wnuczka obejmująca babcię za szyję
fot. Ekaterina Shakharova / Unsplash
Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 opinie
Wyczyść

Wszedłem do pokoju, uklęknąłem przy łóżku i się rozpłakałem. Mama mnie objęła. Równie spektakularnie, co nieodwołalnie kończyło się dzieciństwo.

Zwyczajny listopadowy piątek, tyle że trzynastego. W redakcji, w której pracowałem, zapowiadał się wyjątkowo spokojny dzień – zbliżał się weekend, wszyscy zaczynali już zwalniać. W tle cicho grało radio. Tuż przed godziną 13.00 zadzwonił do mnie tata. Usłyszałem w słuchawce, jak bierze głęboki oddech i tym tonem, który nie wróży niczego dobrego, powiedział: – Wiesz, babcia coś się pochorowała. Jeszcze rano wszystko było w porządku, ale od jakiegoś czasu wciąż rośnie jej gorączka. Teraz ma już prawie 40 stopni i nie mówi, nie reaguje na nas. Czekamy na lekarza.

* * *

Babcia miała już 97 lat, urodziła ośmioro dzieci, doczekała się dwudziestu jeden wnuków i trzydziestu dwóch prawnuków; przeżyła śmierć męża, czwórki dzieci, wnuczki i prawnuka. Miała za sobą całe życie: niełatwe, ale też w jakiś fascynujący sposób spełnione, oparte na dwóch niewzruszonych fundamentach – wierze w Boga i rodzinie.

To życie toczyło się spokojnym, pełnym ufności rytmem codziennych różańców i kilkudziesięciu odmawianych każdego dnia litanii. Do samego końca babcia modliła się o umiejętność godzenia się z wolą Bożą. A Bóg wysłuchiwał babcinych modlitw. To nam w ostatnim czasie imponowało chyba najbardziej – pełne szczerej ufności i wiary „Niech się dzieje wola Twoja”, wypowiadane w trakcie dramatycznych prób wytrzymałości człowieka na cierpienie, na utratę, na ból.

Rodzina, ta anachronicznie olbrzymia rodzina, która ze względu na swoją liczebność wszelkie jubileusze obchodzić musiała w remizie Ochotniczej Straży Pożarnej, zawsze była blisko babci. Ona zaś pamiętała o każdym, przygotowując co roku na Boże Narodzenie ponad 80 świątecznych paczek z prezentami.

Zbieraliśmy się wokół niej, żeby relacjonować ostatnie wydarzenia, rozmawiać czy po prostu – co tak bardzo lubiła – grać w karty. A przede wszystkim słuchać. Bo zachwycały nas historie. Mnóstwo historii, nieustannie powtarzanych – nam czy gościom, odwiedzającym nasz dom. O tym, jak tuż po ślubie pojechała na tydzień z mężem do Częstochowy, by prosić o błogosławieństwo na nową drogę życia. O tym, jak w czasie wojny umierała jej córka, a babcia usłyszała wewnętrzny głos: „Chcesz, żeby mąż wrócił z wojny, czy żeby to dziecko przeżyło”. I zaczęła się modlić: „Niech się dzieje wola Twoja”. O tym, jak radziecki żołnierz z niedowierzaniem powtarzał: „Dziękujcie swojemu Bogu”, widząc bombę, która nie wybuchając, spadła obok uciekającej z małymi dziećmi babci. O tym, jak funkcjonariusze UB plądrowali mieszkanie, szukając kościelnego sztandaru – dzieci płakały, starsi domownicy się modlili, rewizja się nie udała, a sztandar leżał na szafie. O tym, jak pożyczyła komuś będącemu w potrzebie ostatnie pieniądze – i jeszcze tego samego dnia przyjechał z pracy dziadek, radośnie oznajmiając, że dostał nieoczekiwaną premię. O tym, że nigdy nie zasnęła pokłócona z dziadkiem – jeśli coś było nie tak, przed snem przypominali sobie słowa z Listu do Efezjan: „Niech nad waszym gniewem nie zachodzi słońce”.

Kiwaliśmy głowami z niedowierzaniem.

* * *

Zadzwoniłem do mamy. Z całą delikatnością, na jaką było mnie stać, zapytałem, czy chce, żebym przyjechał. – Przyjedź, jeśli możesz – usłyszałem.

Miałem do przejechania nieco ponad 50 kilometrów. Zacząłem pakować swoje rzeczy. Pożegnałem się standardowym „miłego weekendu” i zbiegłem na parking. Zdążyłem jedynie otworzyć drzwi do samochodu, kiedy po raz kolejny zadzwonił tata. Usłyszałem, że płacze. Chyba tylko po to, żeby coś powiedzieć, zapytałem: – Zmarła?

Kilka kółek wokół samochodu. Krążenie bezwładnym, bezsilnym ciałem wokół auta. Papieros. Pierwsza myśl – muszę się z kimś tym podzielić. SMS do E.: „Babcia mi zmarła”.

Pojechałem do swojego mieszkania. Poczucie nierzeczywistości. Świat faktycznie oddala się w takim momencie. Wyjąłem z szuflady niedawno zrobione zdjęcie babci. Nerwowe wrzucanie rzeczy do torby. W kuchni na stole paczka ciastek, które jeszcze przedwczoraj wpychała mi na drogę. – Weź, synku, przido ci się, bydziesz mioł do kawy.

* * *

Godzinna podróż. Wszedłem do domu. Wszędzie półmrok, żadnego zapalonego światła. W tych ciemnościach siedziała już zjeżdżająca się z bliższych i dalszych okolic rodzina. Ktoś mnie poprosił, bym na razie nie wchodził dalej – w pokoju babci jej córki myły ją i ubierały w uroczysty strój.

Krążyłem bez sensu po domu. Nie chciałem z nikim rozmawiać. Czekałem.

Nie pamiętam dokładnie, kto mnie zawołał. Wszedłem do pokoju, uklęknąłem przy łóżku i się rozpłakałem. Mama mnie objęła. Równie spektakularnie, co nieodwołalnie kończyło się dzieciństwo. Chwilę to trwało. Jak długo? Nie mam pojęcia.

Zostałem w pokoju, wpatrywałem się w babcię, w jej ciało, wciąż jeszcze absolutnie takie samo, głaskałem jej włosy. Objąłem ją w identyczny sposób, w jaki zawsze to robiłem. Było jak zwykle. To mnie uspokoiło.

Wyszedłem. Jakieś rozmowy, przedstawianie po raz kolejny okoliczności śmierci. Zawsze pełen sceptycyzmu i ironii tata z przejęciem opowiadał o ostatnich chwilach. – Odwróciła głowę w stronę tych swoich dwóch wielkich obrazów nad łóżkiem – Serca Jezusowego i Matki Bożej – i tak szeroko otworzyła oczy, zaczęła się tak intensywnie wpatrywać, jakby zatapiać w tych obrazach. Mama szepnęła tylko – babcia chyba umiera… A później oderwała wzrok od obrazów, spojrzała jeszcze raz na nas, na cudownym zbiegiem okoliczności zebrane wokół jej łóżka trzy córki i zamknęła oczy…

Niedługo potem dotarł w końcu lekarz i stwierdził zgon. Uklęknął, pomodlił się i powiedział: – Dziękuję Bogu, że miałem okazję poznać Panią Walerię Tłoczek, która była dla mnie zawsze wielkim nauczycielem dobroci i pobożności.

Wśród wielu modlitw, które wyznaczały babci rozkład dnia, była również modlitwa o dobrą śmierć. „Niech się dzieje wola Twoja”.

* * *

A później nastąpił czas profanum: procedury, formalności, organizacja stypy. Kancelaria parafialna, zimny, techniczny język. – Tak, wiem, już słyszałem. Kiedy chcecie pogrzeb?

Telefon do obsługującego całą gminę zakładu pogrzebowego: – O której przyjechać po zwłoki? Spokojnie, wszystko wam załatwimy.

Poprosiłem, by możliwie najpóźniej. Pojechałem na dworzec PKP odebrać brata, który niczego nieświadomy wracał do domu na weekend ze studiów we Wrocławiu. Wyszedłem z samochodu, wyściskałem go i mówię:
– Mam złe wiadomości.
– A cóż to się stało? – zapytał żartobliwie, zgodnie z konwencją naszych powitań.
– Babcia dziś zmarła.

Przyjechaliśmy do domu, coraz bardziej zatłoczonego. Siedziałem w pokoju przy babci, to wchodząc, to wychodząc. Czułem, że kończy się nieodwołalnie niepowtarzalny i najpiękniejszy czas cudów.

Pracownicy zakładu pogrzebowego przyjechali parę minut po ósmej. Ostatnie spojrzenie na babcię w jej łóżku, w jej pokoju, wewnątrz jej prywatnej kaplicy, u niej. Zdjąłem ze ściany kropielnicę, która wisiała przy wyjściu z pokoju. – Woda święcona to jest, synku, naprawdę bardzo ważne, dużo o tym czytałam, jak bardzo to jest ważne. Kiedy wychodzisz z domu, pamiętaj, aby skropić czoło święconą wodą – powtarzała wielokrotnie babcia. Byłem już starym chłopem, a ona wciąż mnie nie wypuszczała w drogę bez znaku krzyża święconą wodą na czole. Ten widok był jedną z atrakcji, którą fundowałem odwiedzającym mnie znajomym. A teraz my przekazywaliśmy sobie po kolei tę kropielnicę. Każdy robił babci znak krzyża, na tę ostatnią drogę, o której zawsze mieliśmy dużo bardziej mgliste pojęcie niż ona.

Później wszyscy opuścili pokój. Ja zostałem, mając poczucie, że muszę do samego końca wszystkiego dopilnować. Grabarze założyli rękawiczki, podnieśli to twarde już ciało z dwóch stron i włożyli do białego worka, położonego na noszach. Życie się zamknęło. Wychodząc z pokoju, pradawnym zwyczajem trzykrotnie uderzyli noszami o próg, powtarzając po trzykroć: „Z Panem Bogiem”.

Wyszedłem do przedpokoju zerknąć przez wyjściowe drzwi na podwórze. Jeden z grabarzy domykał tylną klapę karawanu. Widziałem, jak powoli, ostrożnie, między stawianymi akurat słupkami ogrodzenia samochód z ciałem babci odjeżdża. Było ciemno, babcia gdzieś jechała, sama.

* * *

Rano pojechałem z tatą do zakładu pogrzebowego. Miałem wybrać odpowiednią trumnę. Mama dała mi również drewniany różaniec, na którym do końca modliła się babcia. Dzień wcześniej ktoś sugerował, żeby do trumny włożyć też książeczki, których używała do modlitw; ktoś inny jednak twierdził, że to zupełnie bez sensu, przecież „tam” się już nie modli.

Po wybraniu trumny, załatwieniu formalności (uprzejmy pracownik firmy pogrzebowej) zapytałem, czy mogę ją jeszcze zobaczyć. Kazał chwilę zaczekać i wyjechał z ciałem babci na korytarz. Było zimne, choć przecież identyczne z tym, które znałem. Niecały tydzień wcześniej, kiedy przyjechałem na długi listopadowy weekend na wieś, zapomniałem kluczy od domu. Babcia, choć miała już problemy ze słuchem, usłyszała moje stukanie w okna i wpuściła mnie przez taras. Tradycyjnie się wyściskaliśmy. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem, była autentycznie szczęśliwa. Za każdym razem starała się to pokazać. Za każdym razem jej to wychodziło. Wkładając różaniec, między stwardniałe palce, rozzuchwalony tą całą metafizyką wdzierającą się w świat, powtarzałem bezgłośnie treść życzeń, które co roku składaliśmy sobie z okazji świąt: – Oby nam tak wciąż ze sobą dobrze było, jak do tej pory…

* * *

Wieczorem sąsiedzi przyszli podtrzymywać tradycję. Miałem to szczęście, że nie znałem wcześniej tego zwyczaju sąsiedzkich modlitw w domu zmarłego. Byłem odźwiernym, donosiłem krzesła, tłum gęstniał, nie mieściliśmy się w salonie, część osób siedziała w przedpokoju. Na kominku zdjęcie uśmiechniętej babci, obok zapalona świeca i jej książeczki do nabożeństwa, z których codziennie korzystała. Dopiero teraz olśnienie – jakżeż te kartki są poprzecierane! Ile na nich podklejeń! „Nie mogę teraz grać w karty, bo nie mom jeszcze na dziś porzykane”. Tak, świętość była obok nas. – Proszę księdza, jeżeli babcia nie jest w niebie, to znaczy, że nie ma nieba – zaczepiłem zaprzyjaźnionego kapłana, który również przyjechał pomodlić się za babcię. – Jest – zwięzła, lapidarna, mądra odpowiedź.

Po modlitwach kawa i wspominki, zachłanne przerzucanie się opowieściami, wypowiedzieć wszystko, zapamiętać. No i ciastka, najważniejsze – muszą być ciastka.Odkąd słabiej słyszała, częstowanie ciastkami było rytualną, podstawową formą jej kontaktu z otoczeniem. Nawet wpadający na kilka minut sąsiad musiał się zmierzyć z babcią częstującą ciastkami. Kiedy jakiś czas temu potknęła się i przewróciła, jeszcze nie zdążyliśmy dobiec, aby ją podnieść, a babcia już pytała: – A może mocie ochotę na jakiś ciastko?

Przeszukując babciną szafę, znaleźliśmy między płaszczami schowaną na czarną godzinę – co brzmi jak ponury żart – bombonierę. Mama sprawnie weszła w rolę. – No jakżeż pan się nie chce poczęstować, babcia by nie wybaczyła… Mnóstwo dobroci zostawiła nam po sobie. Gdy już sąsiedzi żałobnicy się rozeszli, sprzątałem krzesła i zbierałem ze stołu szklanki. Spojrzałem na nazwę czekoladek i szeroko się uśmiechnąłem: „Paradise”.

* * *

Kiedy nocowałem w domu na wsi, rano zwykle budziła mnie głośno włączona radiowa transmisja mszy świętej. Schodziłem na śniadanie, drzwi do babci pokoju były już uchylone. Ścieliła łóżko lub patrzyła na termometr za oknem, sprawdzając, ile dziś jest stopni. Pukałem, uśmiechaliśmy się do siebie, mówiłem: – Dzień dobry, a babcia zawsze: – Dobre rano. Potem seria standardowych pytań, zadawanych po to, byśmy pamiętali, że myślimy o sobie z serdecznością: – I jak tam samopoczucie na dziś? Wyspane? Ile stopni było rano? Pogoda ładno?

Zgodnie z rytuałem następne spotkanie zwykle miało miejsce w kuchni. Babcia wtedy zaczynała opowiadać o porannej mszy świętej: – I wiysz synku, jako to była uroczysto msza, pięciu ksiynży odprawiało, wyobrażasz se?! Pięciu księży, babcina definicja wyjątkowo podniosłej uroczystości. Wspólne śniadanie, po dwóch stronach stołu. Później babcia zaczynała się modlić, z przerwą na codzienną partię kart ze swoim zięciem. Wieczorem, przed snem zawsze machała ręką do każdego z domowników, wołając: – Wyśpij się z aniołkami!

Myślałem o tym wszystkim, kiedy rozpoczynała się pogrzebowa ceremonia i z zakrystii wyszło pięciu księży, by odprawić mszę św. o spokój jej duszy. Kiedy po nabożeństwie szedłem tuż za wynoszoną z kościoła trumną, widziałem ogromną rzeszę ludzi. Przyszli pożegnać tę skromną kobietę, która prowadziła tak ciche, pokorne, mądre życie.

W dzień jej śmierci, podczas mszy świętej – której transmisji rano jeszcze wysłuchała – w liturgii słowa czytany był fragment Pisma Świętego: „Bo z wielkości i piękna stworzeń poznaje się przez podobieństwo ich Stwórcę” (Mdr 13,5). Kondukt pogrzebowy powoli zbliżał się do cmentarza. Poza olbrzymim, rozdzierającym dziękczynieniem żadne inne uczucie nie miało w tym momencie do mnie dostępu. „Wyśpij się z aniołkami!”

Paradise
Rafał Cekiera

urodzony w 1979 r. – doktor nauk społecznych, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, zajmuje się socjologią religii, migracji i kultury. Publikował m.in. w „Tygodniku Powszechnym”, „Znaku”, „...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze