Daj Boże, żebym się mylił
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Wyczyść

Delikatnie wypytałem ich o Putina… – Widzisz stary, to dla nas zagadka. Sobczak, niby demokrata, swój chłop, a w jego otoczeniu aż roi się od starych komitetczykow. Putin jest jednym z nich. Nic nie wiemy o jego służbie, nie było go przez całe lata. Wiemy jeszcze, że jest podpułkownikiem, jest bardzo inteligentny i lepiej trzymać się od niego z daleka…

Pod koniec 1995 roku ukazała się w Rosji książka pod intrygującym tytułem: Biełaja kniga rossijskich spiecsłużb. Dedykowana Czekistom, pawszim za Rodinu i żywym, narodziła się wysiłkiem prawdziwych „gwiazd” sowieckiego KGB. Wśród autorów książki jest Wiktor Barannikow, który niebawem umarł w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach, jest stary Władimir Kriuczkow, przywódca puczu1991 roku, generał Siergiej Stiepaszyn, który parę lat później, na kilka miesięcy miał zostać premierem Rosji, a potem ustąpić miejsca innemu czekiście — Władimirowi Putinowi, jest Siergiej Kurginian, Filip Bobkow, Władimir Barkowskij, Nikołaj Leonow, co tak bardzo Gierka nie lubił i wielu, wielu innych…

Cóż połączyło autorów oprócz — ich zdaniem — chlubnej przeszłości czekistów? Połączyła ich swoiście rozumiana troska o Rosję, Rosję, która się wali, która zatraciła swoje naturalne cechy i ukierunkowania. Postanowili ją ratować. Jaką Rosję? Otóż, zdaniem autorów, w długoletniej historii Rosji w hierarchii społecznych priorytetów prymat zawsze należał do państwa. Próby zmiany tej sytuacji i przeniesienia priorytetów na osobę ludzką podjęte w Rosji w latach 1917 i 1991–1993 zakończyły się niepowodzeniem. Bez względu na to, jak silny będzie sprzeciw społeczny, „już dziś obserwuje się proces powracania do naszych [rosyjskich — przyp. autora] tradycyjnych priorytetów, gdyż bez tego Rosja nie będzie w stanie samorealizować się jako samodzielne, silne, wielonarodowościowe państwo”.

Autorom chodzi więc — w związku z symptomami zmiany sytuacji, które akceptują w całej rozciągłości — o wypracowanie koncepcji „jednolitego systemu bezpieczeństwa Rosji jako państwa”. Koncepcja ta korzeniami ma sięgać wzorów z czasów Iwana Groźnego (czyżby Maluta Skuratow i oprycznina?), Piotra Wielkiego, Mikołaja I, wreszcie — i nade wszystko — WCzK i KGB. Ma opierać się o zasadę starą jak Rosja: „silne państwo = silne służby specjalne”.

Od 1995 roku sporo wody w rzekach Moskwie i Newie upłynęło. Jak już wspomniałem: generał Stiepaszyn zdążył być premierem, zastąpił na tym stanowisku „Maksima”– czyli akademika Primakowa, byłego szefa rosyjskiej Służby Wywiadu Zewnętrznego. Jego zaś zastąpił szef Federalnej Służby Bezpieczeństwa, przez całe lata kadrowy oficer KGB, Władimir Władimirowicz Putin, dziś główny kandydat na stanowisko prezydenta Rosji, a kiedy tekst ten ukaże się w druku — zapewne już drugi prezydent Rosji.

Dlaczego wspominam tę książkę? Dlaczego przypominam powszechnie znane rosyjskie zmiany kadrowe na szczytach władzy? Otóż nie znam KGB– –isty, a wcale niemało ich poznałem, który by o Rosji i państwie rosyjskim myślał inaczej niż wspomniani wyżej autorzy Biełoj knigi (można zapytać, dlaczego ona biełaja, a nie czerwona od ludzkiej krwi). KGB bardzo twardo kształtował osobowość swoich ludzi. Nie było i nie ma w niej miejsca na sentymenty typu „człowiek”. Państwo — znaczy wszystko. Taka jest mentalność chłopaków z KGB i nie wierzę, żeby mogła się ona zmienić… Chłopak z KGB niebawem zostanie (a pewnie już został) prezydentem Rosji.

My jeszcze potrafimy

Władimir Władimirowicz Putin, niewysoki, drobny, dziś lekko łysiejący blondyn. Moja żona zawsze uważała, że ma nie więcej niż trzydzieści dwa, trzydzieści trzy lata…

— Skąd ten Sobczak takiego smarkacza na takie odpowiedzialne stanowisko wytrzasnął?

— Po pierwsze nie taki on młody, a po drugie lepiej, żebyś nie wiedziała skąd on…

Poznałem Putina przy okazji pierwszej mojej protokolarnej wizyty u mera Sankt Petersburga. Był nim wtedy Anatolij Aleksandrowicz Sobczak, wcześniej sławny deputowany do Rady Najwyższej Związku Sowieckiego, członek i obok Andrieja Sacharowa niekwestionowany lider Międzyregionalnej Grupy Deputowanych, pierwszej oficjalnie opozycyjnej grupy parlamentarnej w Związku Sowieckim. Sobczak przyjął mnie niezwykle ciepło, za kilka dni do Petersburga miał przylecieć prezydent Lech Wałęsa. Gospodarze uczynili wszystko, żeby go godnie i serdecznie przyjąć.

Spotkaliśmy się w gabinecie mera w Smolnym. Obok niego siedział wspomniany wyżej drobny, niewysoki blondyn z przenikliwymi, świdrującymi oczami. Wymieniliśmy się wizytówkami i wiedziałem odtąd: przede mną siedział zastępca mera, przewodniczący Komitetu do Spraw Stosunków Międzynarodowych. Całe pierwsze spotkanie milczał. Od Sobczaka dowiedziałem się, że w przypadku jakichkolwiek potrzeb czy problemów w pracy do „Władimira Władimirowicza mam walić po pomoc jak w dym…”.

Skoro mam walić, to muszę wiedzieć, kto zacz… Nie przyjechałem do Pitra w ciemno. Miałem tam wcześniej kilku znajomych z kręgu starych dysydentów. Zaraz po przyjeździe do starych dołączyli nowi. Delikatnie wypytałem ich o Putina…

— Widzisz stary, to dla nas zagadka. Sobczak, niby demokrata, swój chłop, choć cholernie zarozumiały, a w jego otoczeniu aż roi się od starych komitetczykow. Putin jest jednym z nich. Nic nie wiemy o jego służbie, nie było go przez całe lata w Pitrze, pojawił się na uniwersytecie gdzieś na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Ty wiesz, że u nas do dziś stanowisko zastępcy rektora ds. stosunków międzynarodowych, na każdej uczelni, jest w nomenklaturze bezpieki? Putin po powrocie z wojaży został pomoszcznikom — czyli faktycznie prawą ręką — takiego rektora. Wiemy jeszcze, że jest podpułkownikiem, jest bardzo inteligentny i lepiej trzymać się od niego z daleka…

— Nasi KGB–iści to zwierzęta stadne. Pojawił się jeden — natychmiast ich cała masa. Tak wyszło i z Putinem. Przyszedł do merostwa, a za nim cały Komitet… Ten Komitet Wniesznich Swiazii, to jego ludzie. Uważaj.

— On ma opinię twardziela. Interesują go szczególnie sprawy gospodarcze. Czy jest przekupny — tego nie wiem. Ale jeśli Rosjanin i nieprzekupny, to tym bardziej należy być ostrożnym…

Takie były pierwsze rady, które otrzymałem w związku z nowym znajomym. Potwierdziły się w całej rozciągłości: twardziel, z KGB, jego otoczenie wyłącznie z KGB, bardzo inteligentny i nigdy niewychodzący przed szereg. Sobczak traktował go w sposób szczególny. Bardzo szybko, choć nie od razu formalnie, został osobą numer dwa w mieście.

Przez ponad cztery lata spotykaliśmy się dziesiątki razy. Z zasady były to spotkania bardzo oficjalne, zwłaszcza w trudnych sytuacjach 1993 roku — na Putina spadał obowiązek informowania petersburskiego korpusu dyplomatycznego o sytuacji w państwie i w mieście. Był zdecydowanie projelcynowski, na pytania odpowiadał bez skrępowania i bez emocji. Zawsze punktualny, akuratny. Pamiętam, jeden jedyny raz pozwolił sobie w swojej wypowiedzi na sarkazm i nieskrywaną nutę satysfakcji. Wiosną 1994 roku Sankt Petersburg żył przygotowaniami do Igrzysk Dobrej Woli. Po raz kolejny, tym razem właśnie nad Newą, organizował je amerykański magnat prasowy Ted Turner. I oto parę miesięcy przed imprezą w amerykańskiej prasie pojawił się przeciek: Konsulat Generalny Stanów Zjednoczonych w Sankt Petersburgu informował Departament Stanu o fatalnym stanie bezpieczeństwa przed Igrzyskami. Dla miasta i organizatorów tego typu wiadomość oznaczała groźbę utraty niemałych dochodów. Winę za może i niefortunny, ale niewątpliwie rzetelny dokument, zarówno strona rosyjska, jak i amerykańska, zwaliły w całości na bardzo przyzwoitego amerykańskiego konsula z Sankt Petersburga. Kto faktycznie sprawił, że konsula w trybie pilnym z Sankt Petersburga odwołano — Rosjanie czy Turner — nikt z nas się nie dowiedział. Właśnie wtedy to Putin, w trakcie kolejnego z naszych spotkań, potrafił warknąć: — My jeszcze potrafimy zagwarantować szacunek dla nas i dla Rosji. Oj ważny był ten szacunek, ważny…

Zewnętrznie skromna, sympatyczna dziewczyna

Urodził się w Leningradzie, taki zdałoby się Pitieriec z krwi i kości, ale coś w tym wszystkim jest nie tak. Co to za Pitieriec, którego nigdy nie widziałem prywatnie w filharmonii, nigdy w teatrze, nigdy w operze? Jeśli już był, to tylko z powodu protokołu. Swoją żonę chował pod korcem, nie pokazywał się z nią nigdzie. Ona, oficerska córka, zaczynała ponoć karierę zawodową jako uczennica tokarza w Kaliningradzie, w fabryce Torgmasz. Potem była sanitariuszką w miejskim szpitalu, szefową amatorskiego teatrzyku w domu pionierów, akompaniatorką, wreszcie stewardessą. To stanowisko od lat należy do KGB–cznej nomenklatury. W wieku 22 lat — w Rosji to bardzo późno — została studentką iberystyki na Uniwersytecie Leningradzkim. Na trzecim roku studiów wyszła za mąż za Władimira Putina. On miał już wtedy lat trzydzieści jeden i niezłą pozycję — był kadrowym oficerem wywiadu. W 1986 roku ukończyła uniwersytet i … przepadła wraz z mężem. Potem, po powrocie, przez dwa lata na tymże Uniwersytecie pracowała. Wykładała… niemiecki. Widziałem ją dwa, trzy razy. Zewnętrznie skromna, sympatyczna dziewczyna zajęta wychowaniem dwóch córek. Posłała je do niemieckiej szkoły na moskiewskim prospekcie Wiernadskiego. Uczą się dobrze, w ich głowach — póki co — nie przewróciło się i pewnie ich matka nie pozwoli na to, by tak się stało.

Goli i bosi mówią — dość!

Pamiętam opanowanie Putina i wstrzemięźliwość jego wypowiedzi. Potrafił ważyć każde swoje słowo. Późną jesienią ubiegłego roku „wystrzelił” w Ałma Acie. Jestem przekonany, że doskonale wiedział, co robi. Na kolejne pytanie dziennikarzy o pokój w Czeczenii, o przyszłość walki z terroryzmem islamskim, wypalił: Da ja budu ich gołowy moczit’ w sortirie!

Po polsku będzie brzmiało to tak: „Ja będę ich głowy w kiblu maczał!”. Zaczął się szum: „Putin przesadził. To mu zaszkodzi”. Jego wypowiedź zobaczyli telewidzowie w całej Rosji, w Kazachstanie, na Białorusi, w niemałej części Ukrainy. Na drugi dzień notowania Putina w opinii publicznej wzrosły o kolejne pięć procent… O co chodzi? Kim jest Putin?

Jeśli wziąć statystykę — będzie to drugi, po Andropowie, KGB–cznik na czele Rosji. Ktoś doda jeszcze: trzeci jurist, czyli prawnik — po Kiereńskim i Ulianowie…

Mój rosyjski przyjaciel powiada, że sprawa jest od wszelkich statystyk poważniejsza. Dla niego Putin to nade wszystko klęska życiowa Jelcyna. Klęska życiowa i wyrzeczenie się tego wszystkiego, w co wierzył. Jelcyn na starość musiał u siłowikow kupować swoje życie i bezpieczeństwo bliskich. Po drugie, Putin to rezultat koszmarnej słabości rosyjskich elit politycznych. Te elity faktycznie nie istnieją. Niestety, nie mogę zacytować wszystkich mocnych określeń, których użył, żeby scharakteryzować obecny ich stan. Najdelikatniejsze z nich to: banda skorumpowanych, sprzedajnych, tępych, zapijaczonych dupków… A nie myślałem, że poważny profesor może tak krzepko matiukat’.

— On ich teraz krótko weźmie za mordy. Zasłużyli na to…
— A ciebie, to nie weźmie?
— Ja też zasłużyłem. Wszyscy sobie zasłużyliśmy. On jest świadectwem, a raczej obrazem naszego stanu ducha. My znów zapragnęliśmy wielkiej Rosji, której wszyscy, jak jeszcze wczoraj, bać się będą…
— A będą?
— Będą. Już się boją…
— Niespełna rok temu, zupełnie nie bojąc się Rosji, w puch rozbito Serbię Miloszewicza, sojusznika Rosji…
— Putin jest również efektem tamtej wojny. Przypomnij sobie język ministra Iwanowa z czasów tej wojny… Nasze siłowiki i wielikorossy nie na żarty przerazili się nowej doktryny w stosunkach międzynarodowych. Doktryny, w której na pierwszym miejscu stoją wartości, nie zaś państwo. Zresztą wszyscy Rosjanie rozbicie Serbii odebrali jako osobistą klęskę. Dziś mówią — dość! Goli i bosi mówią — dość!
— Czy w Was jest tak ogromna potrzeba znaczenia? Wielkości?
— A nie? Oczywiście, że jest… To stąd potrzeba wodza, silnej ręki. Putin, ten twardziel rozprawiający się z czeczeńskimi cywilami, starcami, kobietami i dziećmi jest ucieleśnieniem naszych potrzeb.
— A może to jeszcze jedna mistyfikacja?
— Może… Chciałbym, żeby tak było. A jeżeli nie…?

Parafianin Żywonaczalnoj Trojcy

Nigdy nie widziałem Putina w cerkwi lub w kościele. Tym bardziej zaskoczył mnie Aleksandr Sołdatow z „Moskowskich Nowostiej”. Jego tekst z 18 stycznia bieżącego roku nosi tytuł Dierżawnyj prichożanin, na polski należałoby przetłumaczyć jako „Państwowy parafianin”. Autor cytuje w tekście wypowiedź telewizyjnego komentatora liturgicznego, referenta Patriarchy Aleksieja II, Nikołaja Dierżawina, z której to wypowiedzi wynika, że Władimir Władimirowicz Putin jest parafianinem cerkwi Żywonaczalnoj Trojcy na Worobiowych Górach i tam uczestniczy w liturgii, tam modli się. W Boże Narodzenie zaś przybył specjalnie do soboru Christa Spasitiela, żeby pomodlić się wraz z Patriarchą i prosić go o błogosławieństwo na ogromny trud kierowania państwem rosyjskim. Z innymi przywódcami religijnymi Putin się nie spotykał, ale tylko Patriarcha bezwzględnie i od początku poparł jego karną wyprawę do Czeczenii. Nawet w środowiskach cerkiewnych w zakłopotanie wprawiły jego słowa z bożonarodzeniowej choinki na Kremlu, w dniu 8 stycznia bieżącego roku. Rosyjski Najwyższy Kapłan otoczony dziećmi powiedział wtedy: „Bandyci muszą być zniszczeni”. Bandyci — a z nimi starcy, kobiety, dzieci, narody Kaukazu. Putinskije szcziepki, kto następny?

Powrót do korzeni

W czasie styczniowego spotkania w Krakowie prezydenci Polski i Ukrainy wyraźnie zlekceważyli pytania o zmiany w rosyjskiej doktrynie obronnej. Zarówno Ukraina, jak i Polska graniczą z Rosją, która w swojej nowej doktrynie zastrzega sobie rozległe prawo użycia broni masowego rażenia. Czy to rzeczywiście „tylko na użytek wewnętrzny”? Być może byłbym gotów w to uwierzyć, gdyby nie jedno, zdawać by się mogło niewiele znaczące wydarzenie. Otóż dzień przed końcem ubiegłego roku, kiedy prezydent Jelcyn szykował się do politycznego pożegnania, a premier Putin — do objęcia pełni władzy, na podstawie decyzji ich podwładnego, ministra spraw zagranicznych Rosyjskiej Federacji, Iwanowa, deportowano do Chin, stamtąd zaś bezzwłocznie wyprawiono do Korei Północnej siedmioro koreańskich uchodźców. Prasa polska tego wydarzenia nie zauważyła, zresztą trudno byłoby je skomentować, a sprawa wyglądała tak: w dniu 10 listopada ubiegłego roku siedmioro Koreańczyków, z których najstarszy liczył 30 lat, najmłodszy zaś 13, uciekło do Chin, a stamtąd poprzez granicę chińsko– –rosyjską w rejonie chankajskim Primorskiego Kraju, do Rosji. Uciekli, żeby szukać szansy na przeżycie. Zaraz po przekroczeniu granicy zostali zatrzymani przez rosyjską służbę graniczną. Umieszczono ich w areszcie pod Władywostokiem. Sprawa stała się jawna, azylu dla nich domagały się rosyjskie organizacje społeczne i znani działacze polityczni. Ich sprawą zajął się Najwyższy Komisarz do spraw Uchodźców ONZ. Władze rosyjskie obiecały pomoc, uchodźcy otrzymali nawet wizy do Korei Południowej, a 30 grudnia ich deportowano. W Phenianie czeka ich śmierć „za zdradę ojczyzny”. Minister Iwanow doskonale wiedział, co robi. On wydał tych nieszczęśników na śmierć. Wydał na śmierć w imię dobrych stosunków z Koreą Północną…

Ja tak bardzo boję się, że to zdarzenie to tylko jeden ze wspomnianych na wstępie symptomów powrotu Rosji „do jej korzeni”, w których człowiek nie liczy się — państwo zaś jest wszystkim. Nawet takie państwo jak Korea Północna. Boję się, że Rosja Putina i Iwanowa będzie szukała kontaktów i będzie wspomagać wszystkie siły, które będą w stanie w jakikolwiek sposób zaszkodzić cywilizacji zachodniej. Daj Boże, żebym się mylił… Daj Boże.

Daj Boże, żebym się mylił
Zdzisław Nowicki

(ur. 17 grudnia 1951 r. w Pile – zm. 6 czerwca 2006 r.) – polski dyplomata, ekonomista, senator I kadencji, ambasador RP, w latach 1992-1998 oraz 2000-2004 przebywał na placówkach dyplomatycznych w Sankt Petersburgu, Charkowie i Astanie, publikował po polsku, rosyjsku, ukrai...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze