Ciemna sylwetka mężczyzny w kapeluszu
fot. Craig Whitehead / Unsplash

Psalm z kornikiem. Krótki przypadek księdza Grosera

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Groser był moim marzeniem o świętym kapłanie, to znaczy zakochanym do szaleństwa w Bogu i w człowieku. Głosił, że stracić wiarę to przestać kochać Boga w drugim człowieku. Chętniej biegł do maluczkich, niewierzących niż do VIP-ów czy sytych prawdami wiary. Dzieje marzeń są różne, ale dzięki marzeniom człowiek wzlatuje.

Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dwudziestego wieku opublikowałem w miesięczniku „W drodze”, gdzie wtedy pracowałem, opowiadanie zatytułowane Złamana deska, w którym bohaterka czytała książkę wymyślonego przeze mnie księdza Grosera. Do konfesjonału podszedł mężczyzna i wyznał, że zdradził żonę z jej siostrą. Ksiądz dał rozgrzeszenie, ale spowiedź podsłuchała żona i poprzysięgła, że nie wybaczy mężowi do końca życia, to znaczy do grobowej deski. Zdarzenie było autentyczne, a więc inspirujące. A dodatkowo zawsze intrygował mnie temat Bożego miłosierdzia zderzonego z przebaczeniem ludzkim, czy też jego ograniczeniem. Czy można miłosierdziem złamać grobową deskę?

Krótko po publikacji do redakcji „W drodze” zapukała jedna z czytelniczek i zapytała, gdzie może kupić książkę księdza Grosera. Wymieniłem spojrzenie z Pawłem Kozackim OP, ówczesnym szefem miesięcznika. Dostaliśmy znak, że trzeba powołać tę postać do istnienia. Taki był początek pierwszej książki z cyklu Przypadki księdza Grosera – Adieu. Nie zdawaliśmy sobie jednak do końca sprawy, jak wielkie jest zapotrzebowanie na opowieść o prywatnym życiu księdza. Ksiądz był wtedy postacią egzotyczną „przez sześć dni niewidoczną, a siódmego dnia niezrozumiałą”.

Książkę publikowałem w odcinkach w miesięczniku. Zaczęły przychodzić listy z całego świata. Jedni za ten zamach na kapłana, czyli na alter Christus, kazali mi uwiesić sobie kamień młyński u szyi, inni dziękowali, bo zobaczyli w tych opowiadaniach, że ksiądz to normalny człowiek, potrzebujący współczucia i tak samo jak wszyscy walczący o wiarę.

Od początku tłumaczyłem, że te opowieści nie wzięły na cel kapłana, ale mają opisywać całą wspólnotę kościelną, chrześcijańską. Oczywiście tylko jej okruchy, bo nasze widzenie jest ograniczone do tego, co zobaczymy i co usłyszymy. Nie siliłem się, by stworzyć panoramę polskiego Kościoła. W jednej z początkowych scen w Adieu Groser pisze list do biskupa, w którym prosi o zwolnienie go z obowiązków kapłańskich. W tym właśnie momencie przychodzi do niego parafianin, by porozmawiać, bo chce się rozwieść z żoną. I wtedy zaczyna się ich wspólna walka o powołanie…

Pisząc Grosera, karmiłem się rozmowami z dziesiątkami księży, zakonników i zakonnic. Ale także tym, co usłyszałem od świeckich i ludzi spoza Kościoła. Niewierzących, bądź takich, którzy wręcz przejawiali „zoologiczny antyklerykalizm”. Bo przecież do nich też posłany był Groser – „ksiądz na manowcach”.

