Kobiecość po amerykańsku – duch i ciało

Kobiecość po amerykańsku – duch i ciało

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
Wyczyść

Materiał badawczy nie od dziś dostarcza dowodów na posiadanie przez mężczyzn i kobiety cech obu płci. I jedne, i drugie mogą być pozytywne bądź negatywne. Na utrwalanie się negatywnego wzorca, poprzez przejmowanie najgorszych cech płci przeciwnej, zwraca uwagę krytyka, dostrzegająca – nie od wczoraj i nie tylko w USA – niewieścienie mężczyzn i maskulinizację kobiet.

Od dziesiątków lat amerykański mit głosił, że mężczyzna jest silny, prężny, energiczny, pnący się w górę, natomiast kobieta — zależna, bierna, bez aspiracji wykraczających poza wypełnianie roli żony i matki. Na liście pożądanych cech kobiecych oprócz sprawności w prowadzeniu domu górowała umiejętność podobania się i służenia mężczyźnie. Zjawisko to zintensyfikowało się szczególnie po II wojnie światowej. Zwolniono z pracy cztery miliony kobiet, żeby dać zatrudnienie wracającym z wojny mężczyznom.

Koniec lat czterdziestych to także okres szybkiego rozwoju telewizji. Właśnie media tworzyły kodeks męskości i kobiecości poprzez nieustanne definiowanie i różnicowanie tradycyjnych ról związanych z płcią. Ekran — duży i mały — konsekwentnie przekonywał, że podczas gdy mężczyźni określali się w działaniu, kobiety stanowiły przedmiot, rekwizyt. Taka była wymowa westernów, operujących skrajnie spolaryzowanym modelem supermęskiego bohatera i zawsze ozdobnej kobiety, cnotliwej czy niecnotliwej. Podobnie miała się sprawa z filmową produkcją święcącego tryumfy Disneya. Jego wczesne obrazy, sięgające do klasycznych baśni, opartych na tradycyjnej dychotomii płci, utrwalały wizję dziewczyny zawsze fizycznie bardzo atrakcyjnej, efemerycznej, niemającej kontroli nad własnym życiem. Seriale telewizyjne lansowały wzór kobiety uzależnionej od męża, idealnie zadbanej kury domowej, radośnie godzącej się na rolę służącej czy wręcz męczennicy.

Feminizm protestuje przeciw „mitom”

Przeciw takiemu podejściu występowała głośna książka Betty Friedan Mit kobiecości (The Feminine Mystique, Norton, New York 1963). Autorka twierdziła, że „kult życia domowego”, jak to nazwała, jest nieuświadomioną dolegliwością trapiącą ówczesne pokolenie kobiet. Książka ta żywo poruszyła całe zastępy kobiet poszukujących nowych dróg samorealizacji, dla których zawód housewife stanowił powód do głębokiej frustracji. Wykładem feministycznej ideologii była też praca Kate Millett Polityka seksualna (Sexual Politics, New York 1969), w której autorka lansowała tezę, iż cała rzeczywistość polityczno–społeczna zdominowana jest przez mężczyzn, wykorzystujących komponent płciowy dla swoich celów.

Silnym bodźcem do zrewidowania jednowymiarowego modelu amerykańskiej kobiecości stał się przykład żony prezydenta, Jackie Kennedy, która, odznaczając się inteligencją, wyraźną osobowością, a zarazem wdziękiem i umiejętnością bycia ozdobą, łączyła w sobie tradycyjny wzór kobiecości oraz feministyczne aspiracje. Swoisty fenomen stanowiła też Audrey Hepburn, jakże odmienna od seksbomb w stylu Marylin Monroe. Stopniowo i nie bez związku z feministyczną krytyką na ekranie coraz częściej zaczęły się pojawiać żywe, wręcz zuchwałe dziewczynki i starsze bohaterki. Były znacznie bardziej przebojowe, choć w dalszym ciągu wyposażone w tradycyjne atrybuty pożądanego modelu kobiecego wyglądu. Programem, który na wczesnym etapie wykorzystywał napięcia między antyfeminizmem i feminizmem, był arcypopularny, znany w Polsce, serial Aniołki Charliego. W pewien sposób wykraczał on poza dotychczasową praktykę kulturową, pokazywał bowiem mechanizm manipulowania „optymalnymi” atrybutami kobiecości (młodość, uroda i seksapil) w celu wykonania konkretnych zadań w pracy zawodowej, co prawda wyjątkowej, owianej nimbem niecodziennej przygody. Bierne i bezradne kobieciątko traciło na popularności.

Z biegiem czasu w klimacie feministycznych haseł dotychczasowy umiarkowany antagonizm płci, wyrażany m.in. w postaci anegdot o emocjonalnym niedowładzie mężczyzn i braku logiki u kobiet, ustąpił miejsca ostrej konfrontacji. Zapanowała ona głównie wśród klasy średniej. W tym właśnie okresie zaczęła dawać o sobie znać praktyka niedopuszczania mężczyzn do płacenia rachunku za wspólny obiad bądź przytrzymywania drzwi oraz bunt przeciw takim gestom, jak podanie mężczyźnie śniadania czy pranie mu skarpetek.

Nie miejsce tu na krytyczną ocenę wątpliwych „osiągnięć” rewolucji seksualnej, ale trudno zaprzeczać, że przy okazji rozprawiała się ona z istniejącymi od niepamiętnych czasów podwójnymi standardami moralności seksualnej — podczas gdy chłopcu wszystko było wolno, dziewczęta dzielono na złe, zepsute i dobre, od których wymagano nieposzlakowanej niewinności. Zgodnie z zasadą poszukiwania łatwiejszych rozwiązań, zamiast zaostrzenia wymagań moralnych wobec płci męskiej, wybrano drogę przeciwną. To feminizm przekonał ogromne rzesze Amerykanów, że fairness, sprawiedliwość, wobec kobiet wymaga przyznania im tej samej wolności seksualnej co mężczyznom.

Klasyczny amerykański feminizm równouprawnienia (equity feminism) ponad ćwierć wieku temu został usunięty na bok przez szczególnie bojowy, radykalny feminizm żeński (gender feminism), twierdzi profesor Christina Hoff Sommers, określająca się właśnie jako feministka równouprawnienia, w wydanej parę lat temu książce Kto ukradł feminizm. Jak kobiety zdradziły kobiety (Who Stole Feminism. How Women Betraayed Women, Simon & Schuster 1994). Przeprowadza ona zasadnicze, choć trudne do oddania w języku polskim, rozróżnienie na sexgender. Podczas gdy sex (płeć) jest kategorią wyłącznie biologiczną, gender (rodzaj) odnosi się do ról, narzuconych przez patriarchalną rzeczywistość społeczną. Natomiast w swojej istocie role mężczyzn i kobiet są identyczne. (Radykalne feministki nie widzą sprzeczności między powyższą opinią a innym dogmatem, zakładającym, że mężczyźni są zawsze seksualnymi agresorami, a kobiety jedynie ofiarami). Seksizm, analogicznie do rasizmu, polega na „tworzeniu nieuzasadnionych różnic w traktowaniu przedstawicieli różnych płci w słowie lub czynie”. Wynikiem konsekwentnego potępienia seksizmu może być społeczeństwo niezwracające uwagi na różnice płci (w „idealnym” przypadku wszyscy są obojnakami) bądź społeczeństwo seksualnie różnorodne (wszelkie zachowania seksualne będą miały jednakową rację bytu). Dochodzimy tu do feministycznego paradoksu, jaki zawiera mniej lub bardziej otwarcie artykułowane hasło, że kobieta powinna być jak mężczyzna.

Tradycyjni psychologowie o różnicy płci

Tymczasem dokonywane przez psychologów zestawienia dotyczące poglądów na temat stereotypów i norm męskości i kobiecości ustalają, iż dość powszechnie uważa się, że mężczyzna jest — bardziej niż kobieta — aktywny, agresywny, ambitny, kierujący się logiką, dosłowny, cechujący się obiektywizmem, niezależny, technicznie sprawny, skoncentrowany na sobie, onieśmielający innych, skłonny do wzniecania konfliktów, częściej kierujący się żądzą władzy i pieniędzy. Kobieta jest z reguły lepiej wyrobiona w sferze uczuciowej, bardziej ugodowa i skłonna do zwracania się o pomoc, odznaczająca się empatią, bardziej zainteresowana sztuką i religią.

Kategoryczny podział na specyficzne cechy kobiece i męskie, ostro atakowany przez feministki, wydaje się rzeczywiście tracić w dzisiejszych czasach na znaczeniu. Tradycyjne podkreślanie odmienności płci (z pomijaniem zagadnienia komplementarności) niewątpliwie przysłaniało fakt, że mężczyźni i kobiety mają wiele wspólnego. Materiał badawczy nie od dziś dostarcza dowodów na posiadanie przez mężczyzn i kobiety cech obu płci. Na utrwalanie się negatywnego wzorca, poprzez przejmowanie najgorszych cech płci przeciwnej, zwraca uwagę krytyka, dostrzegająca — nie od wczoraj i nie tylko w USA — niewieścienie mężczyzn i maskulinizację kobiet. Wielu amerykańskich psychologów, w oparciu o wyniki badań poświęconych analizie zachowań typowych dla obu płci, nawołuje ostatnio do traktowania męskości i kobiecości nie jako przeciwległych biegunów człowieczeństwa, lecz różnych i niezależnych cech osobowościowych w spójnym modelu, który nazwano androginicznym.

Gdy cechy uznane za pożądane bardziej u mężczyzn określa się jako męskie (i analogicznie wyodrębnia się cechy kobiece), w praktyce badawczej uzyskuje się cztery kategorie: typ androginiczny (wysoki wskaźnik cech męskich i kobiecych), typ męski (wysoki wskaźnik męskości, niski kobiecości), typ kobiecy (wysoki wskaźnik kobiecości, niski męskości) oraz typ niezróżnicowany. Zajmująca się tą problematyką profesor psychologii, Sandra Bem, zwraca uwagę na fakt, że obecnie coraz częściej wymaga się od ludzi działania w sytuacjach zmuszających do posługiwania się zarówno „męskimi”, jak i „kobiecymi” umiejętnościami.

Radykalne feministki potępiają biologię

Wielu psychologów zajmujących się badaniem różnic między obiema płciami wiązało owe różnice z odmiennymi uwarunkowaniami biologicznymi. Ponieważ zagadnienie równości płci stało w centrum zainteresowania feministek, poszczególne ich odłamy mniej lub bardziej ostro występowały przeciwko biologicznemu czy fizjologicznemu podejściu do problemów kobiecych.

Równość między kobietami i mężczyznami wyklucza, zdaniem skrajnych feministek, małżeństwo. W tym punkcie ich retoryka operuje obrazem mężczyzny–wampira żerującego na ciele i umyśle kobiety. Małżeństwo jest dla nich jedną z najpoważniejszych komplikacji życia, wiążącą się z reguły z degradacją kobiety, a przynajmniej ze zmniejszeniem jej szans życiowych. Według takiego rozumowania kobiety będą wolne dopiero wtedy, gdy zaniechają współżycia z mężczyznami. Jest ono bowiem gwałtem (Ti–Grace Atkinson). Według radykalnych feministek, dzieci — jeśli w ogóle — powinno się wytwarzać w probówkach, ciąża bowiem jest barbarzyństwem (Shulamith Firesstone). Oficjalne stanowisko feministek zakładało, że kobiety chcące posiadać dzieci nie powinny być zmuszane do małżeństwa, gdyż dzieci nie potrzebują kontaktu z obojgiem rodziców. Radykalny feminizm — usiłując uwolnić kobiety od z gruntu, ich zdaniem, szkodliwych ról żony i matki — propagował w to miejsce etos siostrzany (sisterhood). Szybko okazało się jednak, że różnice zdań między siostrami poważnie zmąciły zakładaną idyllę na wielu frontach, zmieniając ją w otwartą wojnę.

Niewiele rzeczy w życiu jest trudniejszych niż połączenie feminizmu z macierzyństwem, przyznaje stosunkowo umiarkowana feministka Susan J. Douglas w książce Gdzie są dziewczyny (Where the Girls Are, Random House 1994). Dzisiejsza elita feministek straciła z oczu rzeczywiste problemy kobiet, to teza (i podtytuł) najnowszej książki innej „klasycznej” feministki, profesor Elizabeth Fox–Genovese: Feminizm nie przystaje do mojego życia (Feminism is Not the Story of my Life. How Today’s Feminist Elite Has Lost Touch with the Real Concerns of Women, Nan A. Talese. Doubleday, Now York 1996). Obecnie — konkluduje Fox–Genovese — nienazwany przez radykalne feministki problem kobiet to już nie mężczyźni, ale dzieci. To one — w ich mniemaniu — ograniczają swobodę kobiet, to one je zubożają. Radykalne feministki dają wyraz przekonaniu, że aspiracje kobiet są nie do pogodzenia z potrzebami rodzin i dzieci. To, co dla kobiet stanowi problem — na przykład samotne macierzyństwo — dla radykalnych feministek jest stanem idealnym. Kobiety, które poważnie podchodzą do swoich obowiązków rodzinnych, uważają, że są lekceważone przez feministki i obwiniają je za osłabienie rodziny.

Kult atrakcyjności ciała

Feminizm od początku zdecydowanie opowiadał się przeciw pornografii jako swoistej formie poniżenia kobiety poprzez jej uprzedmiotowienie i eksploatację ze strony mężczyzn.

Feministkom nie podobało się także podejście samych kobiet do kwestii troski o własną powierzchowność. Od wieków przedstawiciele obu płci przywiązywali wagę do wyglądu, a ich stroje nie tylko ochraniały prywatność, ale także stanowiły wyraz indywidualnej osobowości. Tradycyjne atrybuty kobiecości, takie jak: szczególne podkreślanie urody, dbałość o wygląd przy użyciu kosmetyków, zainteresowanie modą, stosowanie ozdób — uznane zostały przez feministki za pułapkę, która odwraca uwagę kobiet od działań na drodze do uzyskania władzy i niezależności. Nie brak jednak przypadków braku konsekwencji, jak chociażby w stosunkowo niedawnej sprawie Sharon Faulkner, która, powołując się na równouprawnienie, jako pierwsza pokonała barierę tradycji i dostała się do Virginia Military Institute, szkoły wojskowej, otwartej dotychczas wyłącznie dla mężczyzn. Gdy jak wszyscy kadeci miała być poddana obowiązkowi zgolenia włosów, jej feministyczne prawniczki gorąco zaprotestowały, powołując się na precedensy kulturowe.

Przez lata głęboko zaangażowane w wojnę płci feministki nasłuchały się w rewanżu, że ta nieprzejednana i wroga wobec mężczyzn postawa wynika z frustracji nieatrakcyjnych i niesympatycznych brzydul. (Wyjątkiem była długonoga i długowłosa piękność Gloria Steinem). Nawet widząc pewne racje po stronie niechętnych feministkom prześmiewców, trudno zaprzeczyć, że przypisywanie nadmiernego znaczenia urodzie, wymykającej się ideałowi demokratycznego egalitaryzmu oraz obsesyjna dbałość o wygląd zewnętrzny raczej nie sprzyjają rozwojowi osobowości i uznaniu wagi życia duchowego. Było sporo racji w stwierdzeniu, iż od dziesiątków lat w obowiązującej hierarchii kobiecej wartości na samym szczycie znajdowała się biała Amerykanka, bogata i piękna, znacznie niżej kobieta ciemnoskóra i biedna, na samym dnie natomiast brzydka, niezgrabna i stara. Zalety umysłu i ducha nie były brane pod uwagę.

Nie powinno więc specjalnie dziwić, że we wrześniu 1968 roku pewna grupa feministek zorganizowała protest przeciw wyborom Miss Ameryki. Przeciwniczki imprezę tę przyrównały do wystawienia na sprzedaż zwierząt rzeźnych na targu i posłużyły się plakatem z wizerunkiem pokazanej od tyłu nagiej kobiety, której ciało oznaczono jak przy klasyfikacji poszczególnych typów mięsa — karkówka, żeberka, krzyżowa, boczek, polędwica, szynka. Niezależnie od tego z niepokojem obserwuje się (piszą o tym m.in. Mary Pipher i Joan Jacobs Brumberg), że — szczególnie podatne na wszechobecne przesłania kultury masowej — dziewczęta w okresie dojrzewania wykazują graniczącą z obsesją troskę o swój wygląd i w przeważającym procencie są z niego niezadowolone, co wyraża się w patologicznie niskim poczuciu własnej wartości. Przywiązywaniu nadmiernej wagi do wyglądu zewnętrznego feministki i psychoterapeuci nadali nawet miano — lookism.

Feministkom trzeba też oddać sprawiedliwość w innym punkcie ich krytyki społecznej. W odpowiedzi na fałszywy kult fizycznej kobiecości, będący celem reklamowych zabiegów marketingu, feminizm okazał się czymś do tej pory wyjątkowym w kulturze amerykańskiej — ruchem antykonsumpcyjnym.

Komercjalizm opierał się na swoistej dychotomii w sferze ekonomicznej. Tutaj linia podziału rozgraniczała dwa typy: producent — konsument. U podstaw amerykańskiego boomu gospodarczego stała etyka pracy kładąca nacisk na przedsiębiorczość, oszczędność, umiejętność życia w trudnych warunkach. W następstwie szybko postępującej industrializacji pojawił się jednak zasadniczy problem. Potrzebny był masowy rynek zbytu na mnożącą się obfitość produktów. Zadaniem reklamy stało się obalenie dotychczasowego systemu wartości i przekonanie społeczeństwa, żeby zaczęło kupować te wszystkie często mało potrzebne przedmioty, i to najlepiej na kredyt. Tradycyjnie głównym konsumentem w Stanach była kobieta, dlatego reklama na nią właśnie skierowała swą uwagę. Doszło więc do paradoksu — lansowano model wewnętrznie sprzeczny: Amerykanka powinna być jednocześnie czynna i bierna, zapatrzona w siebie i altruistyczna, wygadana i cicha, oszczędna i rozrzutna, śmiała i nieśmiała.

Reklama — niezależnie od tego do jakiej płci czy grupy wiekowej jest przede wszystkim skierowana — żeruje na narcyzmie, który cechuje egotyzm, próżność, zapatrzenie w siebie. Antidotum na tę dolegliwość stanowił właśnie altruizm, poświęcenie dla drugich. Reklama świadoma tego, że duch rywalizacji nieodłączny jest od indywidualizmu, dąży do wywołania zawiści, pożądania tego, co ma ktoś inny, a co przecież „i nam się należy”. Z drugiej strony kładzie wielki nacisk na luksus — odróżnienie się od tłumu pozbawionego przywilejów, mniej oświeconego. Zwróćmy uwagę na popularność serialu „Dynastia” czy pism kobiecych, takich jak „Glamour”, „Mademoiselle”, „Cosmopolitan”, „Vogue”, „Self”, w których przesłanie brzmi: wyzwól się z tyranii starych konwencji — wreszcie zajmij się sobą.

Operacje plastyczne w celach kosmetycznych przeżywają wielki boom. Sprawny marketing ustanawia niełatwe do osiągnięcia arbitralne standardy doskonałej urody. Czasami — co spotyka się z protestami wielu kobiet — są one niezdrowe (nadmierna szczupłość prowadząca do anoreksji u nastolatek) czy nierealistyczne i nienaturalne, jak chociażby „pośladki ze stali”. Ten wymóg na przykład wiąże się z nawoływaniem do wytężonego ćwiczenia w salonach gimnastycznych i siłowniach czy w domu przy użyciu skomplikowanych (i oczywiście drogich) urządzeń. W przeciwnym razie — milcząco sugeruje reklama — można kobiecie zarzucić, iż jest niechlujna i leniwa, bez charakteru. Swoistą cechą dzisiejszych działań marketingu jest to, że, szermując hasłami swobody, niezależności, ale i podkreślając tradycyjne atrybuty kobiecości, stara się wykorzystywać dla swoich celów tak feminizm, jak i antyfeminizm. Media wydają się liberalne, ale są jednocześnie reakcyjne.

Krytycy kultury zwracają uwagę na dzisiejszą reakcję wobec surowego, niechętnego fizycznej atrakcyjności feminizmu, która przejawia się w powrocie mody na agresywny seksualizm. Przykładów nie brakuje — Madonna, Spice Girls, Calvin Klein. Wyzywający neoseksualizm to tani chwyt, mający na celu zwrócenie uwagi konsumenta, w świecie niemiłosiernie zagęszczonym bodźcami wizualnymi i nie tylko. By nie popaść w nadmierny pesymizm, trzeba żywić nadzieję, że w momencie, gdy obecna kultura dojdzie do stanu nasycenia wulgarnością (a wydaje się, że moment ten nie jest już bardzo odległy), przyciągnięcie uwagi będzie wymagało odwołania się do innej, mniej cieleśnie dosadnej obrazowości.

Kobiecość po amerykańsku – duch i ciało
Joanna Petry Mroczkowska

dr nauk humanistycznych, tłumaczka, eseistka, krytyk literacki. W związku z pobytem w Stanach Zjednoczonych zajmuje się w ostatnich latach głównie tematyką dotyczącą kultury amerykańskiej oraz chrześcijańskiego feminizmu....

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze