Argument z kredki i wiadro wody

Argument z kredki i wiadro wody

Kto choć raz doświadczył na własnej skórze „argumentu z kredki”, wie, że panoramiczno-mistyczne i przekrojowe wyjaśnianie problemu samotności w konfesjonale czy w przytulnej rozmównicy jest sprawą właściwie beznadziejną. Zwłaszcza że nas – księży – w tych właśnie momentach jak nigdy postrzeganych jako ambasadorów Boga, który wszystko może, ale widocznie nie chce (tylko dlaczego?), kusi stosowanie „teologii nastroju”. Mówiąc o samotności, używamy śmiałych barw, a co dowcipniejsi i „znający życie” podejrzewani są nawet o zezowanie na ludzkie figury, które nie chcą nam ofiarować miłości i zafascynowania, rodem z bestiarium Jasia Lebensteina – oczywiście, żeby zaskarbić sobie zaufanie  rozmówcy.

Teologia nastroju

Teologia nastroju, po odmalowaniu dramatu samotności, z powołaniem się na doktrynę pustyni tout court, pustynię w wielkim mieście, pustynię ojców pustyni, próbuje równie barwnym językiem i za pomocą urokliwie ciepłego głosu przepowiedzieć jasną przyszłość rozmówcy. W tej przyszłości samotność zostanie profilaktycznie zagnana do „świętego świętych”, na samo dno serca, i uczyniona warunkiem koniecznym spotkania z Bogiem. Reszta jest optymistyczna, czyli niesamotna, trzeba tylko czekać.

Nasze szczere chęci przyprawione szczyptą próżności – bo który z duchowych przewodników nie chciałby zasłużyć na ten jedyny w swoim rodzaju komplement: „Przy tym facecie Nostradamus to niedorozwój” – kwitowane są krótko, choć dotkliwie: „Ksiądz nic nie rozumie”. Nie mówię tu o starych wygach, którzy temat samotności sprytnie podmieniają na pytanie o „słuchanie mamusi i tatusia” albo kategorycznie potrząsając głową, mówią po trzykroć: „Nie wiem, nie wiem, nie wiem”. Bywa też, że przez kratkę konfesjonału przepychają bilecik z adresem przychodni, do której można się zgłosić na terapię.

Argument z kredki

Tymczasem wszystko jest o wiele prostsze, czyli trudniejsze. Ale najpierw należące się czytelnikowi wyjaśnienie „argumentu z kredki”. Nazwałem tak postępowanie pewnej nieznajomej czekającej w kolejce do spowiedzi. Kiedy niebezpiecznie zbliżała się jej kolej, kilkoma sprawnymi i dyskretnymi ruchami poprawiła kredką wargi i stawiając stopy na jednej linii, podeszła do kratek konfesjonału. A idąc, zdawała się mówić: „Niczego mi nie brakuje, proszę. Dlaczego więc jestem sama?”. I tak było w istocie. Dwie dziesiątki lat później przeczytałem u innej pięknej kobiety, Etty Hillesum, słowa, które obnażyły moją ówczesną, zadufaną w sobie, a równocześnie radosną technikę objaśniania innym niewybieranej, lecz danej im samotności: „Kobieta chce mężczyzny, nie ludzkości”. Nie chciałbym być posądzony o seksizm czy „starokrokodylizm” i pomijanie milczeniem męskiej samotności, ale „argument z kredki” najjaskrawiej wskazuje na niesprawiedliwość losu czy też – jak chcą niektórzy – niesprawiedliwość Boga. Pisał o tym niegdyś w swoim Dzienniku Jean Guitton. Zapis ten jest krótki i bezradny, bo pisarz mówi: „nie wiem” – nie wiem, dlaczego ta kobieta nie ma męża, dzieci, domu, choć przecież powinna, nie ma, choć cze

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się