Duchowym zapleczem dla Grosera były książki holenderskiego księdza działającego w Ameryce, Henriego Nouwena. To od jego słów zaczyna się Adieu: „Tajemnica człowieka jest zbyt ogromna i zbyt głęboka, by mógł ją wyjaśnić drugi człowiek”. Tłumaczyliśmy z żoną Justyną wiele jego książek, jak choćby Zranionego Uzdrowiciela, Powrót syna marnotrawnego czy Przekroczyć siebie. Nouwen pisał, że kapłan, jak i każdy chrześcijanin, wzorem Chrystusa, pierwszego Zranionego Uzdrowiciela, ma ukazać bliźnim swoje własne rany jako źródło uzdrowienia. Głosił, że żaden przewodnik nie wyprowadzi nikogo z pustyni, jeśli sam się wcześniej na niej nie znalazł i z niej nie wydostał. Taki był Groser przekraczający swoje słabości, współczujący. Dla wielu ludzi w Kościele kiepski wzór – słabeusz. Ten wzór czerpałem z Biblii, często trzymałem się słów z Listu do Hebrajczyków o kapłanie z ludu wziętym sprawującym ofiarę za nasze i za swoje grzechy: „Może on współczuć z tymi, którzy nie wiedzą i błądzą, ponieważ sam podlega słabościom”.

Nie wszystkich to przekonywało, nawet moich przyjaciół czytających Biblię. Oni uważali, że „Nie tak się pisze o Matce Kościele, nie kopie się Matki”… Powtarzałem za Norwidem, że „nie ten zły ptak, co własne gniazdo kala, jeno ten, co je kala i mówić o tym nie pozwala”.

*

Kiedy w 2003 roku ukazało się Adieu, „Gazeta Wyborcza” napisała: „Złamane tabu Kościoła”. Nie wiem, czy to było złamane tabu. O tych sprawach rozmawiało się na każdych imieninach u cioci, ale nikt jakoś wcześniej nie wpadł na pomysł, że może to być temat na powieść. Nie mówię tu o antyklerykalnych paszkwilach typu Byłem księdzem. Rozgłos nadany książce przez „Gazetę Wyborczą” tyleż jej pomógł, co zaszkodził, gdyż dla niektórych z klucza stałem się zbrojnym organem tego „lewacko-masońskiego” organu. Tak powiedział mi pewien biskup, który początkowo zachwycał się Groserem, ale potem nabrał wody w usta. Tak czy owak książka powędrowała na listy bestsellerów, co było wcześniej nie do wyobrażenia. Książki o Kościele mogły rozchodzić się jedynie w kruchcie.

Mój znamienity przyjaciel trapista z rodowodem dominikańskim Michał Zioło napisał list w imieniu czytelników: „Żądamy trylogii” i w ten sposób zapewnił mi na wiele lat ciekawe zajęcie. Cieszyłem się, że otrzymałem szansę dania moim bohaterom drugiego życia, aby mogli doznawać przemian, co jest żywiołem literatury i Biblii, która od początku dziejów opisywała człowieka w jego nędzy i chwale.

Groser był utkany z różnych postaci, które mnie fascynowały. Ale w ciągu lat te postaci przechodziły różne transformacje. Część z nich porzuciła kapłaństwo, a także dokonała apostazji. Nikt z nich nie przeprosił, że rani uczucia tych, których niedawno jeszcze prowadził do Jezusa, a teraz prowadzi w kierunku przeciwnym. Zawsze na czele pochodu. Czy byłem współodpowiedzialny za lansowanie fałszywych bohaterów?

Groser był moim marzeniem o świętym kapłanie, to znaczy zakochanym do szaleństwa w Bogu i człowieku. Głosił, że stracić wiarę to przestać kochać Boga w drugim człowieku. Chętniej biegł do maluczkich, niewierzących niż do VIP-ów czy sytych prawdami wiary. Dzieje marzeń są różne, ale dzięki marzeniom człowiek wzlatuje.

*

Byłem pewien, że po napisaniu trylogii Grosera – Adieu, Trufle, Cudze pole – zasuszę już swojego bohatera, pomimo że dostawałem sporo maili z prośbą o kontynuację jego losów. Długo się opierałem, w końcu jednak skapitulowałem, kiedy usłyszałem fascynującą historię o człowieku, który był w swoim życiu esesmanem i jednocześnie odegrał rolę Pana Jezusa. Rzecz działa się w pewnej protestanckiej parafii w austriackich Alpach. Postanowiłem wysłać na miejsce Grosera. Tak powstał Jezus z Judenfeldu. A jak człowiek zdradzi raz, zdradzać będzie zawsze, więc potem łatwo mi przyszło wytłumaczyć sobie napisanie Perły, jak dotąd ostatniego tomu Grosera. Pretekstem był list od „niewierzącego studenta”, który napisał mi, że tak nie można: „Zostawia pan w szpitalu rannego Grosera po wypadku, i my nie wiemy, czy on przeżyje”. Chodziło o zakończenie Cudzego pola, w którym ksiądz Wacław zostaje „ukrzyżowany” w szyderczy sposób. To było wyzwanie, odpowiedzieć na tę potrzebę niewierzącego, co się dzieje z rannym księdzem.

Po Perle naprawdę chciałem już zakończyć dzieje Grosera jego dekalogiem. Dziesięć opowiadań z różnych okresów jego życia, i dziesięć jego „przykazań”. Gdy już byłem w połowie, wydarzyło się coś, co odebrało mi ochotę do skończenia książki. Pewien reżyser przeglądał trylogię Grosera, gdyż dostał od producenta propozycję jej sfilmowania. Miał mu odpowiedzieć, że „to nie jego bajka”. Po jakimś czasie nakręcił swój film o księżach jako jednostkach zdeprawowanych i upadłych.

Wkrótce nastąpił wylew filmów oraz medialnych przekazów na temat ohydy polskiego kleru.

To mnie wyleczyło, nie chciałem już brać udziału w konkursie, kto lepiej „napluje na księdza”. A takie były reguły. Kapłan z istoty jeszcze parę lat temu „egzotycznej”, stał się nagle istotą medialnie wyeksploatowaną. Obnażoną i wyśmianą.

*

Nigdy nie byłem zauroczony słabością i grzechem. Nie byłem wielbicielem misterium iniquitatis. Choć sam byłem świadkiem zachowań księży, które mogą odebrać wiarę, i choć wielu z nich uważam za przebierańców, wiem jednocześnie, że ksiądz jest tylko przypadkiem bycia człowiekiem. Granice dobra i zła nie biegną między księżmi i świeckimi, ale między poszczególnymi ludźmi. Byłem i jestem wyznawcą słów G.K. Chestertona: „Jest tylko jedna rzecz większa od tajemnicy zła. Fakt istnienia dobra”. Ale miałem wrażenie, że głoszenie tej prawdy wobec medialnego wrzasku i nagonki na księży to jak pisk słowika na rykowisku.

Dziś, pisząc o księdzu, trzeba by ludzi przekonywać, że nawet księdzu nie można odbierać człowieczeństwa. Bo dla wielu słaby ksiądz nie jest już „kruchym naczyniem”, ale naczyniem odrażającym, cuchnącym – zapełnionym nocnikiem. Skazanym bez prawa do apelacji, kasacji i ułaskawienia. Nieodwołalnie potępionym. Dla wielu innych ksiądz jest przynajmniej głównym oskarżonym. Począwszy od szeregowych księży przez księży celebrytów po oskarżonego numer jeden, czyli Jana Pawła II. Pokazowy medialny proces J.P. II (Jakże inaczej wygląda teraz ten skrót i te kropki tuszujące imiona oskarżonego!) miał być ostatnim… Skoro „najświętszy kapłan” okazał się kłamcą, obrońcą pedofilii, to jak można wierzyć w kapłaństwo? Ten, który śpiewając „Barkę”, zrodził tysiące kapłanów, teraz „zdemaskowany” odpokutuje, patrząc z góry na wymarłe seminaria i palenie sutann. „Po tym wszystkim” nie można wierzyć w kapłaństwo, tak jak nie można było wierzyć w Boga po Auschwitz. Niestety, ta strategia w dużym stopniu działa.

Ostatnio na imieninach przyjaciela usłyszałem od wiernego czytelnika moich książek pytanie: „Co tam słychać u dominikanów?”. Pochwaliłem się, że mam napisać dla nich tekst o tym, co robiłby dziś ksiądz Groser. „A co tu się zastanawiać? – roześmiał się. – Jako człowiek przyzwoity nie byłby dziś księdzem”. Potem usłyszałem, że pierwszym zadaniem człowieka wierzącego jest „odjaniepawlić Polskę”. Twórczo rozwinął tezy filmu Franciszkańska 3. Wyroki, które w nim padły, były jego nowym credo. „Szanuję cię – odpowiedziałem – ale pozwolisz, że nie będę wysłuchiwał tych bzdur”. Urwałem dyskusję, nie chciałem popsuć imienin.

