowego rozwoju człowieka.

Pod tym można się podpisać oburącz. To jest coś, co hamuje rozwój człowieka, pomniejsza go. Nie można tego nazwać dobrem.

Człowiek może tę energię i dynamikę przeżyć na dwa sposoby – dobry i zły. W pierwszym wypadku jest ona czymś wzbogacającym. Drugi wariant oznacza degradację i zniszczenie. Płciowość przeżywana wyłącznie biologicznie uzależnia. W sferze seksualnej widzimy wyraźnie uzależnienie od blokowania płodności. Blokowanie sił reprodukcyjnych blokuje również płodność duchową. Dziś panuje przekonanie, że aby żyć, trzeba się chwilowo uczynić niezdolnym do bycia płodnym. Temu służy pigułka hormonalna, spirala, stosunek przerywany, wszelkie środki antykoncepcyjne. Postawa antykoncepcyjna wymaga terapii.

Jaka jest różnica między antykoncepcją a naturalnymi metodami planowania rodziny? Zwolennicy tej pierwszej powiedzą, że taka jak między noszeniem bielizny z tworzyw sztucznych a noszeniem bielizny bawełnianej.

Można tak mówić tylko wtedy, kiedy kompletnie się nie rozumie, na czym polega naturalne planowanie rodziny. O co chodzi w antykoncepcji? Otóż, antykoncepcja to czynienie się bezpłodnym, to blokowanie twórczych sił w człowieku. A to już jest patologia. Mentalność antykoncepcyjna polega na tym, że człowiek nie potrafi przyjąć własnej płodności i z niej rezygnuje. Natomiast gdy stosuje się naturalne metody planowania rodziny, biologiczny rytm płodności pozostaje nienaruszony. W ten sposób nie odcinamy się od tego, co w nas płodne. Małżonkowie świadomie niestosujący antykoncepcji zawsze pozostają płodni. Trzeba widzieć istotną, biegunową różnicę między tymi małżeństwami, które stosują antykoncepcję, a tymi, chcą kierować własną płodnością, opierając się na naturalnym cyklu płciowym kobiety.

A weźmy taki przypadek: porównajmy małżeństwo, które ma czwórkę dzieci i współżyje, stosując metody naturalne, bo nie chce mieć więcej dzieci, z inną parą, która też ma czwórkę dzieci i zabezpiecza się antykoncepcją przed niechcianą ciążą. Jaka jest różnica? Czy na pozór nie wydaje się, że nie ma żadnej?

Otóż, jest prawem małżeństwa, żeby planowało rodzinę zgodnie ze swoimi pragnieniami i możliwościami. Bo są ludzie bardziej zdolni, mniej zdolni, niekoniecznie tylko bardziej moralni czy mniej moralni w tym obszarze, ale po prostu mniej zaradni. W wypadku niektórych pierwsze dziecko, w wypadku innych drugie czy trzecie sprawia, że stwierdzają, iż jako rodzice nie dadzą już rady. Zatem – są różne dyspozycje i różne możliwości. Co wobec tego jest istotne? Człowiek ma prawo do tego, żeby realizować swoje zamiary zgodnie ze swoimi pragnieniami i możliwościami, ale na drodze ekologicznej – w naturalnym planowaniu rodziny.

Życie płciowe nie polega tylko na dobrych intencjach, ale również na respektowaniu pewnych praw zapisanych w naszym ciele, tzn. nie można powiedzieć, że ktoś jest czysty, jeżeli tylko chce być czysty, ale jeżeli rzeczywiście jest czysty, jeżeli po prostu dostosowuje się do praw, do rytmów zapisanych w jego ciele. Jest to respektowanie języka ciała. Panowanie nad ciałem, czyli panowanie nad sobą.

Czy można powiedzieć, że ekologia życia płciowego nie sprowadza się tylko do dobrych chęci i intencji, ale musi się opierać na bardziej przedmiotowych przesłankach?

Tak. Przecież – nie tylko w tej dziedzinie, ale i w każdej innej – nie wystarczą dobre chęci, lecz konieczne są czyny, ważny jest sposób zachowania się. Tutaj nie chodzi o jakieś nadzwyczajne wymogi moralne, a jedynie o respektowanie tego minimum „ekologicznego”, które jest poniekąd i maksimum. To prawo naturalne reguluje normy postępowania i stanowi podstawę do rozumienia i przeżywania rodzicielstwa.

Ekologiczne życie płciowe, życie w czystości małżeńskiej, w tym naturalne planowanie rodziny oznacza, że człowiek nie tyle zachowuje bojaźliwie wszystkie restrykcyjne przykazania kościelne i moralne, ile po prostu żyje ekologicznie. Czyli nie zastępuje swojej zdolności panowania nad własnym ciałem i instynktami technicznym zabezpieczeniem. Takie życie wymaga wczytywania się w to, co ciało ma nam do powiedzenia, w jego mowę.

Kościół nie wymaga niczego więcej niż tego, aby respektować wymogi ekologiczne, które są wpisane w całą biologiczną sferę przeżywania naszej płciowości.

Zło antykoncepcji w istocie nie polega na tym, że urodzi się mniej dzieci, ale że człowiek staje się bezpłodny duchowo? To znaczy – czy antykoncepcja przede wszystkim wywiera niewłaściwy wpływ na rozwój wewnętrzny tych, którzy ją stosują?

Tak. Musimy to wyraźnie powiedzieć. Są ludzie, którzy – przepraszam za określenie – zabierają się do poczęcia dziecka, odblokowując zdolności prokreacyjne. Odstawiają pigułkę, wyjmują spiralę, zdejmują prezerwatywę. Robią to po to, aby w tym czasie dorobić się dziecka, po czym, po jego urodzeniu, znów wracają do pigułki i spirali. Ci ludzie nie są w pełni odpowiedzialni ani za siebie, ani za dziecko. Nie panują nad popędem i nad własnym stosunkiem do dziecka.

Płodność jest zjawiskiem biologicznym, jest owocem ciała, które jednocześnie uczestniczy w duchowym obdarowywaniu się małżonków. W antykoncepcji to, co duchowe, stopniowo jest wymazywane, odrzucana jest nie tylko płodność biologiczna, ale i duchowa. Uczynienie się bezpłodnym nie dotyczy wyłącznie ciała. Niemożliwe jest, żeby człowieka uczynić sterylnym tylko cieleśnie. Jest to równocześnie osłabianie ducha. Albo jesteśmy czyści i zdolni do duchowej kreatywności, albo nieczyści i pozbawieni możliwości, które w nas tkwią. Jedno albo drugie, trzeba wybierać. Czyniąc bezpłodnym ciało, jednocześnie czynisz bezpłodnym ducha, zatem kastrujesz całego siebie.

Czy umiałby Pan określić, czym jest pornografia?

Jest tym wszystkim, co z założenia powoduje lub ma powodować stany podniecenia, pobudzenia seksualnego. Jest ona zawsze połączona z niewłaściwym widzeniem ciała, z takim jego przedstawianiem, które stoi w sprzeczności z wartością osoby, próbuje pozbawić osobę godności. W pornografii wartości osobowe zostają przesłonięte pożądliwością i sprowadzone do fizjologii. W świetle tego podział pornografii na miękką i ostrą nie za bardzo ma sens. To tak jak z narkotykami. Jeżeli przyjmiemy, że miękkie narkotyki można dopuścić, to później bez trudu zobaczymy, że to tylko igranie z ogniem.

Myślę, że żeby wiedzieć, czym jest pornografia, trzeba być jakoś czystym. Jak się nie jest czystym, to można tego nie dostrzegać.

Niemniej na użytek prawny trzeba określić, czym jest pornografia.

No tak. Toteż określenie, które funkcjonuje w prawodawstwie – nie mogę go teraz przytoczyć, bo nie mam pod ręką tekstu kodeksu karnego – jest zupełnie czytelne i wyraziste.

Jeśli jednak ktoś na podstawie tej definicji ma orzekać o winie lub niewinności, o tym, czy w danym wypadku mamy do czynienia z pornografią, czy nie, musi być bardzo jednoznaczny.

Jak wytłumaczyć dzisiejszy zalew pornografii?

Na Zachodzie widać wyraźny odwrót od pornografii. Wiele miejsc publicznych zostało oczyszczonych z tego typu śmiecia. Tam przeszła obyczajowa nawałnica, i nad Polską również, ale na Zachodzie są już dalej, bo więcej rozumieją. Musimy się unowocześnić i w tym względzie, żeby nie być w tyle za Europą, w której nurt życia się włączamy. W końcu nie możemy być śmietnikiem.

Na ile wiara chrześcijańska może nam pomóc w zintegrowanym, dojrzałym przeżywaniu płciowości i miłości?

Dojrzała wiara jest pomocą w uświadomieniu sobie, jakie jest miejsce płci w strukturze osobowej człowieka. W końcu Biblia mówi nam, kim jest człowiek i na czyj obraz i podobieństwo został stworzony. To myślenie z wnętrza wiary powiązałbym jednak z pewną wrażliwością i myśleniem ekologicznym. Mógłbym podać wiele przykładów na to, że chrześcijanie często nie widzą związku między przeżywaniem własnej cielesności a etyką chrześcijańską.

W chrześcijaństwie kształtowanym nie tylko przez Ewangelię, ale również przez cywilizację istnieje również ukryty resentyment do ciała i płciowości, wspierany potrzebą źle rozumianego uduchowienia. Skutkiem jest fałszywy wstyd przed płciowością i – jak niektórzy zauważają – nerwicogenny stosunek do seksu.

Tak jest. To jest bardzo ważne, to trzeba podkreślać: człowiek nie jest duchem wcielonym, ale ciałem uduchowionym. Człowiek realizuje się w ciele, nie inaczej.

Jak by Pan profesor odpowiedział na zarzut, który mówi, że chrześcijaństwo dąży do uczynienia płciowości aseksualną?

Wręcz odwrotnie, to dzisiejsza kultura banalizuje płeć. Czasami można mieć wrażenie, że wszyscy mamy być uniseks. Zaciera się różnica między mężczyzną a kobietą. Absurd.

A czy w czasach Pana młodości Kościół nie czynił ze sfery płciowości, życia seksualnego sfery tabu?

Trudno mówić o Kościele, bo jeśli przez Kościół rozumiemy Urząd Nauczycielski Kościoła, musimy wziąć pod uwagę różne dokumenty przez niego wydane. A to oznacza, że sfera seksualna sferą tabu nigdy nie była. Jednak istnieje jeszcze praktyka duszpasterska. W niej owszem, przewijał się lęk przed płciowością, panowała nieufność. Ta tendencja o wiele silniejsza była w Kościołach protestanckich, jako przykład wystarczy podać purytanizm. Powiedziałbym, że nawet w pedagogice powszechne było przeświadczenie, że trzeba przedrzemać trudny czas budzenia się płciowości. Pamiętam propozycję jakiegoś pedagoga z XIX wieku, który zachęcał do przetrzymania seksualnych naporów wieku młodzieńczego, a nawet do uśpienia demonów, bo ten żywioł można opanować dopiero w późniejszych latach, i to z trudem. Takie podejście miało swoje historyczne konsekwencje. Wcześniejsza fobia seksualna przełamała zaporę lęku i stała się wodą na młyn rewolucji seksualnej lat sześćdziesiątych.

A czy od tego czasu zmieniło się coś w Kościele?

Zmieniło się, ale nie tyle w nauczaniu, ile w praktyce duszpasterskiej. Choć i nauczanie stało się wyrazistsze, dobitniejsze. Dzisiaj płciowość jest bardziej akceptowana. Generalnie może zanika obsesyjne poczucie winy, niezdrowe poczucie grzeszności.

Czy można powiedzieć, że otwarte mówienie o problemach życia płciowego, a dzisiaj zdarza się to i w Kościele, i w życiu społecznym coraz częściej, jest pewną szansą?

Otwarte mówienie nie tylko jest szansą, ale i koniecznością. Tylko ono umożliwia wejście na ekologiczne ścieżki, tzn. przeżywanie tej dziedziny zgodnie z wymogami ludzkiej ekologii.

Rozmowa została przeprowadzona w 2001 roku w Poznaniu.

Człowiek realizuje się w ciele
Włodzimierz Fijałkowski

(ur. 4 czerwca 1917 r. w Bobrownikach nad Wisłą – zm. 15 lutego 2003 r. w Łodzi) – lekarz ginekolog-położnik, więzień obozów koncentracyjnych, szykanowany przez Komitet Uczelniany PZPR Kliniki Ginekologii i Położnictwa w Łodzi za odmowę dokonywania aborcji, został zwolniony...

Człowiek realizuje się w ciele
Nikodem Zbigniew Brzózy OP

urodzony w 1961 r. – dominikanin, doktor filozofii KUL i doktor habilitowany teologii PWTW. Mieszka w Poznaniu, gdzie jest duszpasterzem Wspólnoty św. Jacka, wspólnoty Wiara i Światło, Stowarzyszenia Pracowników Naukowych...