Co nie jest szkodliwe dla duszy

Co nie jest szkodliwe dla duszy

Fantastyka jako gatunek jest moralnie obojętna, tak jak moralnie obojętne są na przykład Bildungsroman, slapstickowa komedia, sonet lub film wojenny. Nie ma fantastyka cech, które by ją konstytuowały jako gatunek, a które określałyby jej charakter jako pro lub antykatolicki.

Era Wodnika zalewa świat kolejnymi falami okultyzmu. Ma ta współczesna pseudoezoteryka tyle wspólnego z autentyczną, ile McDonald z restauracją; czy można mówić o ezoteryczności wiedzy dostępnej na łamach pisma kobiecego? Trudno krąg czytelników „Wróżki” uznać za zamkniętą społeczność wiedzących, akt zakupu pisma trudno postrzegać jako inicjację, nieco brakuje mu dramatyzmu.

Nie chcę tutaj rozstrzygać, które elementy tego popokultyzmu są szczególnym zagrożeniem dla duszy, a które jedynie w takim stopniu, w jakim zagrożeniem dla człowieka jest wszystko, co postawić możemy na ołtarzu zamiast Boga. Niewątpliwie jednak niebezpieczeństwo istnieje.

Ofensywa Ery Wodnika, stanowiąca atak zarówno na rozum, jak i na tradycyjną, katolicką pobożność, nie wywołała szczególnie gorących reakcji koryfeuszy Świętego Rozumu, ciągle przekonanych, że to Kościół katolicki jest wrogiem racjonalizmu, a nie wyznawcy Matki Ziemi. Na szczęście wśród katolików jest wielu, którzy występują zdecydowanie przeciwko New Age.

Pochwała i zastrzeżenia

Po pierwsze, pochwalić należy ich zdecydowanie i zaangażowanie. Martwa cywilizacja europejska, będąca kiedyś pięknym amalgamatem greckorzymskiej cywilizacji, semickiego w swych korzeniach chrześcijaństwa i germańskobarbarzyńskiej obyczajowości wojennej, umarła, topiąc się w bagnie koncyliacji, dialogu i duszących prób wzajemnego zrozumienia. Chesterton powiedział, że jeśli już toczyć wojny, to religijne – bo walczyć należy o sprawy najważniejsze. W Europie przestano toczyć wojny o religię, zaczęto toczyć wojny o surowce naturalne i podatki – to, co doczesne, stało się przedmiotem zajadłego sporu; to, co wieczne, przedmiotem kompromisu obojętności. W końcu sam spór – nawet o sprawy wielkiej wagi – został uznany za groźny i wtedy właśnie umarła Europa.

Z tego powodu katolickich przeciwników okultyzmu – jak chociażby ojciec Aleksander Posacki czy redaktor Robert Tekieli – cenić należy za wolę walki o to, co naprawdę istotne. Zgadzam się również, że z inwazją okultyzmu należy walczyć – jedynie nieco przeszkadza mi założenie o niewątpliwym, realnym istnieniu pozamaterialnego aspektu popokultyzmu. Walczący z okultyzmem księża i publicyści podzielają wiarę konsumentów ezoterycznej oferty – uznają, że amulety z supermarketu mają swoją moc. Różni ich jedynie to, że zwolennicy przypisują im moc pozytywną, a przeciwnicy okultyzmu uznają tę moc za zgubną.

W żadnym wypadku nie negując niematerialnego wymiaru rzeczywistości i możliwości realnego działania sił nie z tego świata, dobrych i złych, sądzę, że znakomita większość popokultyzmu to zwykła szarlataneria odciągająca ludzi od Boga w ten sam sposób, w jaki odciągają od Boga pieniądze, seks i władza – tyle że nieco słabiej w porównaniu z tymi trzema wielkimi namiętnościami. Założenie, że pewna część świata materialnego – przedmioty, miejsca, określone sekwencje ruchów (sztuki walki!), teksty czy dźwięki, czysta woda, nad którą ktoś odprawił rytuał (leki homeopatyczne!) – może automatycznie brukać człowieka jakąś diabelskością, bez względu na duchową kondycję tego człowieka, bez względu na to, czy jest on na działanie diabła duchowo otwarty, czy też nie, wydaje mi się przedkatolickie. Chrześcijaństwo – poza nielicznymi, egzystującymi siłą tradycji wątkami – odrzuciło nieczystość rytualną, czyniąc nieczystość wyłącznie kwestią ducha.