Oprócz gigantycznej radości z wyboru Karola Wojtyły, moje pokolenie żyło mitem, że Daniel Olbrychski „Kmicic” dał w mordę „Czerwonemu Księciu”, synowi premiera Jaroszewicza, gdy ten wzniósł toast „za zdrowie bacy z Wadowic”. Jak bardzo brakuje mi współczesnego „ciosu Kmicica”.

Nigdy nie chciałem zrobić z Grosera kontrolnego autorytetu, katolickiego celebryty, który zabiera głos na temat problemów, przed którymi stanął polski Kościół. Jego żywiołem było spotkanie z drugim człowiekiem i to z reguły nie tym poprawnym katolikiem, lecz tym z obrzeży.

Kiedy więc zapytano mnie, co dziś robiłby ksiądz Groser… No cóż, pomyślałem, po pierwsze na pewno działałby w zgodzie ze swoją naturą, to znaczy byłby niepoprawnie naiwny. Na początku cieszyłby się z Franciszka – tak zresztą jak się cieszył z Jana Pawła i z Benedykta – całej „wielkiej Trójki”. Z czasem jednak coraz trudniej byłoby mu zrozumieć papieża z Argentyny, bo przecież sam wspierał Ukraińców. Nie jestem pewien, czy by się zaszczepił czy nie. A poza tym robiłby to, co kochał, czyli murował i pisał, choćby do szuflady. Może otwórzmy ją na chwilę. Właśnie poszedł do ogrodu.

Tablica

Groser odłożył wkrętarkę. Tablica przytwierdzona. Ostatnia śrubka. Z dumą spojrzał na południową ścianę kapliczki. Przyklejał do niej od lat kamienie, które zwoził z całego świata albo dostawał od przyjaciół znających jego fizia na tym punkcie. Od zawsze chciał pośród nich umieścić tabliczkę z odpowiednim napisem, ale brakowało mu konsekwencji. Tabliczkę upamiętniającą rozmowę z Mackiewiczem, jego „nadwornym taksówkarzem, misjonarzem”, który potrafił nawracać swoich klientów, wioząc ich do agencji towarzyskich. Macek wrócił z Izraela i przywiózł mu kamień z jeziora Genezaret. Kamień miał wgłębienia łudząco przypominające odciski palców. „Jestem przekonany, że to odciski palców Jezusa. Człowiek by tego nie dokonał”. Wacław nie zaprzeczył, tylko się uśmiechnął nad wielkodusznością przyjaciela, który podarował mu taki skarb. Przesiedzieli przy butelce wina, także z Izraela, do późnego wieczora. I nagle, gdy się zdawało, że rozgwieżdżone niebo runie na nich, albo ich wchłonie, Mackiewicz rzekł:

– Wacek, ciebie to nie przeraża? Czuję się taki malutki, pyłek, pyłek nad pyłkami.

Groser spojrzał na niego z uznaniem. Co za biblijna fraza? I wtedy przypomniał sobie słowa Psalmu ósmego: „Kiedy patrzę na niebo, dzieło rąk Twoich, gwiazdy i księżyc, któreś na nim umocował, kimże jest człowiek, że o nim pamiętasz…”. Od czasu tej rozmowy chciał umieścić ten napis, ale zastanawiał się, na czym. Aż dwa dni temu wpadł mu w ręce kawałek starej dębowej deski przeżartej przez kornika. Wyszlifował ją. Zaskoczył go efekt wydobytych na powierzchnię tuneli. – Bracie mój, robaczku – westchnął po Franciszkowemu. Na drugi dzień kupił maleńką wypalarkę i rozżarzoną końcówką zapisał w drewnie słowa Psalmu: „Gdy patrzę na niebo… kimże jest człowiek?…”.

Proboszcz parafii Pierwszych Chrześcijan podciągnął spodnie, które z powodu zapuszczonego brzucha zjeżdżały mu z bioder na patyczkowate nogi – zwiotczałe, bo od czasu wypadku nie jeździł rowerem. Ostatnio biskup klepnął go przy świadkach w „brzuszek” i zażartował, że „proboszcz Wacław spodziewa się wikarego”.

Byłoby to nawet dowcipne, gdyby nie fakt, że jego ostatni wikary odszedł w nieznane. Przeżył załamanie, depresję. W rok po wybuchu pandemii nie wytrzymał pustego kościoła, stracił sens bycia księdzem. Wacław próbował go szukać, ale na darmo. Biskup powiedział mu, że jeśli ksiądz ma depresję, to znaczy, że się nie modli. „Zostaw go, niech nie zaraża…”. Wikary po paru miesiącach przysłał Wacławowi kartkę z prośbą, by go nie szukać i spalić jego sutannę.

Groser pokręcił głową, odegnał czarne myśli. Splunął na dłoń, przygładził przerzedzone nad czołem włosy.

– No! – Spojrzał z zadowoleniem na tablicę, niczym Pan Bóg, który stwierdził, że wszystko, co stworzył, było dobre, a nawet bardzo dobre. Nagle usłyszał szczekanie, odwrócił się i zobaczył zbliżającego się ku niemu od strony plebanii mężczyznę.
– Dzień dobry, jestem Mateusz Piekarski. Czy może mi pan poświęcić parę chwil?
– Szczęść Boże, ksiądz Groser… – odezwał się Wacław na wszelki wypadek, nie wiedząc, czy przybysz rozpoznał w nim właściwą osobę…
– Nie wiem, czy ten zwrot nie uraża… – uśmiechnął się z satysfakcją Piekarski.
– Nie… Skąd? Do mojego Szefa od dwóch tysięcy lat ludzie zwracają się per pan i nie ma z tego tytułu pretensji… – Groser był przekonany, że kiedyś już widział tę twarz, ale nie mógł jej umiejscowić.
– Ach, rozumiem. – Przybysz, łapiąc po chwili żart, pociągnął nosem, jakby badał zapach uśmieszku, który mu się zabłąkał. Nie miał pewności, czy zdołał urazić Grosera. – Przyjechałem z Białegostoku, by porozmawiać o pana przyjacielu, księdzu Czesławie Jeżu.
– O! Co u niego słychać?
– Pan udaje?

Groser pokręcił głową. Piekarski wyciągnął z teczki gazetę.

– Jest tu artykuł na jego temat. Pan nie śledzi internetu…
– Raczej rzadko…
– Zostawię to panu do poczytania… Mówiąc w skrócie. Na pana przyjaciela złożyło oskarżenia osiem kobiet, a to może dopiero początek. Oskarżają go o gwałty psychiczne i fizyczne… Był wspaniałym spowiednikiem… Z penisa zrobił grzechomierz i badał nim, czy jego penitentki dostatecznie się oczyściły… W przypadku szczególnych „spowiedzi” zakładał biskupią piuskę. Rasputin przy nim wysiada. – Piekarski streścił przestępstwa, których dopuścił się Jeż.
– Są na to jakieś dowody?…
– Twarde… Sprawa trafi wkrótce do sądu.
– No to pozostaje panu czekać na sprawiedliwy wyrok… Ja najpierw porozmawiam z moim przyjacielem. A teraz pozwoli pan, że udam się do swoich zajęć…
– Chwileczkę. Pisał ksiądz… pan – poprawił się Piekarski – że zawsze czeka na człowieka, „nawet w natręcie chcę odkryć brata”. Oto jestem…
– Proszę, co pana interesuje?… Pan jest dziennikarzem, prawnikiem?
– Nie, aktorem… – Prawdopodobnie Piekarski czekał, aż Groser powie nagle olśniony: „A, to pan!”, ale on tylko uniósł brwi. – Przygotowując materiały dla sądu, a więc szukając wszystkiego o słynnym księdzu Jeżu, natrafiłem na nazwisko innego słynnego księdza, trochę już pokrytego kurzem zapomnienia.

Piekarski spojrzał triumfalnie, jakby ta informacja miała starczyć za wszystko.

– Tak? – uśmiechnął się Groser. Rozłożył ręce.
– Przed piętnastoma laty jechał pan na jubileusz jego kapłaństwa…
– Tak… – potwierdził.
– I? – zachęcał Piekarski do przejęcia pałeczki.
– To ja czekam, co pan chce powiedzieć.
– Przypomnę. Tak będzie szybciej. Tego dnia, gdy wybierał się pan do Jeża, rano dowiedział się pan, że jeden z pana ulubieńców z duszpasterstwa rzucił się z okna, bo zdradziła go dziewczyna. Wahał się pan, czy nie odwołać swojego wyjazdu.
– Tak, pamiętam. – Mina Grosera stężała.
– Dotarł pan na miejsce taksówką. Spóźniony o godzinę, ale wierni czekali cierpliwie. Musiał być pan załamany, ale jako profesjonalista wygłosił pan piękne kazanie: „Przyjechałem tu głosić pochwałę sensu życia, ale ten dzień rozpoczął się od bezsensu… Od bezsensownej śmierci młodego człowieka. Jak przeżyć zderzenie sensu z bezsensem?” – pominę tu całą ekwilibrystykę, której pan dokonał. Na koniec kazania powiedział ksiądz, pan – potknął się znów Piekarski – że ksiądz Jeż pachnie Bogiem… No cóż, mamy różne powonienia. Dla mnie Czesław Jeż pachnie zboczeńcem i przestępcą. Wątpię, czy Pan Bóg istnieje, ale jeśliby istniał, musiałby mieć inny zapach…

Napłynęły wspomnienia. Pierwszy raz spotkał Czesława pięć lat po swoich święceniach. Wrócił z góry Athos, naładowany przeżyciami, głosił rekolekcje w Białymstoku, mówił, że Bóg jest widnokręgiem, górą, śpiewem ptaka. W zakrystii dopadł go chudy, tyczkowaty Czesław z czupryną jak peruka lwa, potrząsnął nim i rzekł: – Chłopie, tych młodych ludzi nie obchodzi, czy Bóg jest ptakiem czy zorzą polarną. Tu jest Podlasie i tu się mówi zupełnie inaczej kazania: „Matki słuchać, pieniądze oddawać, dziewuch po tyłku nie klepać przed ślubem”. Groser chciał coś złośliwego odpowiedzieć. Rozzuchwalenie kudłatej tyczki go rozdrażniło. W końcu się jednak roześmiał. Odparł tylko, że nie przyjechał tu nikogo upokarzać.

Taki był początek ich przyjaźni. Nawiedzali się potem wzajemnie z kazaniami. W ostatnim czasie kontakt nieco osłabł. No ale w pandemii wszystko osłabło. Pamięta, że kiedyś zażartował, składając Jeżowi życzenia, by Pan Bóg dał mu piękne pokusy i siłę, by się im opierał, a wtedy Czesław pokręcił głową, skurczył się, nerwowo się zaśmiał i powiedział: „Tak, tak, wszystko, Wacek, przez tę pornografię, ona wszystkich przemiela”. Ta dziwna reakcja zbiła Grosera z pantałyku, ale potem stwierdził, że sam się podłożył z tym słabym dowcipem i że Czesiu odpowiedział mu w tym samym stylu. Teraz jednak ujrzał z wyrazistością jego minę… Czy to nie był sygnał, wołanie o pomoc?

– Poczytałem trochę pana książki: Manowczyka zwłaszcza… Żal mi pana… Niejeden Jeż został w nich wyniesiony na ołtarze. Chyba dopada pana jakiś rodzaj wstydu. Przecież pan jest inteligentny… mimo wszystko… – Piekarski prowokował coraz bardziej.
– Wie pan, ja już raz spaliłem swoje książki. Potem tego żałowałem. Tak w ogóle, to nie przywiązuję do tego takiej wagi jak pan… Ostatnio prawie nic nie piszę, maluję obrazy i tym jakoś dorabiam.

Nagle zadzwoniła komórka Piekarskiego. Spojrzał na wyświetlacz.

– Przepraszam, telefon z Ameryki… Odpiszę tylko na SMS-a. Ważna sprawa. Sekunda… – Wysłał kilka słów za ocean i wrócił do rozmowy.
– Co pan powie o tych tabunach zwyrodnialców w pana fachu, to są całe stada jeżów.
– Wie pan, staram się być dobrym księdzem.

Piekarski pokręcił głową z politowaniem.

– Czy pan nie rozumie, że dobry ksiądz to tyle, co użyteczny idiota? Nie wiem, czy ten pana Bóg ma zapach i czy w ogóle istnieje. Ale wiem, z całą pewnością, że Kościół śmierdzi… i tacy marzyciele, dobrzy księża jak pan wiodą ludzi do tego szamba. Ja, podobnie jak nieodżałowany Urban, cieszę się, gdy księża zachowują się jak ten Jeż, bo wtedy ten gmach spłonie jak katedra Notre Dame. Co to była za radość! – Piekarski prowokował i czekał na wybuch.

Groser przyglądał się mu, jakby nie słyszał jego słów. Jakiś tajemniczy uśmiech Mona Lisy…

– Co ksiądz robi? – zapytał Piekarski, tym razem się nie poprawił. Potarł policzek, sądząc, że Groser dostrzegł jakiś brud albo muchę.
– Modlę się.
– Za kogo? – spytał, jakby oburzony.
– Za siebie, za pana, za księdza Jeża… za ofiary…
– A… modli się pan… – uspokoił się Piekarski. – Proszę bardzo, modlitwa pomoże tyle co poklepać nieboszczyka pogrzebaczem po dupie – rozluźnił się.
– Radzę panu… – prawie szepnął Wacław.
– Co? – pochylił się Piekarski. – Pomodlić się?
– Tak. Usłyszeć siebie i Jego…
– Pan wie, że to bzdury. Miliony ludzi na świecie w jednej chwili bąkają coś sobie pod nosem, czyli niby się modlą i ten Bóg, nawet gdyby istniał, oddalony o miliony lat świetlnych, miałby to wszystko usłyszeć?
– On mieszka tam – Groser wskazał palcem na niebo, a wzrok gościa powędrował za palcem – i tu – dotknął piersi Piekarskiego. Ten w pierwszym odruchu chciał odtrącić dłoń Grosera, ale jakby się zreflektował, że może to być potraktowane jako dowód, że boi się tych jego czarów, szamaństwa. Uśmiechnął się więc tylko pobłażliwie.
– Widzi pan, przed chwilą łączył się pan z Ameryką – ciągnął Wacław – wymieniliście jakieś istotne informacje. Dzięki niedoskonałemu serwerowi, który w ułamku sekundy jest w stanie połączyć miliony istnień. Pan Bóg istnieje, On jest Doskonałym Serwerem.
– Dobrze, pójdę już, zostawię księdzu tę gazetę…
– Nie, proszę ją zabrać, to, co mi pan powiedział, wystarczy…
– Proszę… jeśli pan przeczyta, to ja obiecuję się pomodlić. Ani pan nie wierzy w to, co tam napisane, ani ja w modlitwę. Więc nie ma się czego bać.

Groser uśmiechnął się. „Niech tak będzie, układ stoi”.

Wzrok Piekarskiego padł na tablicę z psalmem. Przeczytał, ale nie skomentował. Może nawet przez chwilę chciał, ale chyba już miał dosyć tego dialogu, który prowadził go na manowce.

– Pójdę już…

Groser się uśmiechnął i pożegnał gościa wzrokiem. Chwilę patrzył na niego, a gdy zniknął, spojrzał na gazetę, wsadził ją do wiaderka z narzędziami i wkrętarką. Ruszył ku plebanii. Nagle się zatrzymał. Odwrócił się i jeszcze raz spojrzał na tablicę.

Coś go zaniepokoiło. Podszedł do kapliczki. Kamień od Mackiewicza… „Co się dzieje?”. Ślady palców Jezusa zniknęły. Pogładził kamień. Zmrużył oczy. Otworzył. To samo. Jakieś leciutkie wgłębienie. Dotknął kamienia swoimi palcami… – Są!… – stwierdził zdumiony po chwili. – Omam, czy co?

Wrócił na plebanię. Wyciągnął z biurka komórkę.

październik 2023

Psalm z kornikiem. Krótki przypadek księdza Grosera
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze