Kiedy z nieba zstępuje anarchia

Kiedy z nieba zstępuje anarchia

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Jana

0 opinie
Wyczyść

Św. Tomasz z Akwinu napisał w Summie teologicznej, że wszechmoc Boga objawia się szczególnie poprzez miłosierdzie. Jak to? Nie poprzez stworzenie świata, boską mądrość, sprawiedliwość, nie poprzez wskrzeszanie umarłych i uzdrawianie trędowatych? Nie poprzez cud w Kanie Galilejskiej, nie przez rozmnożenie chleba i ryb, nie przez uciszenie burzy?

Pewien człowiek doznał kiedyś krzywdy, która z czasem stała się jego najdroższym skarbem. Rozdrapuje więc swą ranę, aby przez przypadek się nie zabliźniła albo w ogóle nie znikła.

— Przebacz i zobaczysz, jaką poczujesz ulgę — poradziłem mu kiedyś.

— Nigdy. Są rzeczy, których nigdy nie można przebaczyć.

— Nie ma takich spraw. Tylko nam wyobraźni nie starcza. Słyszałeś coś o Faustynie Kowalskiej? To była zakonnica, której Pan Jezus powiedział, że Jego miłosierdzie nie ma granic i że im większy grzesznik, tym większe ma prawo do miłosierdzia.

— Nie słyszałem o niej, ale dla mnie to bez sensu.

Nie potrafię z moim znajomym rozmawiać o Faustynie. Kiedy spotykam się z nim, próbuję mu opowiedzieć o miłosierdziu. Nie mówię mu jednak, że to jest najważniejszy przymiot Pana Boga. Tłumaczę mu, że to tlen, bez którego człowiek się dusi.

* * *

Miałem pisać o Faustynie. Wkrótce zostanie kanonizowana. Niezliczone rzesze pielgrzymów udadzą się do Rzymu oraz sanktuariów miłosierdzia. Pojawią się o niej dziesiątki artykułów i kilka książek. Ale ona jest taką dziwną świętą, że najwięcej dobra robi się dla niej, gdy wcale nie o niej się pisze, tylko o miłosierdziu, któremu oddała życie. Tak stwierdził ojciec Jacek Woroniecki krótko po jej śmierci i to jest aktualne do dziś. Poza tym o czymkolwiek piszę, zawsze uciekam gdzieś na boki. Moja polonistka dawała mi kiepskie stopnie za wypracowania, argumentując, że choć nie są najgorsze, to — nie na temat. I nigdy się już nie poprawiłem w tym względzie.

Mam jednak pewne usprawiedliwienie. Wszystko, co piszę, nie jest może o Faustynie, ale przez nią. Moja wrażliwość na sprawę miłosierdzia została rozbudzona dzięki „spotkaniu z nią” i z jej dzienniczkiem. Ukształtowała moją wyobraźnię. Na nowo wracam do lektur, w których kiedyś nie dostrzegałem pokładów mądrości miłosierdzia. Całe moje życie wydaje się odtąd mieć swój sens, gdy myślę o nim poprzez pryzmat miłosierdzia.

Nędznicy

Dlaczego miłosierdzie okazane jednemu człowiekowi staje się przyczyną jego odrodzenia i duchowej przemiany, a w przypadku drugiego może sprawić, że świat mu się rozpadnie? Ta myśl przenika Nędzników Wiktora Hugo, jedną z najpiękniejszych książek o miłosierdziu. Powieść powstała w roku 1862, prawie 70 lat przed powierzeniem posłannictwa miłosierdzia Faustynie. Kiedyś podzieliłem się swoją fascynacją ze znajomym i usłyszałem: „To pan się zachwyca tym bezbożnikiem?”. Nie wiem, czy był bezbożnikiem, ale napisał niezwykle głęboką rzecz o miłosierdziu. Tak już jest, że Pan Bóg swoje największe prawdy powierza nie tylko prostaczkom, ale i ludziom niezbyt pobożnym, czy wręcza takim, którzy w Niego nie wierzą. Dlaczego Bułat Okudżawa, który uważał się za ateistę, napisał cudowną Modlitwę François Villona i ludzie, śpiewając ją, rozmawiają z Bogiem? „Dopóki ziemia kręci się, dopóki jest tak, czy siak / Panie, ofiaruj każdemu z nas, czego mu w życiu brak”. Pamiętam, że kiedy Władysławowi Tatarkiewiczowi gratulowano traktatu O doskonałości, twierdząc, że tylko jego umysł był zdolny do napisania tego dzieła, odparł skromnie, że człowiek zna się najlepiej na tym, czego sam nie posiada. A kto najbardziej potrzebuje miłosierdzia? Może najwięcej mają o nim do powiedzenia grzesznicy. I to określona grupa.

Wróćmy jednak do Nędzników. Galernik Jan Valjean okrada swego dobroczyńcę, biskupa Myriela. Czyni to, korzystając z jego gościny, której każdy inny mu odmawiał ze względu na jego więzienne znamię. Biskup wpuszcza go do swego domu, bo na jego drzwiach nie jest napisane: „Jak się nazywasz?”, tylko: „Co ci dolega?”. A Janowi dolegał głód, zmęczenie, poniżenie, odrzucenie. Niestety, biedak ten, zamroczony jakimś galerniczym instynktem, kradnie biskupowi srebrne sztućce. Człowiek podobno przed swym nawróceniem popełnia czyny niegodziwe, do których nie jest już wewnętrznie zdolny. To właśnie uczynił Jan. Łapią go żandarmi i wkrótce przyprowadzają do biskupa. I wówczas staje się to, co odmienia życie Valjeana. Biskup nie tylko nie potwierdza kradzieży — mówiąc, że sztućce naszemu bohaterowi ofiarował — ale jeszcze dodaje osłupiałemu nieszczęśnikowi srebrne lichtarze. W duchu za kradzież nie obwinia Jana, tylko siebie, „bo trzymał rzeczy, które należały się ubogim”. Niepojęta dobroć i przebaczenie biskupa przemieniają galernika w człowieka owładniętego pragnieniem czynienia dobra. Jest też w powieści bohater będący odbiciem Valjeana w krzywym zwierciadle. Inspektor Javert. To nieugięty stróż prawa. Jego jedynym powołaniem było zaprowadzanie sprawiedliwości na padole występku. Gardził, brzydził się wszystkim, co choćby raz przekroczyło legalny próg złego. „Czuł religijne poszanowanie dla swego urzędu i był szpiclem, tak jak się jest kapłanem. Biada temu, kto wpadłby w jego ręce! Aresztowałby rodzonego ojca, uciekającego z galer, zadenuncjowałby matkę, gdyby zbiegła z więzienia”. Dobry galernik — to pojęcie, które burzyło mu obraz świata. Valjean przemienia swe życie, staje się nie tylko dobrym, ale i bogatym człowiekiem, pomagającym każdemu, kto jest w potrzebie. Zostaje nawet merem miasteczka. Javert jednak ściga i prześladuje go bezustannie. Valjean przebacza mu parokrotnie, a w końcu ratuje mu życie na barykadach Paryża, w chwili gdy ten właśnie go tropi. I wówczas Javert traci wiarę w sens swojej świętej służby. A w nic innego nie wierzył. Nie chce przyjmować przebaczenia od przeistoczonego zbrodniarza. Nie wierzył w przemianę zła w dobro. A Valjean swoją przeklętą miłością i dobrocią obrócił jego uporządkowany świat w ruinę. „Dobroczynny złoczyńca, łagodny i zawsze gotowy nieść pomoc, galernik o ludzkim sercu, który odpłacał dobrem za zło, przebaczeniem za nienawiść, przedkładał litość nad zemstę, własną zgubę nad zgubę wroga, ocalał własnego oprawcę i klęczał na szczycie cnoty, bliższy aniołom niż ludziom! Javert zmuszony był wyznać sobie, że taki potwór istnieje”. Woli wybrać śmierć niż żyć pod nowym słońcem nieznanej mu etyki, w świecie przeistoczonych bandytów. Cóż ma robić on, stróż prawa, kiedy prawo karne, prawomocny wyrok, całe sądownictwo, powaga ustawodawstwa — te różne dogmaty, na których opiera się ład społeczny, sprawiedliwość, idea społeczeństwa — wszystko obraca się w ruiny, gruzy, chaos, kiedy z nieba zstępuje anarchia?