Do czegoś, co rytualną nieczystość przypomina, odwołują się jednak wspomniani wyżej, słusznie walczący z Erą Wodnika fighterzy. Częstym obiektem oskarżeń jest fantastyka, niesłusznie uważana za jeden z przejawów New Age.

Podejrzana fantastyka

Fantastyka nie stanowi, moim zdaniem, istotowo odrębnej części popkultury. Niesie te same zagrożenia i te same wartości, co reszta popkulturowego świata. Jeśli wychodzi poza granice popkultury rozumianej jako pojęcie wartościujące (popkultura jako przeciwieństwo kultury wysokiej), to po prostu dlatego, że ze względu na swoje wartości artystyczne pozwala się zakwalifikować jako kultura wysoka. Wyróżnianie fantastyki jako odrębnego nurtu w kulturze, obejmującego fantastyczne filmy, książki etc. uważam za niepotrzebne i łatwe do zakwestionowania, jednak przyjmę je na potrzeby tego tekstu.

Korzenie fantastyki tkwią być może gdzie indziej – jednym ze źródeł tzw. hard sciencefiction są przybierające paraliteracką formę eksperymenty myślowe ludzi związanych z naukami ścisłymi, zajmujące się takimi wyzwaniami nauki, jak podróże kosmiczne etc. Należy to już oczywiście do odległej przeszłości. Od tego czasu fantastyka bez wątpienia przebyła długą drogę i weszła w zakres „prawdziwej” literatury, jednak gdzieś w tle żarzy się jeszcze ślad pozytywistycznego optymizmu, wiary w naukę, człowieka i jego rozumność. Była to oczywiście wiara bałwochwalcza, jak najdalsza od katolickiej, tradycyjnej antropologii, która o naturze człowieka ma zdanie zupełnie inne. Wobec Boga zachowywano obojętność – nie zwalczano aktywnie religii ani teizmu w ogóle, nie wyrażano żadnego zainteresowania tematyką nadprzyrodzoną. Jak już wspomniałem, jest to odległa przeszłość i nie z tego względu fantastyka jest z pozycji katolickich atakowana.

Wątki, z powodu których fantastyka wydaje się walczącym z okultyzmem podejrzana, mają swe źródła najczęściej w fantasy i charakterystycznym sztafażu tego podgatunku, zakładającego istnienie magii, obejmującego w swym bestiarium istoty rodem z ludowych bajd, mitologii, ale również z chrześcijańskich demonologii. Ta „czarodziejskość”, zdaniem zwalczających okultyzm fighterów, stanowi zagrożenie dla duszy, która przez obcowanie z rzeczywistością „okultystyczną” ma się co najmniej znieczulać na zagrożenia, jeśli nie wprost nasiąkać satanizmem.

Nie zgadzam się z koncepcją „mimowolnego nasiąkania” satanicznymi treściami, mogę się jednak zgodzić, że „magiczność” fantastyki niesie pewne zagrożenie, szczególnie dla ludzi młodych, łatwo ulegających wszelkim wpływom. Tutaj wchodzi w grę możliwość fascynacji wątkami demonicznymi i afirmacja postaw okultystycznych, zwłaszcza jeśli są one przedstawione jako pozytywne. Mam na myśli jednak jakąś niewłaściwą, grzeszną postawę wewnętrzną, wywołaną bodźcem z zewnątrz, nie zaś rytualne zbrukanie duszy w drodze samego kontaktu z książką lub filmem. Bodźce wywołujące utożsamienie się z niewłaściwymi postawami mogą się zaś znajdować i znajdują się w zasadzie w każdym przejawie twórczości kulturalnej. Jeśli po obejrzeniu filmu o wampirach młodzi ludzie chcą być wampirami, to w zasadzie nie robią niczego innego niż czytelnicy książek dwieście lat temu, utożsamiający się z tragicznymi bohaterami romantycznych lektur. Młodzież z początków XIX wieku przebierała się za Wertera, dziś maluje twarze na biało i udaje Lestata z powieści Anny Rice – jedno i drugie jest tak samo groteskowe i kiczowate, jednak brak smaku i kabotyństwo są naturalnymi cechami nastolatków i niewiele można na to poradzić. W istocie, jeśli ktoś zechce, to i w Piśmie Świętym znajdzie inspirację do zła, biorąc sobie za wzór na przykład erotyczne obyczaje starożytnych Żydów – nie bez powodu w swoim czasie Kościół zabraniał samodzielnej lektury Pisma.

Mało tego – prawie cała „nadnaturalność” fantastyki to w zasadzie archetypy przewijające się w cywilizacji europejskiej od dawna – magia, nadnaturalne światy, istoty etc., pojawiające się na kartach książek fantastycznych, prawie zawsze swój pierwowzór biorą z ludowych mitologii Europy. Jeśli się je odrzuca jako „trefne”, odrzucić by należało jednocześnie od razu wielką część kulturowego dziedzictwa naszej cywilizacji.

Postawiłbym więc tezę, że fantastyka jako gatunek (jeśli uznamy takie wyróżnienie za sensowne) jest moralnie obojętna, tak jak moralnie obojętne są na przykład Bildungsroman, slapstickowa komedia, sonet lub film wojenny. Nie ma fantastyka cech, które by ją konstytuowały jako gatunek, a które określałyby jej charakter jako prolub antykatolicki. Można oczywiście wyobrazić sobie jakąś wielką pracę statystycznokrytycznoliteracką, w której określono by światopoglądowy charakter wszystkich dzieł klasyfikowanych jako fantastyka, i orzeczenie na jej podstawie w zależności od przedstawionych w niej wyników, że „większość twórczości fantastycznej ma antykatolicki / prokatolicki / obojętny charakter”. Nawet to nie uprawniałoby jednak do definitywnego stwierdzenia, że fantastyka jako gatunek jest antylub prochrześcijańska. Warto przy tym zauważyć, że postawę wielu polskich autorów piszących książki jakoś tam zaliczane do fantastyki można określić jeśli nie jako chrześcijańską, to przynajmniej jako „prawicową” lub „konserwatywną”. Niemniej jednak o sprzeczności lub zgodności z duchem, zasadami lub sensem chrześcijaństwa możemy mówić dopiero wówczas, kiedy rozpatrujemy poszczególne dzieła.

Fantastyka proi antykatolicka

Gdyby fantastyka miała być z założenia antykatolicka, nie mogłaby przecież wydać dzieł takich, jak postapokaliptyczna Kantyczka dla Leibowitza Waltera M. Millera, wielka powieść, w której historyczna misja, rola i siła Kościoła katolickiego wyrażają się prawdopodobnie lepiej niż w książkach uznanych tuzów „literatury katolickiej”, jak Bernanos czy Marshall – i to bez względu na raczej burzliwy związek z katolicyzmem samego autora, który w 1996 roku zginął śmiercią samobójczą.

Kantyczce dla Leibowitza akcja rozciąga się na przestrzeni kilkuset lat. W pierwszej części, w wieku XXVI, ludzkość dopiero podnosi się po wielkiej, nuklearnej katastrofie. Albertiański zakon Leibowitza zajmuje się przechowywaniem wiedzy pochodzącej z czasów przed katastrofą, wiedzy najczęściej niezrozumiałej, co ilustruje piękna scena, w której mnisi kopiują na pergamin schematy układów elektronicznych, iluminując je tak, jak iluminowało się średniowieczne manuskrypty – i nie mając pojęcia, czym w ogóle te schematy są, będąc jednak przekonani o ich ważności. Zakon założył Isaac Edward Leibowitz, inżynier, Żyd, nawrócony po nuklearnej wojnie na katolicyzm. Na południu byłych Stanów Zjednoczonych ufundował klasztor, do którego przemycano książki, a następnie je kopiowano lub zapamiętywano. Sam Leibowitz został w końcu zdradzony i zginął męczeńską śmiercią z rąk ludzi utożsamiających wszelką wiedzę ze złem, co było ubocznym efektem nuklearnej wojny. W pierwszej części książki skromny brat Francis znajduje notatki, jak się wydaje – pochodzące od samego Leibowitza, którego proces beatyfikacyjny właśnie się toczy. Dalsze dzieje brata Francisa, które wypełniają pierwszą część książki, są nie tylko ilustracją cywilizacyjnej misji Kościoła, ale prezentują również bardzo przekonująco wzorce chrześcijańskiego życia monastycznego, pokorę i posłuszeństwo w wielu próbach, którym poddawany jest brat Francis. Bardzo mocno osadzona w chrześcijańskiej duchowości wydaje się również opowieść o tym, jak wiele lat później ten sam brat Francis jedzie na osiołku na mszę kanonizacyjną Leibowitza do Nowego Rzymu. Wiezie tam relikwie i efekt pracy całego życia – które zostają mu zrabowane przez rozbójników. Papież wręcza mu złoto, aby odzyskał relikwie, jednak w drodze powrotnej brat Francis zostaje zamordowany, bez doczesnej nagrody.

O tym, że fantastyka nie jest z założenia również prokatolicka, przekonuje nas fakt, iż w jej granicach mieszczą się doskonale dzieła w sposób zasadniczy antykatolickie. Ich antykatolickość nie wynika jednak ze sztafażu fantastycznego. W trylogii husyckiej Andrzeja Sapkowskiego elementów nadnaturalnych jest niewiele, tyle tylko, aby ciągle dało się książkę zaliczyć do fantastyki – a jednak jest to dziełko zajadle antykatolickie, z rozmysłem prezentujące Kościół katolicki w jak najgorszym świetle. Nie uderza autor jedynie w zwykłe, antyklerykalne tony – wszak antyklerykalizm nie musi być antykatolicki w swej istocie, pisanie o rozpustnych biskupach nie musi wynikać z niechęci lub nienawiści do Kościoła. Obok stosowania zwykłych, propagandowych klisz o złych klechach, przygotowanych kiedyś przez IV Wydział SB, a przewijających się w polskiej literaturze i publicystyce od dobrych czterdziestu lat, Sapkowski atakuje same podstawy katolicyzmu, jego duchową i światopoglądową treść. Są to przy tym ataki nieudolne – antyreligijne obsesje Sapkowskiego prowadzą do tego, że ten sprawny skądinąd pisarz posuwa się do zafałszowywania parahistorycznej rzeczywistości świata przedstawionego. W średniowieczu Sapkowskiego poza jednym, dziwacznym księdzem nie ma katolików, którzy wierzyliby w Boga. Biskupi są satanistami, w najlepszym razie – cynicznymi politykami. Znajduje Sapkowski miejsce, aby wpleść pochwałę eutanazji, przynajmniej jeszcze jakoś związaną z mierną dosyć fabułą husyckiej trylogii. Mierną, bo zbudowaną na monotonnej serii deus ex machina, z bohaterami chaotycznie miotającymi się od podróży do podróży. Jednak już zupełnie słabo wypada przemowa o antysemityzmie – akcja nagle się zatrzymuje, jak w socrealistycznej powieści, znikąd wyskakuje trzecioplanowy bohater i ni z tego, ni z owego wygłasza nużącą przemowę o chrześcijańskim antysemityzmie, jakby zachwalał przewagi planu czteroletniego. Nachalność takich i podobnych wątków w książce Sapkowskiego nie pozwala zachować złudzeń co do intencji autora – trylogia husycka pisana jest z wyraźnym zamiarem uprawiania antykatolickiej propagandy. Do czego autor ma, oczywiście, prawo, w końcu żyjemy w demokracji, której skutkiem ubocznym jest to, że, jak pisze Andrzej Fiderkiewicz, wielu ludzi wierzy, iż ich poglądy i uczucia są dobre już tylko z tego powodu, że są ich własne.

* * *

Słowem, nie widzę powodów, dla których stosunek Kościoła do fantastyki miałby różnić się czymkolwiek od stosunku do całej twórczości kulturalnej, skoro fantastyka względem Kościoła przyjmuje wszystkie możliwe stanowiska od apologii po nienawiść. Należy więc zadać sobie pytanie o to, jaki powinien być stosunek Kościoła katolickiego do sztuki w ogóle – co jest kwestią o tyle skomplikowaną, że po II Soborze Watykańskim Kościół en masse zdaje się sztukę całkowicie afirmować, wyznając zasadę, że jeśli coś jest dobrą sztuką – a więc dobrym malarstwem, dobrą literaturą czy dobrym filmem – to z definicji nie może być dla duszy szkodliwe. Rzeczywistość jest jednak chyba bardziej skomplikowana, ale to już temat na inny artykuł.

Co nie jest szkodliwe dla duszy
Szczepan Twardoch

urodzony 23 grudnia 1979 r. – Ślązak, pisarz i publicysta. Publikował w „Opcjach”, „Życiu”, „Gazecie Polskiej”, „Frondzie”, „Christianitas”, „Arcanach”, „Broni i Amunicji”, „Strzale”, „Czasie Fantastyki”, „Nowej Fantastyce...