Kobieta wyzwolona… z feminizmu

Kobieta wyzwolona… z feminizmu

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Niektóre problemy są jak wirus ebola – tak groźne i drapieżne, że same się wyniszczają. Niestety, obawiam się, że feminizm – tak w Stanach, jak i w spowitej demograficzną zimą Europie – do nich nie należy.

Maciej Dybowski: Jaka jest sytuacja kobiet na początku XXI wieku? Co zmieniło się w ciągu stulecia, które właśnie pożegnaliśmy?

Russell Hittinger: Myślę, że nastąpiły dwie wielkie zmiany, w zasadzie socjologiczne, choć każda w ścisłym związku z ekonomią. Po pierwsze — industrializacja, która w większości krajów zachodnich zakończyła się na początku dwudziestego wieku. To ona znacząco zmieniła rolę kobiet, bo zmusiła mężczyzn do opuszczenia domu i pójścia do pracy. Ojcowie przestali pracować w domu i w jego bezpośrednim sąsiedztwie, a co za tym idzie, dzieci nie mogły już polegać na odbieranym dawniej w domu przygotowaniu do zawodu, będącego zwykle kontynuacją rodzinnej profesji. Oczywiście na wsi dzieci przygotowywano od małego do pracy na roli, ale przecież to właśnie mieszkańcy wsi zasilili szeregi robotników. Wprawdzie dzieci wciąż były zależne od utrzymującego je ojca, ale w wyniku uprzemysłowienia została przerwana fundamentalna, odwieczna nić komunikacyjna między dzieckiem a ojcem, uczącym jak przeżyć, wprowadzającym w tajniki zawodu. W domu zostały kobiety i dzieci. Współczesny mit powiada, że świat nieuprzemysłowiony należał do mężczyzny. To nieprawda. W tamtym — preindustrialnym — świecie, kobieta i mężczyzna byli współpracownikami. Kobiety pracowały w obejściu, w domu, na roli przynajmniej tak samo ciężko jak mężczyźni. Tymczasem, niemal nagle — uprzemysłowienie było procesem bardzo gwałtownym — miliony kobiet zostały w domu bez mężczyzn.

A drugi wielki przełom w sytuacji kobiet?

Początkowo było to zjawisko typowo amerykańskie. Powstały osiedla podmiejskie. Zaczęło się w Stanach Zjednoczonych, bo tam najszybciej rozwinął się przemysł samochodowy. Dzięki robiącemu zawrotną karierę automobilowi odległość między miastem — centrum przemysłowym, a wsią przestała być problemem. Mężczyźni mogli więc pracować nie tylko poza domem, ale w mieście odległym o kilkadziesiąt mil. W związku z codzienną podróżą zmuszeni byli opuszczać domy o świcie, wracali zaś późnym wieczorem. Tenże samochód przyczynił się do tego, że w latach 50. amerykańskie suburbia stały się światem matriarchalnym. Co to znaczyło w praktyce? Kobieta sprzątała, gotowała, zawoziła dzieci do szkoły, odrabiała z nimi lekcje, a nade wszystko — robiła zakupy. Tym samym stała się wyłącznym twórcą wszelkiego ładu w podmiejskim świecie. Mężczyźni zniknęli…

Chyba Pan trochę przesadza…

Skądże, to dopiero początek, przygotowanie gleby, z której wyrosła amerykańska rewolucja feministyczna. Kobiety uświadomiły sobie, że są odpowiedzialne w zasadzie za wszystko, że w podmiejskim świecie wszystkie decyzje należą do nich. To z kolei spowodowało u kobiet silne przekonanie o własnej niezależności i tak rozpoczął się matriarchat. Oczywiście mój opis zupełnie nie zgadza się z opisem feministycznym. Cały paradoks polega na tym, że feministki winą za kondycję kobiet obarczają patriarchat — ojców i mężów. Nie są skłonne uznać matriarchatu za źródło własnej opresji.

Ale chyba nie powie Pan, że mężczyźni na dobre pozbyli się swojej patriarchalnej postawy?

Same postawy patriarchalne były i w pewnym stopniu nadal są obecne. Dziś mężczyźni mogliby nawet — a nie wiem, czy byłoby to możliwe trzydzieści lat temu — założyć Wszechświatową Ligę Wspierania i Umacniania Patriarchatu, wydawać pisma promujące takie postawy; w niektórych państwach może nawet otrzymywaliby dotacje, takie jak, powiedzmy, Kółko Przyjaciół Kostki Rubika. Jednak co z tego, skoro postawy patriarchalne zostały na dobre odseparowane — społecznie i ekonomicznie — od prawdziwych patriarchalnych instytucji, kształtujących patriarchalnego człowieka? Mam tu na myśli przede wszystkim szkolnictwo — obowiązkowe, dość ujednolicone, w zasadzie koedukacyjne — którego kształt jest ściśle związany z omawianym już przeze mnie procesem uprzemysłowienia, w efekcie ograniczającym rolę mężczyzn w cywilizowaniu dzieci.