 Javert jest postacią literacką, ale nie oznacza to, że po świecie nie chodzi tysiące Javertów. Znam ich osobiście, choć może ich dzieje nie są aż tak dramatyczne. Zamiast ich opisywać, skorzystałem z doskonałej maski Wiktora Hugo. Dokument bowiem wyrządza krzywdę, słowo rani, o czym wielokrotnie się przekonałem.

Doskonała intuicja pisarza albo obserwacja. Cóż, że był bezbożnikiem, jak twierdzi mój rozmówca?

Połóż mnie na paszczę piekła

Pereat mundus, fiat iustitia, „Niech zginie świat, byleby sprawiedliwości stało się zadość” — brzmi słynne powiedzenie. Jest jeszcze jego inna wersja: „Niech zginie świat, bylebym mógł się zemścić”. Właściwie niczym się nie różnią. Dążenie do sprawiedliwości „po trupach” oznacza zemstę. Zemsta staje się najwyższą wartością, godnością człowieczą. Sączy się z niej nienawiść sięgająca za grób. Są ludzie, którzy woleliby nie znaleźć się w niebie, gdyby mieli tam przebywać z pogardzanym przez siebie człowiekiem. Nienawiść, zemsta — sprawy droższe sercu niż szczęście wiekuiste. Piekło to niebo, zdające się istnieć po to, by niektórzy ludzie owładnięci wiekuistą nienawiścią mogli być na zawsze szczęśliwi z tego powodu, że znaleźli się tam ich wrogowie. Prawo miłosierdzia, które odbiera im pewność, że tak się stanie, jest dla nich obłędem. „Przeklęte miłosierdzie” — woła bohater opowiastki C. S. Lewisa, gdy w przedsionku nieba dowiaduje się, że jego towarzyszem ma być zbrodniarz, którym pogardzał za życia.

„Zemsta jest rozkoszą bogów, a co dopiero ludzi” to powiedzenie głupie i kłamliwe. Zemsta nie daje żadnej satysfakcji. Oczywiście pod warunkiem, że ktoś nie zdeprawował swego człowieczeństwa.

Można zupełnie inaczej, gdzie indziej szukać rozkoszy. Tak jak zastępy miłosiernych świętych, których jedynym pragnieniem było ratowanie grzeszników. Izaak z Niniwy, Katarzyna ze Sieny, Teresa z Lisieux, Faustyna i wielu innych.

„Jeśli Twoja prawda i sprawiedliwość zgodzą się na to — modliła się św. Katarzyna — chciałabym zupełnego zniszczenia piekła albo przynajmniej, żeby żadna dusza tam się więcej nie dostała. A najbardziej bym się cieszyła, gdybyś położył mnie na paszczę piekła, żeby ją zamknąć i żeby nikt więcej tam się nie dostał. Bo w ten sposób wszyscy byliby zbawieni”.

 A co zrobiła Faustyna? Złożyła ofiarę, przyjmując na siebie wszystkie cierpienia, lęki i trwogi, jakimi są napełnieni grzesznicy. W zamian oddała im wszystkie pociechy, jakie miała w duszy, płynące z obcowania z Bogiem. Oddać zasłużoną słodycz za cudze plugastwo? W imię czego? Czyż nie jest się dobrym po to, żeby uzyskać szczęście i to szczęście wieczne?

Pewnego dnia Pan Jezus powiedział do Faustyny: „Córko moja, jeżeli chcesz, stworzę w tej chwili nowy świat, piękniejszy od tego, a resztę dni w nim przeżyjesz”. Czyż to nie pokusa większa niż szatana na pustyni? Tam szatan ofiarowywał marność Bogu, a tu sam Bóg daje człowiekowi świat szczęśliwy i życie szczęśliwe. Żadnego ryzyka. A jednak Faustyna nie godzi się na to i odpowiada: „Nie chcę żadnych światów, ja pragnę Ciebie, Jezu, pragnę Cię kochać taką miłością, jaką Ty mnie kochasz…” (Dzienniczek 587). Przecież wiedziała, że ta miłość oznacza przyjęcie na siebie nędzy nie swoich grzechów, cierpień i lęków.

Co jest osią świata?

Zemsta i miłosierdzie. Czy świat ma dwa bieguny, wokół których się kręci? Co jest naprawdę jego osią? Wobec otchłani ludzkiego zła nasza miłosierna wyobraźnia zamiera. Człowiek nie jest niekiedy w stanie pojąć otaczającego go zła. Nie ma sensu dawać jego przykładów. Wystarczy włączyć wieczorne „Wiadomości”. Skoro więc zła nie może zrozumieć, to jak ma pojąć, że wszelkie ludzkie winy są jak garstka piasku wrzucona w ocean Bożego miłosierdzia. A tak powiada Izaak z Niniwy.

Św. Tomasz z Akwinu napisał w Summie teologicznej, że wszechmoc Boga objawia się szczególnie poprzez miłosierdzie. Jak to? Nie poprzez stworzenie świata, boską mądrość, sprawiedliwość, nie poprzez wskrzeszanie umarłych i uzdrawianie trędowatych? Nie poprzez cud w Kanie Galilejskiej, nie przez rozmnożenie chleba i ryb, nie przez uciszenie burzy?

Zraniony Uzdrowiciel

Miłosierdzie jest tajemnicą. Miłosierdzie jest reakcją Boga na upadek człowieka. Tego właśnie uczy nas Faustyna. Zdroje miłosierdzia, symbolizowane przez dwa promienie — czerwony i blady — wypłynęły z serca Jezusowego dokładnie w chwili, gdy przebiła je włócznia. Odpowiedzią Boga na największy do wyobrażenia grzech, grzech bogobójstwa, jest miłosierdzie — natychmiastowe, bez żadnych negocjacji. Tam, gdzie pada cios, z rany wyrasta kwiat. Rana nie musiała się zabliźnić. Chrystus — jak pisze Henri Nouwen — to „Zraniony Uzdrowiciel”. Przemienia swoje rany w uzdrawiające źródła mocy. Nouwen przytacza starą legendę z Talmudu ukazującą, jak można rozpoznać Mesjasza.

Pewnego razu rabbi Jeszua ben Lewi spotkał proroka Eliasza stojącego w wejściu do piwnicy rabbiego Simeona ben Joaha…
Zapytał Eliasza:
— Kiedy przyjdzie Mesjasz?
Eliasz odparł:
— Idź i sam zapytaj.
— Gdzie on jest?
— Siedzi u bram miasta.
— Po czym go poznam?
— Siedzi pośród biedaków pokrytych ranami. Inni odsłaniają wszystkie swoje rany, po czym bandażują je z powrotem. On natomiast odsłania po jednej ranie i zaraz ją zawija, mówiąc do siebie: „Może będę potrzebny: jeśli tak, muszę być zawsze gotowy, aby nie przegapić chwili”.

Mesjaszowi własna rana nie przeszkadza opatrywać ran bliźnich. Zajmuje się nią tak, aby nie przegapić chwili. Wznieść się ponad swoje rany i opatrzyć rany bliźniego, choćby był katem i oprawcą. Czy na tym polega wszechmoc? Miłosierdzie Boga?

Niepojęte miłosierdzie. Wszechmocne miłosierdzie. A przecież byli tacy, którzy z tej wszechmocy zaczerpnęli. Pewnie niewielu. Byli święci. Kiedy porzucamy chęć zemsty — jakkolwiek ta zemsta by się nazywała i przejawiała — i chcemy położyć się na paszczy piekła, wtedy doznajemy przebóstwienia i mamy udział we wszechmocy Boga.

Rozkoszą Boga nie jest zemsta, ale miłosierdzie.

Co mamy do wybaczenia

Pamiętam moje rozmowy o wybaczeniu, jakie miałem z Romanem Brandstaetterem. Jego rodzice zginęli w Treblince. Pytałem go kiedyś, co myśli o apokatastazie, czyli o powszechnym zbawieniu. Powiedział mi, że on nie może uwierzyć w zbawienie Hitlera i innych zbrodniarzy, tym bardziej, jeśli nie wykazali żadnej skruchy. A potem zapytał, czy znam jego wiersz W Hamburgu. Brandstaetter był człowiekiem, który nosił w sobie i sławił dziesiątki sprzeczności. Pisanie dla niego oznaczało „porządkować sumienie”. I myślę, że przezwyciężać to, czego nie dało się przewalczyć w życiu. Przewalczyć sprzeczności.

W Hamburgu

(…)
Mam wiele wspomnień
Do ofiarowania,
Wiele.

Wspomnienie o zabitym uśmiechu
Mojej matki
Ofiaruję Bogu.

Wspomnienie o złotym piórze
Mojego przyjaciela
Rozstrzelanego pod Wilnem
Ofiaruję
Wiecznym gołębiom.

Wspomnienie o moim domu
Zburzonym do fundamentów
Ofiarowuję
Mojej ziemi ojczystej.

W hamburski dzień,
W morskim powietrzu
Chodzę po kawiarniach,
Sklepach
I teatrach.

I przebaczam.

Temu siwemu panu,
Siedzącemu w kawiarni
I pijącemu spokojnie kawę,
Przebaczam
Śmierć moich rodziców.

Temu właścicielowi
Sklepu tytoniowego,
Który sprzedał mi fajkę,
Przebaczam
Śmierć moich przyjaciół.

Temu portierowi teatralnemu,
U którego kupiłem program,
Przebaczam ruiny mojego domu.

Jeżeli jednak jesteś niewinny,
Przebacz mojej nieufności
I mojemu smutkowi,
I mojemu garbowi,
Siwy panie siedzący w kawiarni,
Właścicielu sklepu tytoniowego,
Portierze teatralny.

Jeżeli jednak zabiłeś uśmiech mojej matki,
Jeżeli zamęczyłeś mojego ojca,
Jeżeli zastrzeliłeś mojego przyjaciela,
Jeżeli zburzyłeś mój dom,
Niech krew moich najbliższych
I mojego domu
Nie spadnie na ciebie
I na dzieci twoje.

Niech na nikogo
Nie spadnie.

Na nikogo.

Każdemu z nas różne rzeczy wybaczono i wszyscy mamy różne rzeczy do wybaczenia bliźnim. Od największych dramatów po drobiazgi dnia codziennego, które mogą jednak obudzić w człowieku potwora. Dzisiaj, pisząc ten tekst, usłyszałem historię z sąsiedztwa, która mnie zatrwożyła. Otóż pewien zamożny człowiek zakupił niezwykle drogi materiał na kominek do salonu. Jego postawienie powierzył zdunowi, który, niestety, nie zaspokoił jego wyobrażeń o perfekcji i krótko mówiąc, spartaczył robotę. Niezadowolony pracodawca nasłał więc swoich ludzi na owego partacza, aby kijami nauczyli go rzemiosła. Człowiek leży w szpitalu. Czy ów marny fachowiec wybaczy kiedyś perfekcjoniście, który nie wybaczył mu brakoróbstwa?

Może ktoś się zdziwi, że w tekście, który pierwotnie miał być o Faustynie, piszę o zdarzeniu nadającym się raczej do raportów policyjnych.

No cóż, nie zamierzałem tego. Historia ta wdarła się do mego życia i poruszyła mnie nie tylko z powodu widocznej gołym okiem ohydy, biedy i prymitywizmu jej bohaterów. Odkrywam w tym przypowieść o powierzaniu roboty osobom niekompetentnym.

Partacze Bożego miłosierdzia

Pan Jezus przypomniał światu o swoim największym przymiocie — zdawałoby się wedle obowiązujących dziś norm — przez osoby niekompetentne. Sekretarką Miłosierdzia uczynił dziewczynę, która ukończyła zaledwie trzy klasy wiejskiej szkoły podstawowej. Kto dzisiaj taką zatrudnia sekretarkę? Namalowanie swego miłosiernego wizerunku powierzył Eugeniuszowi Kazimirowskiemu, malarzowi wykształconemu, ale co tu dużo mówić, nie pierwszej kategorii. A nad wszystkim kuratelę miał sprawować ksiądz Michał Sopoćko. „Jego serce jest Mi niebem na ziemi” — powiedział Faustynie Pan Jezus i kazał „przenosić zdanie jego nad wszystkie żądania Swoje”. Ksiądz Michał był pobożnym, mądrym profesorem wileńskiego seminarium, ale przecież władze kościelne nie za bardzo się z nim liczyły. Nikt jego żądań ani próśb nie traktował na serio. Stolica Apostolska kazała prymasowi Wyszyńskiemu udzielić mu gravissimum monitum, najwyższego napomnienia za jego wysiłki w szerzeniu kultu. Dlaczego? „Tak postępuję z nim na świadectwo, że dzieło to Moim jest… Nie za pomyślność w pracy, ale za cierpienie nagradzam” (Dzienniczek 378).

Jak wywiązał się ze swego dzieła Święty Duet? Siostra Faustyna i ksiądz Michał za życia nie doczekali się owoców swego posłannictwa. Kiedy 25 lat temu umierał ksiądz Michał, nadal obowiązywała notyfikacja, czyli zakaz kultu miłosierdzia według objawienia Faustyny. „Pan Bóg — jak to zapisała Sekretarka Miłosierdzia — w niezbadanych wyrokach Swoich nieraz dopuszcza, że ci, co największe wysiłki podjęli w jakimś dziele, najczęściej owocem dzieła tego nie cieszą się tu na ziemi, całą ich radość zachowuje Bóg na wieczność” (Dzienniczek 1402). Faustyna została świętą. Ksiądz Michał prawdopodobnie zostanie wkrótce błogosławionym. Otrzymali za swe trudy wieniec laurowy, choć byli „niekompetentni” i uciekali z początku od powierzonego im przez Boga posłannictwa, twierdząc, że są do niego niezdolni.

Tak naprawdę Pan Jezus powierzył dzieło miłosierdzia nam wszystkim. Co z nami? Czy nie spartaczymy tego dzieła, nie zmarnujemy drogocennego materiału? Pan Bóg powierzył nas sobie nawzajem w naszym fizycznym i duchowym kalectwie i słabości. Muszę tu wyznać coś najbardziej bolesnego i wstydliwego w tej wspomnianej historii o budowaniu kominka w salonie. Odnajduję w sobie jednocześnie zduna partacza i perfekcjonistę, który kazał go obić. Tak się złożyło, że i ja w ostatnim czasie powierzyłem komuś pracę i cenny budulec. I też go zmarnował. Miał zrobić coś, co miało mnie cieszyć, w co włożyłem moje oszczędności, a mówiąc ściślej, zapożyczyłem się w tym celu. Niestety. Nie była to mistrzowska robota. Parę dni patrzyłem na to z boleścią i nie mogłem się pogodzić. Nie obiłem fachowca kijami, ale pewnie moje słowa — choć wypowiadane z kulturą — również były dla niego bolesne. Jeden kijem, drugi słowem. Tym, czym potrafi najlepiej. Miałem pisać o miłosierdziu, a pochłaniały mnie bzdury, „fatałaszki” — jakby to powiedziała Faustyna. W końcu podniosła mnie na duchu, oprócz wszystkich „miłosiernych” przemyśleń i rozmów z żoną, informacja o amerykańskiej sekcie religijnej, amiszach. Jej członkowie na produkowanych przez siebie kołdrach naszywają łatki, psując celowo doskonałość wyrobu, a to po to, by pamiętać, że doskonała może być tylko praca Ducha.

Tak, tak budzi się nieraz w człowieku to dążenie do chorobliwej i śmiesznej perfekcji, jakby miało ono pokryć jego partactwo na znacznie ważniejszym obszarze.

Może to i dobrze?

Przed dwoma laty napisałem książkę o Bożym miłosierdziu, zatytułowaną Każda dusza to inny świat. Miała być to pierwotnie historia zgromadzenia Sióstr Jezusa Miłosiernego potocznie zwanego faustynkami, które założył wedle wizji Faustyny ksiądz Michał Sopoćko. Chyba jednak więcej niż zakonnicom poświęciłem w niej miejsca grzesznikom, tej całej klienteli Bożego miłosierdzia, dzieciom marnotrawnym powracającym z odległej krainy do domu Ojca. Oni byli najważniejsi. Dla nich to wszystko się stało. To ich przecież przyszedł leczyć Pan Jezus. Dla nich kazał założyć Faustynie to zgromadzenie.

Sopoćko napisał do pierwszych faustynek, że Bóg chce postawić je wśród „grzeszników, ateuszów, obojętnych, schizmatyków, opuszczonych, wśród pogan, wśród chorych i więźniów, bezdomnych, sierot, wśród rozpaczających”. Jednym słowem wobec tej całej ludzkiej biedy, w obliczu której nikt nie jest kompetentny i przygotowany. Charyzmatem tego zgromadzenia jest podejmowanie dzieł, które przerastają jego siły. Codziennie siostry muszą próbować zastąpić ojca, matkę, dom, szpital, słońce, lekarstwo, jedzenie. Jak to zrobić?

