Łóżko

Każdy pisze to, co słyszy.
Każdy słyszy to, czym dyszy.
Tak jak dyszy, tak i pisze.
Jeśli nie, to kłamie wam…

 
Bułat Okudżawa

Nie wiem, co mnie skusiło, ażeby wymienić łóżko w mojej celi. Chyba to, że w nowicjacie wymieniano meble stare, zużyte, wysłużone. Zreflektowałem się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem na podwórku metalowe łóżka, stoliki i szafki, które obsłużyły całe pokolenia dominikanów. Zrobiło mi się ich żal. I jeszcze bardziej żal mi się zrobiło mojego starego tapczanu, po naszemu wersalki, którą, jako już nienową, otrzymałem w 1977 roku, kiedy z Warszawy z płaczem i lamentem, z rozstrojem brzucha i nerwów przyjechałem do Poznania jak na zesłanie.

Wystawiwszy tapczan przy pomocy nowicjuszy na korytarz i wstawiwszy nowe, skromne sosnowe łóżko z materacem, uświadomiłem sobie, jak bardzo jestem związany z tym martwym przedmiotem, który był świadkiem, nie wiem przecież jakich łask i katuszy przede mną. Nie wiem, kto na nim umarł, a kto się narodził, zanim mebel trafił do klasztoru, bo przecież różnymi zrzutami umeblowany jest nasz klasztor. Mnie towarzyszył przez ponad dwadzieścia lat.

To kawał czasu. Przyjechałem do Poznania jako młody dwudziestokilkuletni zakonnik. Od razu skierowano mnie do pracy z młodzieżą, czemu dziwił się i czym nie był zachwycony ówczesny arcybiskup Jerzy Stroba, z którym na starość się nawet zaprzyjaźniłem. Nie wiedząc, jak ugryźć ten kawałek rzeczywistości, trochę na ślepo szukałem sposobów. Kazałem nawet mówić do siebie po imieniu, nie mogąc znieść tytułu: ojciec, jakim mnie obdarzano. Dość szybko jednak młodzież mi wytłumaczyła, że kolegów to ma w klasie, a ja mam być dla niej ojcem. Męczyłem się długo, dopóki Marek Skwarnicki nie wskazał mi tekstu Karola Wojtyły Promieniowanie ojcostwa. Ten tekst mnie uratował. Pokazał przestrzeń i możliwości bycia człowiekiem, mężczyzną, zakonnikiem, duszpasterzem. Pokazał, że górną granicą człowieczeństwa w człowieku jest rodzicielstwo, a w mężczyźnie ojcostwo.

Stary tapczan był świadkiem moich rozmyślań i męczarni. To na nim długo nie mogłem zasnąć albo zasypiałem natychmiast, kiedy pisałem swój doktorat pod okiem wymagającego wuja śp. prof. Mariana Plezi.

To na nim musiałem przespać wiadomość o śmierci obojga rodziców. To na tym tapczanie wyśniły mi się wszystkie duszpasterskie pomysły, artykuły i książki, a także Jamna, Lednica i Hermanice. Wyśniły, bo przecież ja nie pracuję. Nie po to się uczyłem, żeby pracować. Odpowiadam natrętom: — Ja nie pracuję, mnie wszystko tak samo przychodzi, a co najwyżej się wyśni — tak samo, bez pracy i zmęczenia.

Jedyny świadek moich bezsennych nocy, kiedy to kładłem się i wstawałem, olśniony natarczywością jakiejś myśli. Myśl taka jak jakieś szaleństwo kazała mi natychmiast wstawać i zapisywać albo wystawać w oknie i patrzyć na wartownika pilnującego Dowództwa Wojsk Lotniczych, albo zmarznięte prostytutki, które nie wiadomo dlaczego upodobały sobie miejsce tuż przed klasztorną bramą. Nie sposób ich nie widzieć, a jeszcze bardziej nie słyszeć, kiedy nad ranem, ledwie trzymające się na nogach, przeraźliwym rykiem dopominają się od swoich pracodawców ciężko zapracowanej zapłaty.

Kiedy wyniesiono ten stary tapczan, to jakby coś umarło we mnie. Wyniesiono towarzysza moich zmagań, przemyśleń i modlitw, jakie zanosiłem przez lata, przytulając głowę do poduszki. Najpierw była to poduszka z sieczką, potem z jakimś obrzydliwym pierzem, aż wreszcie któraś z dziewczyn przyniosła mi poduszkę antyuczuleniową, próbując wyleczyć w ten sposób moje katary i kaszle.

Kiedy bracia wynieśli starą zakurzoną wersalkę, z żalem pomyślałem o tych możliwościach starego mebla, który był świadkiem najpiękniejszych lat mojego życia, najgłębszych wzruszeń i uniesień, a także zmagań i rozterek. Na nim przeżyłem swoje choroby i boleści. Na nim przeleżałem wstrząs mózgu po upadku dyngusowym w klasztorze i naderwaną torebkę stawową, kiedy przywalił mnie swoim potężnym cielskiem „Kruszyna”, ojciec Tomasz Pawłowski, nie mogąc wyrobić na zakręcie. Tyle spraw mu powierzyłem… Teraz wywiozę go na Jamną na dożywocie. Ale już nikt, kto się na nim położy, ani się domyśli, jak wiernym towarzyszem był przez ponad dwadzieścia lat. Pomagał mi żyć i przeżyć, pomagał odpocząć i modlić się. Wiele razy się psuł. Naprawiali go po kolei stary nieżyjący już stolarz, a potem wielokrotnie brat Piotr, który znał jego mechanizm. Skrzypiał przy każdym rozkładaniu i składaniu.

Nowe łóżko ani jęknie, chociaż ważę więcej niż wtedy, kiedy przyjechałem do Poznania. Miałem bowiem dwadzieścia kilka lat. Ale życie podobno rozpoczyna się dopiero po pięćdziesiątce. Pożyjemy, zobaczymy…

Napisawszy to, zawstydziłem się, bo jakżeż zakonnik, już nie nowicjusz, może być aż tak przywiązany do starego, bezużytecznego mebla. Czy nie powinienem w drodze do świętości pozbyć się już dawno takich przywiązań i sentymentów? „To po prostu nie wypada”, powie niejedna wyrobiona chrześcijaństwem dusza. W Niemczech co parę sezonów wymienia się meble, aby były pod kolor tapety, i wystawia na chodniki, dla biedniejszych nacji, ale nie w Polsce, gdzie krzesło, stół czy łóżko są zegarem pokoleń, pamiątką rodzinną, medium dla spraw ważniejszych. Na Jamną zgarniam, co mi ludzie dają. Zbudowałem ją z bezużytecznych mebli i sprzętów. Jakież bogate ma ona życie duchowe! Za każdym przedmiotem kryje się historia. Każdy jest doskonałym pretekstem do opowieści. Jak chociażby ten stoliczek, który teraz stoi przy mojej głowie. Jest to wyżebrany dar od ojca Tadeusza Rydzyka, dyrektora Radia Maryja. Miał pójść na Jamną, i na Jamną został wyżebrany, ale nie dojechał, bo taki praktyczny i poręczny. Pamiętam, ile wysiłku kosztowało mnie wtedy to żebranie. Ojciec dyrektor był twardy, nieugięty, ale w końcu dał. Czem prędzej wynosiliśmy ten stolik do samochodu, ażeby się nie rozmyślił. Stanął teraz przy mojej głowie jako niezwykle użyteczny. Dotychczas jego rolę spełniała podłoga.

Wyrzucony z mojej celi tapczan nie daje mi spokoju. To dzięki niemu wspominam stary tapczan z paleśnickiej plebani, z którego wyłaziły sprężyny i spać się nie dawało. Spędziłem na nim niejedną noc w młodości. W Paleśnicy zrodziło się moje powołanie w cieniu posługi stryja, który całe życie spędziwszy na służbie Bogu i ludziom, na koniec został jakby sam, opuszczony i osądzony przez wszystkich. Ofiarowawszy wszystko, został nazwany sługą nieużytecznym. I to właśnie dzięki tym sprężynom zobaczyłem garb, jaki dźwigał mój stryj. Wrzynając mi się niemiłosiernie w plecy i boki, sprawiły, że nie zasnąłem pewnej nocy i usłyszałem płacz zza ściany. Niepotrzebnie, bo nigdy nie mogłem sobie z nim poradzić. Usłyszałem płacz mojego starego stryja, paleśnickiego plebana. Płacz, który był niewypowiedzianą historią jego życia, nocną skargą, nieudolnym listem do biskupa, w którym próbował wytłumaczyć się ze swej służby.

Stryj jakby w testamencie ofiarował mi wyschnięte „wieczne” pióro. To „pióro plebana” stało się jednak najwartościowszym, jakie miałem w ręce. Nie pisząc, napisało przecież moją liryczną historię powołania.

To właśnie ułomność i kalectwo zużytych przedmiotów wyzwala we mnie nieprawdopodobne pokłady liryzmu i prowadzi mnie w krajobrazy i światy bezpowrotnie odeszłe. Takie myśli nawiedzały mnie w chwili, kiedy bracia nowicjusze wynosili mój stary tapczan z celi i gdy patrzę teraz na cmentarzysko starych mebli tuż obok klasztornego śmietnika.

Dziękuję panu Bogdanowi Czajkowskiemu za przesłanie mi swoich pięknych tłumaczeń Bułata Okudżawy.

Łóżko
Jan Góra OP

(ur. 8 lutego 1948 w Prudniku – zm. 21 grudnia 2015 w Poznaniu) – Jan Wojciech Góra OP, dominikanin, prezbiter, doktor teologii, duszpasterz akademicki, rekolekcjonista, spowiednik, prozaik, twórca i animator, organizator Dni Prymasowskich w Prudniku i Ogólnopolskiego Spotka...