A więc Pan sam jest również wychowankiem matriarchalnego świata...

Każdy, kto dorastał w Stanach Zjednoczonych, poczynając od końca lat czterdziestych, był wychowywany przez kobiety. Przecież to one — w ponad 90% — stanowią kadrę nauczycielską. Musimy to sobie uświadomić: w typowej amerykańskiej dzielnicy podmiejskiej dziecko budzi się przed siódmą — tatusia już nie ma, mama robi śniadanie, następnie zawozi dziecko do szkoły albo odprowadza na przystanek autobusowy, po południu mamusia odbiera potomstwo, zawozi syna na trening, a córkę na kurs baletowy, pomaga w odrabianiu lekcji zadanych przez panie nauczycielki. To chyba oczywiste, że w takiej sytuacji autorytet ojcowski zostaje poważnie nadszarpnięty.

I wtedy wybuchła wielka rewolucja lat 60., której kulminacją w Europie był rok 1968…

Tak, to prawda, musimy jednak pamiętać, że lata 60., lata burzliwej rewolucji społecznej, nie były przyczyną, lecz właśnie skutkiem takiego stanu rzeczy. Kobiety były zakłopotane z powodu swej nowej roli społecznej, często wręcz bezradne, zwłaszcza gdy nie mogły liczyć na pomoc mężczyzn. Ci ostatni byli wciąż niezbędni do reprodukcji — celowo używam tego technicznego terminu. Mężczyzna miał też przynosić do domu pieniądze, wydawane w gospodarce konsumpcyjnej, niemal w całości nakierowanej na potrzeby kobiet i dzieci: pralki, zmywarki, niezliczone sprzęty gospodarstwa domowego, zabawki, kino, jedzenie… Eksperyment amerykańskich suburbii miał na tradycję wpływ porównywalny jedynie do rewolucji przemysłowej.

Ale przecież kobieta współczesna — również w Stanach Zjednoczonych — to nie tylko pani domu, podejmująca wszystkie istotne decyzje.

To jeszcze nie cały opis. Muszę teraz powiedzieć parę słów na temat kolejnego przełomu w sytuacji kobiet. W 1958 roku pigułka antykoncepcyjna była gotowa do wejścia na rynek. W połowie lat 60. była już powszechnie przepisywana w całych Stanach Zjednoczonych, jak — nie przymierzając — aspiryna. Przed pigułką środki antykoncepcyjne były zarezerwowane dla prostytutek, sprowadzały się bowiem do różnego rodzaju mechanicznych zabezpieczeń i sam fakt ich stosowania posiadał dość jednoznaczną symbolikę czegoś nieczystego, a przynajmniej ściśle związanego z profesją. Tymczasem pigułkę można połknąć jak witaminkę, nie pamiętając nawet, że się ją zażyło. Co więcej, wzięcie pigułki antykoncepcyjnej nie pozostaje nawet w związku czasowym ze współżyciem. To był „idealny” wynalazek dla społeczeństwa amerykańskiego entuzjastycznie nastawionego do wszelkich produktów farmacji. W Ameryce większość dziewcząt jest w zasadzie zmuszana przez matki do stosowania tabletek antykoncepcyjnych na długo przed osiągnięciem poziomu dojrzałości, umożliwiającego podjęcie decyzji o współżyciu.

Trudno się dziwić, że dla wielu z nich dziewictwo to coś w najlepszym razie bardzo anachronicznego.

Ani społecznie, ani ekonomicznie dziewictwo nie ma dziś żadnego znaczenia. Pozostało jedynie znaczenie moralne, na szczęście dla wielu kobiet wciąż istotne. Tymczasem społecznie nie tylko oduczono się postrzegać dziewictwo jako coś pozytywnego, lecz wręcz uważa się je za problem, za synonim niewiedzy o tym, co uchodzi za dowód odpowiedzialności, o podstawowej „cnocie” zabezpieczania się przed poczęciem dziecka. Nie mogę powstrzymać się przed uczynieniem uwagi, że jak w soczewce pojawia się tu problem nowożytnej filozofii, sięgającej do Hobbesa. Ta filozofia nie potrafi odpowiedzieć na pytanie o summum bonum, ale chętnie wskazuje na summum malum. Człowiek nowożytny wie chyba lepiej, jak unikać zła, niż jak podążać za dobrem.

Z Pańskiego opisu wyłania się bardzo pesymistyczny obraz współczesnej kobiety. Jeśli wziąć pod uwagę, że samo społeczeństwo jest w zasadzie matriarchalne czy według innej terminologii sfeminizowane, trudno dostrzec jakieś znaki nadziei…

Same kobiety muszą zdecydować, to one muszą dokonać wyborów. Żadna kultura, w której zdecydowana większość dokonuje niewłaściwych wyborów, w której pewna złowieszcza tendencja wpisuje się w kulturę jako element ją konstytuujący, przekazywany z pokolenia na pokolenie, nie jest podatna na wpływy zewnętrzne, które mogłyby skorygować jej błędy. Ratunkiem jest nawrócenie kultury. Feminizm — rozumiany tutaj bardzo pejoratywnie — jest takim właśnie bardzo powszechnym trendem w kulturze. To nie jest już postawa elit. Pewne wpływy zewnętrzne mogą jedynie spowolnić ten proces, ale uzdrowienie musi przyjść od wewnątrz. Niektóre problemy są jak wirus ebola — tak groźne i drapieżne, że same się wyniszczają. Niestety, obawiam się, że feminizm — tak w Stanach, jak i w spowitej demograficzną zimą Europie — do nich nie należy. Będziemy z nim jeszcze długo żyli. Tylko same kobiety mogą się wyzwolić z feminizmu.

Najczarniejszy z Pańskich scenariuszy nie pozostałby bez wpływu na Kościół. Już dziś podnoszą się głosy domagające się święceń kapłańskich dla kobiet, nierzadko odwołujące się do argumentacji teologicznej.

Argumentów jest bardzo wiele. Najbardziej typowy jest, moim zdaniem, argument wywodzony z zasad demokracji. Powiada się, że skoro kapłan „reprezentuje” Kościół, to odwieczne rozwiązanie, przyznające czynne prawo do reprezentacji jedynie mężczyznom, jest oczywiście niedemokratyczne. Kontrargument jest natomiast ściśle teologiczny: kapłan nie reprezentuje Kościoła, lecz Chrystusa. Głównie protestancka eklezjologia demokratyczna zdaje się jednak utożsamiać vox populivox Dei. Nie jest to jednak argument feministyczny, lecz raczej odwołujący się do popularnego pojmowania demokracji. Feministki mówią, że cielesna różnica między mężczyznami i kobietami nie jest zasadnicza. I wiedzą, co mówią. Już dziś wiele amerykańskich kobiet, zapatrzonych w bezmyślne gwiazdy filmowe, decyduje się na posiadanie dziecka bez udziału mężczyzny. Po prostu idą do banku spermy i biorą „to coś” — to przecież nie jest mężczyzna. W ten sposób tworzy się nowa, wypaczona antropologia, która rezygnuje z pojęcia rodziny i zmierza do maszynowej produkcji materiału ludzkiego, a być może nawet sprowadzenia humanum do maszyny. W takiej sytuacji, gdy mężczyzna staje się zupełnie nieistotny — w konsekwencji zresztą kobieta również — kwestie kapłaństwa i płci przestają być zasadne. Oczywiście ta wizja to najczarniejsze ekstremum, na które wciąż jeszcze nie ma społecznego przyzwolenia, również wśród feministek. Chcę jednak pokazać, że za dyskusją o kapłaństwie kobiet kryje się poważny problem antropologiczny.

Czy w takim razie jest się o co spierać?

Chyba tak, bo chociaż z antropologią nie jest jeszcze aż tak źle, to problem kapłaństwa dotyka sfery liturgii, zwłaszcza w latach posoborowych i w świecie anglojęzycznym. Mam wrażenie, że wielu księży w moim kraju nie wie, co kapłan powinien robić. Akcent w liturgii został przeniesiony z ofiary na ucztę. Dlatego kapłan zastawia stół, niemal jak matka — a więc kobieta — i gromadzi wokół niego dzieci. W naszej kulturze to właśnie matka zbiera wszystkich przy posiłku. Kapłan powinien więc skupić się na swej własnej tożsamości, która jest przecież w fundamentalny sposób określona przez jego męskość. Jeśli sfeminizujemy kapłaństwo — sfeminizujemy praktycznie cały Kościół. Nigdy nie brakło w Nim obecności kobiety, równoważącej pierwiastek męski. Kościół opisywany był, na wzór Izraela, jako oblubienica, żyzna ziemia, winnica, owocująca dzięki Panu. W katolicyzmie kobieta jest szczególnie uczczona w kulcie Matki Bożej. Już dzisiaj wydaje się, że wśród praktykujących wiernych dominują kobiety. Boję się, by mężczyźni nie zaczęli szukać dla siebie innych przestrzeni, poruszających ich serca i dusze. A przecież dla człowieka, dla kobiety i dla mężczyzny, nie ma lepszego miejsca niż Kościół…

Kobieta wyzwolona… z feminizmu
Russell Hittinger

urodzony 27 lipca 1949 r. – członek American Enterprise Institute, wykładał m.in. na uniwersytetach Princeton, Fordham i w Nowym Jorku, obecnie jest profesorem prawa i studiów katolickich na Uniwersytecie w Tulsie, specjalistą w dziedzinie politologii i prawa naturalnego, la...

Kobieta wyzwolona… z feminizmu
Maciej Dybowski

urodzony w 1977 r. – absolwent prawa UAM, publikował w „Czasie Kultury", współpracował z „Azymutem", „W drodze”....