Pewnego dnia, dzwoniąc do sióstr, usłyszałem w słuchawce płaczące dziecko. Sytuacja ta się powtarzała. Dosyć to było dziwne. Skąd w Domu Generalnym dzieci? Zagadnięta zakonnica opowiedziała mi historię kilkunastoletniej matki przygarniętej przez nie przed rozwiązaniem. Faustynki nie prowadzą domu samotnej matki, ale przecież przypadek ten mieścił się generalnie w ich dziele. Po przyjściu dziecka na świat musiały zająć się nie tylko jego wychowaniem, ale i wychowaniem mamy. Posłały ją na kursy, by nauczyła się zawodu, a same zajęły się maleństwem. Siostra, relacjonując mi tę sprawę, załamuje ręce i powiada. „Panie, Janie, my to przeżyjemy, ale to biedne dziecko? Często przychodzi nam je zabierać na Koronkę i ono, zamiast oswoić się najpierw ze słowami «tata», «mama», słyszy: «Dla Jego bolesnej męki miej miłosierdzie dla nas i całego świata»”.

Niby siostra ma rację, ale może to dobrze, że pierwszym słowem, jakie pozna dziecko, będzie miłosierdzie? Ma co wybaczyć całemu światu.

Niech słońce nie zachodzi nad waszym gniewem

Jesteśmy nędznikami. Jesteśmy słabi i kulawi. Codziennie zadajemy sobie rany, których nie potrafimy potem uleczyć. Nosimy nasze krzywdy jak najdrogocenniejsze klejnoty i nie chcemy się ich pozbyć. Wolimy posiadać tę uprzywilejowaną „kartę inwalidzką” niż odzyskać zdrowie. Gerald Jampolsky, psychoterapeuta amerykański, stwierdził, że źródłem większości naszych chorób jest nieuświadomiony nawet gniew i urazy, jakie nosimy w sobie wobec bliźnich i samych siebie. Przebaczając, doznajemy cudownego ozdrowienia. Gerald Jampolsky pozakładał na całym świecie ośrodki, w których terapia opiera się na przebaczeniu. W jego książce Przebaczenie znalazłem historię, która dość odbiega w nastroju od moich dotychczasowych rozważań. Opowiada ona o plemieniu Babemba w Afryce Południowej. Otóż, jeśli znajdzie się w nim ktoś, kto postąpi niewłaściwie i nieodpowiedzialnie, umieszcza się go w kręgu pośrodku wioski. Wszyscy jej mieszkańcy przerywają pracę i zbierają się wokół oskarżonej osoby. Potem każdy po kolei zaczyna jej opowiadać o wszystkich dobrych rzeczach, które zrobiła ona w ciągu swego życia. Przypominają wszystkie jej pozytywne przymioty, dobre uczynki. Nikomu nie wolno przesadzać. Ceremonia trwa, dopóki każdy mieszkaniec wioski nie wypowie się o tym, jak ceni sobie tę osobę jako członka wspólnoty. W końcu plemię zrywa krąg i następuje radosne świętowanie, a osoba wraca do wspólnoty. Ceremonia ta obrazuje, że zjednoczenie i przebaczenie zyskuje się tylko, patrząc oczami miłości. Historia tak cudowna, że aż wydaje mi się niemożliwa. Ale w Afryce różne dziwy się dzieją. Muszę zapytać mojego przyjaciela, ojca Jarka Różańskiego, rozmiłowanego w Afryce, czy coś o tym słyszał.

* * *

Jedno wiem. Bez miłosierdzia wszystko zamiera. Bez miłosierdzia świat musiałby przestać istnieć. Albo jest światło miłosierdzia, albo ciemność chorej sprawiedliwości. Ciemności zemsty. Tak jak na obrazie Miłosierdzia Eugeniusza Kazimirowskiego z Wilna. Jeżeli usunąć z niego Chrystusa, pozostaje ciemna pustka. Co z tego, że sprawiedliwości stałoby się zadość, gdyby świat przestał istnieć?

Każdy dzień jest więc gigantyczną próbą, by nad naszym gniewem nie zachodziło słońce. Jeśli chcemy wpływać na bieg planet, musimy mieć udział we wszechmocy Boga. Dlatego módlmy się, dopóki ziemia kręci się —

Aby nie zagasło słońce.

Aby krew naszych krzywd nie spadła na nikogo.

Kiedy z nieba zstępuje anarchia
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”.Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze