Argument z kredki i wiadro wody

Argument z kredki i wiadro wody

Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Narzekanie na własną niemoc, opuszczenie, szukanie coraz to silniejszych pociech to formy żebractwa, tym bardziej skandalicznego, że właściwie posiadamy wszystko, żeby go nie uprawiać.

Kto choć raz doświadczył na własnej skórze „argumentu z kredki”, wie, że panoramiczno-mistyczne i przekrojowe wyjaśnianie problemu samotności w konfesjonale czy w przytulnej rozmównicy jest sprawą właściwie beznadziejną. Zwłaszcza że nas – księży – w tych właśnie momentach jak nigdy postrzeganych jako ambasadorów Boga, który wszystko może, ale widocznie nie chce (tylko dlaczego?), kusi stosowanie „teologii nastroju”. Mówiąc o samotności, używamy śmiałych barw, a co dowcipniejsi i „znający życie” podejrzewani są nawet o zezowanie na ludzkie figury, które nie chcą nam ofiarować miłości i zafascynowania, rodem z bestiarium Jasia Lebensteina – oczywiście, żeby zaskarbić sobie zaufanie  rozmówcy.

Teologia nastroju

Teologia nastroju, po odmalowaniu dramatu samotności, z powołaniem się na doktrynę pustyni tout court, pustynię w wielkim mieście, pustynię ojców pustyni, próbuje równie barwnym językiem i za pomocą urokliwie ciepłego głosu przepowiedzieć jasną przyszłość rozmówcy. W tej przyszłości samotność zostanie profilaktycznie zagnana do „świętego świętych”, na samo dno serca, i uczyniona warunkiem koniecznym spotkania z Bogiem. Reszta jest optymistyczna, czyli niesamotna, trzeba tylko czekać.

Nasze szczere chęci przyprawione szczyptą próżności – bo który z duchowych przewodników nie chciałby zasłużyć na ten jedyny w swoim rodzaju komplement: „Przy tym facecie Nostradamus to niedorozwój” – kwitowane są krótko, choć dotkliwie: „Ksiądz nic nie rozumie”. Nie mówię tu o starych wygach, którzy temat samotności sprytnie podmieniają na pytanie o „słuchanie mamusi i tatusia” albo kategorycznie potrząsając głową, mówią po trzykroć: „Nie wiem, nie wiem, nie wiem”. Bywa też, że przez kratkę konfesjonału przepychają bilecik z adresem przychodni, do której można się zgłosić na terapię.

Argument z kredki

Tymczasem wszystko jest o wiele prostsze, czyli trudniejsze. Ale najpierw należące się czytelnikowi wyjaśnienie „argumentu z kredki”. Nazwałem tak postępowanie pewnej nieznajomej czekającej w kolejce do spowiedzi. Kiedy niebezpiecznie zbliżała się jej kolej, kilkoma sprawnymi i dyskretnymi ruchami poprawiła kredką wargi i stawiając stopy na jednej linii, podeszła do kratek konfesjonału. A idąc, zdawała się mówić: „Niczego mi nie brakuje, proszę. Dlaczego więc jestem sama?”. I tak było w istocie. Dwie dziesiątki lat później przeczytałem u innej pięknej kobiety, Etty Hillesum, słowa, które obnażyły moją ówczesną, zadufaną w sobie, a równocześnie radosną technikę objaśniania innym niewybieranej, lecz danej im samotności: „Kobieta chce mężczyzny, nie ludzkości”. Nie chciałbym być posądzony o seksizm czy „starokrokodylizm” i pomijanie milczeniem męskiej samotności, ale „argument z kredki” najjaskrawiej wskazuje na niesprawiedliwość losu czy też – jak chcą niektórzy – niesprawiedliwość Boga. Pisał o tym niegdyś w swoim Dzienniku Jean Guitton. Zapis ten jest krótki i bezradny, bo pisarz mówi: „nie wiem” – nie wiem, dlaczego ta kobieta nie ma męża, dzieci, domu, choć przecież powinna, nie ma, choć czeka.

Jak zatem mądrze się rozprawić w rozmowie z samotnością? Jak z nią żyć każdego dnia, jak bezpiecznie się o nią potykać, jak stawić jej wreszcie czoło, jak uznać za swoją i jak nie obrażać Boga oskarżeniami lub odmową rozmowy z Nim?

Nie bez kontekstu

Oczywiście zwrócę się po pomoc do św. Benedykta, do jego szkoły i sposobu podchodzenia do problemu. Święty nie był intelektualistą, „wynalazcą”, ale raczej genialnym kompilatorem słynącym z radykalnego umiaru. To oczywiście ważne i charakterystyczne momenty jego szkoły, jednak najbardziej pożywna zdaje się u niego metoda kontekstu. Ważne jest nie tylko, że coś mówi, ale i dlaczego, i to właśnie w tym miejscu. Żaden problem u Benedykta nigdy nie jest wyizolowany, ale zawsze umieszczony w możliwie najszerzej ujętym kontekście ludzkiego powołania. Powołania – przypomnijmy – w którym ciało i duch są tak samo ważne. Są tak samo konkretne i nigdy nie powinny się stać autonomicznymi sferami ucieczki, „przedmiotami” zemsty naszego zawiedzionego sobą „ego”, które nie chce także uznać istotnych więzów łączących nas z tym światem. Nawet jeśli grzech pierworodny mocno je wykrzywił i zatarł.

Echa tej realistycznej koncepcji odnalazłem swego czasu w eseju Jana Gawrońskiego, eseju polemicznym wobec tez antropologii ks. Józefa Tischnera. Kiedy więc Tischner mówi o człowieku „rozszczepionym na kilka abstrakcji, które otrzymują miano »ja« z różnymi przymiotnikami (…). Te różne »ja« mogą »solidaryzować« się jedne z drugimi, ale mogą się także »desolidaryzować«” – Gawroński replikuje, wskazując określoną historię danej osoby, „historię, która nadal trwa”: „Mówienie o prawdzie wewnętrznej człowieka jako oderwanego od własnej historii i jej programowania jest bezsensem. Przeżycia są przeżyciami, uczucia są uczuciami, intencje są intencjami tylko na tle określonej sytuacji życiowej. Świadomość własnych stanów wewnętrznych związana jest ze świadomością własnego usytuowania w świecie i ze świadomością historyczności tego usytuowania, a więc ze świadomością własnej cielesności. Bez tego jest pustą grą wyobraźni”.

Nie wiem jak duszpasterska praca ks. Tischnera wpłynęła na jego tezy, ale wydaje się, że „człowiek rozszczepiony na kilka abstrakcji” dominuje w spowiedzi i tzw. duchowych rozmowach. Z pozycji neutralnego obserwatora „uprawia pustą grę wyobraźni”. Rysuje idealne dla siebie sytuacje, w które – jeśli zachowane zostaną normy bezpieczeństwa i nienaruszalność jego koncepcji – mógłby wkroczyć, wyzbywając się neutralności. Jest obserwatorem, ale nie potrafi się już komunikować, nie wspominając o działaniu. Można oczywiście przedstawić inne kombinacje, akcentując na przykład działanie bez komunikacji i upośledzoną obserwację. Poeta, jak to poeta, skondensował nasze gadulstwo i powiedział, że „widzimy wszystko osobno”. A ojcowie Kościoła mówili, że przebywamy w „krainie niepodobieństwa”, z której należy się wydostać.

Czy chcesz?

Spróbujmy więc sprawę samotności choć trochę uporządkować, odwołując się właśnie do „historyczności” danej osoby. Jest to „historia” jedyna i niepowtarzalna, jak linie papilarne. Jeżeli „bierzemy w niej udział” jako „wrzuceni w nią”, zwykle prowadzi to do paniki, złości i zniecierpliwienia, gdyż takie uczestnictwo nie spełnia naszych wysokich oczekiwań. Należy rozpocząć proces trzeźwienia i powrotu do tego, kim faktycznie jestem w tym konkretnym miejscu i czasie. Ten etap można nazwać „powagą życia”. Na pytanie: „Co mam robić?”, można odpowiedzieć: „Rób cokolwiek, byleby to było dogłębne w swojej powadze”.

Skoro przyszliśmy Boga pytać o nasz stan, zadać Mu pytanie: „Dlaczego?”, tym samym uznaliśmy Jego autorytet w tej bolesnej kwestii. W przeciwnym razie Bóg i Jego „ambasador” odgrywają rolę misia przytulanki lub po prostu są wypełniaczami czasu. Czymś takim jak kryl w komunistycznej kiełbasie i tak już z definicji niejadalnej. Autorytet ten reaguje na nas z powagą, zadając naszej wolności pytanie: „Czy chcesz?”. Czy chcesz rozpocząć pracę nad sobą? Pytanie: „A ile to potrwa i czy znajdę ukochanego/ukochaną?”, powinno się spotkać z kategorycznością. Respekt i powaga – wobec samego siebie. To też szkoła św. Benedykta. Respekt i powaga w działaniu to oczywiście nie napięte mięśnie twarzy czy charakterystyczny chód pracownika zakładu pogrzebowego. To wejście w sferę wyborów, w której muszę się opowiedzieć. Moja letniość, którą nazywamy często „neutralnością”, moje pragnienie bycia „obsłużonym” przez Boga i drugą osobę, wreszcie mój lęk przed utratą nie są zbyt dobrymi warunkami przyjęcia do siebie i w siebie drugiej osoby.

Wejść w sferę wyborów

Podam ostry przykład. Jeśli dziennikarz zarabia niezłe pieniądze, uganiając się za gwiazdkami, aranżując w Internecie plebiscyty z okazji ich nowych kurteczek (Hit czy kit? Głosuj!), lub komentuje wydarzenia z pozycji Boga i zarazem czuje się nijaki i opuszczony przez wszystkich, pragnąc prawdziwego spotkania z drugim i związanego z tym szczęścia – dlaczego nie zaproponować mu wyjazdu do Afganistanu? Niech zacznie ryzykować życiem, a nie utratą premii, niech wybiera między dostarczeniem prawdziwej wiadomości a swoim życiem, między życiem tłumacza i przewodnika, który ma żonę i małe dzieci, a swoim życiem i dostarczeniem na czas newsa.

Można powiedzieć, że tak ostre sytuacje są sztuczne i nie odzwierciedlają prawdy w wyborach. A ja mówię, że są prawdziwe, bo odarte z naszych póz, chowania się za instytucję, prawo i drugiego człowieka. Niepowaga i brak respektu zaraziły naszą duszę – dlatego nadajemy z Gruzji, siedząc w Moskwie i mając w tle dramatyczny huk nadlatujących rosyjskich śmigłowców rozpylany z magnetofonu. Albo nauczamy o poście, odkładając na chwilę widelczyki do ślimaków. Wstrząsa nami chichot i śmiech, które są jak narkotyk, chichot i śmiech, bo nasze życie jest na niby.

Jednym słowem – musimy wejść w sferę wyborów, żeby się dowiedzieć o sobie i siebie się nauczyć. A potem podciągnąć się oczko wyżej. I spojrzeć sobie w oczy. Kłamczuszek? Pozostaje więc praca nad sobą. Nie kiedyś, w niedalekiej przyszłości, ale dziś. Mając na karku siebie, samotność, niechęć do życia i obrzydzenie do podobnych temu artykułów. Dlaczego właśnie dziś? Nie tylko dlatego że tak chce św. Benedykt, ale dlatego że kiedyś trzeba zacząć. Dlaczego nie właśnie dziś? Zresztą Benedykt jednak po coś się uczepił tego „dziś”. Bo dla niego nowy dzień to łaska, szansa, światło. Mogło go przecież nie być. To się da łatwo sprawdzić. Wystarczy zachorować albo wyjechać do kraju, w którym toczy się wojna. „Dziś” warto rozpocząć od czegoś niewielkiego. Od tego, że nie jestem kompletnie sam. Tak naprawdę jestem dopasowany do pewnej grupy, grona, środowiska. Często zupełnie przypadkowo. Nienawidzą i zazdroszczą, ale akceptują moje standardy. Nasz sposób bycia w takich środowiskach scharakteryzował kiedyś Merton. Jeśli mnich przesadził, proszę nanieść konieczne i indywidualizujące opis poprawki: „Inteligentny rodzaj wyniosłej służalczości, szczególna kombinacja ambicji, uporu i łatwości przystosowania się, »trzecie ucho« delikatnie dostrojone do najsubtelniejszych zmian modnych frazesów”. Dlatego zdrowy rozsądek nakazuje po prostu ucieczkę z takich środowisk. Ale czasami uciec się nie da, może da się, ale nie dziś. Co więc nam pozostaje?

Chodzenie bez poręczy

Proponuję trudny, ale możliwy zabieg – nie rechotać z chuliganami. Przynajmniej. A w dalszej części rozdziału poszukać (niech to będzie poważne szukanie) wsparcia gdzie indziej. I choć zabrzmi to jak pobożna czytanka dla skautów, samotna starsza osoba, której mogę przeczytać na głos kilka stron jej ulubionej książki, też jest wsparciem. Odradzić można bez większego żalu wokołoplebanijne czy wokołoklasztorne związki satelit, znające najsekretniejsze tajemnice świętych domów i ich mieszkańców. Związki ofiarujące swój czas, pieniądze i talenty, ale żądające w zamian wyręczenia w podejmowaniu osobistych wyborów i przedłużające w nieskończoność – jak to nazywają – stan zawieszenia. Słuszniej byłoby go jednak nazwać stanem zaczepienia, rozbrajającego, ukrywającego prawdziwe motywacje.

Wśród znanych mi zakonników przysłowiowe stało się powiedzenie, którego nie należy powtarzać, bo jest zaraźliwe: „Przyszedłem/przyszłam, domyślając się, że ojciec nie ma co robić”. Po francusku brzmi to jeszcze lepiej, zwłaszcza wtedy, gdy braciszek i klasztor noszą markową metkę „kontemplacyjny”. Proszę mnie źle nie zrozumieć, nie jestem „antywspólnotowy”. To tylko proste doświadczenie kilku lat, podpowiadające, że nikt za nas zadania z życia nie odrobi, a ściągawki w formie smacznych kazań, blogowisk, na których trzy kropki i odwrócony nawias zastępują moją twarz, oczekiwań wobec mistrzów, przewodników i tzw. autorytetów komentujących wszystko (często zagubionych podobnie jak my), pogłębiają moje rozkapryszenie, zawód i poczucie niemocy.

Pantoflowa poczta jest sprawną instytucją i bez kłopotu można się dowiedzieć, że gdzieś „fajnie mówią i nie nudzą”, że do miasta zawita ktoś, kto nas nawróci i zrozumie, że właśnie ukazała się kolejna broszura egzotycznego mędrka, który prosto i z przytupem mówi o sprawach trudnych i wymagających ciszy. W pracy nad sobą pochłanianie mamy właściwie opanowane do perfekcji, ale jakoś dziwnie nie wpływa ono na naszą duchową inteligencję i zaradność. Tak, synowie tego świata w jego sprawach są bardziej zaradni niż my w przybliżaniu Bożego królestwa.

Zgodni oczywiście jesteśmy, że Bóg potrzebuje Kościoła, że Królestwo Boże nie może być „czymś mglistym”, ale konkretnym, bo panowanie Boga tylko wtedy nim jest, kiedy jest „ciałem”. Nie chcemy jednak przyjąć, że potrzebuje ono także rozesłania, exodusu, wyjścia, pójścia, wypłynięcia na głębię. Zostania sam na sam z sobą. Fizycznie. Ta decyzja „zindywidualizowania” mojej osoby, choć brzmi to okropnie, wyjęcia jej z relacji i rytuałów „starego człowieka”, a może słuszniej „starego kawalera”, niesie w sobie ból chodzenia bez poręczy. Narzekanie na własną niemoc, opuszczenie, szukanie coraz to silniejszych pociech jest formą żebractwa, tym bardziej skandalicznego, że właściwie posiadamy wszystko, żeby go nie uprawiać.

Prawdziwy spór z Bogiem

Sam na sam w pracy nad sobą oznacza kilka spraw. Najpierw naukę mówienia własnym głosem. Bez obawy, że wypadniemy z ortodoksji, która nigdy nie była poprawnością polityczną. Bóg nie rozmawia z komentarzem do mnie, Bóg rozmawia ze mną. Aleksandryjskość w życiu duchowym – lub po prostu w życiu – czyli tworzenie komentarza do komentarza, który jest komentarzem itd., potrafi zabić najlepiej rozwijające się relacje z Nim. „A wy, za kogo Mnie uważacie?” jest pytaniem zwróconym do mnie, pytaniem „osobistym”. Stary Wojtyła, wdowiec, długo potrafił modlić się na klęczkach przy łóżku, tak najzwyczajniej. I takim zapamiętał go Karol, który nie bał się powtarzać prostego gestu swojego ojca.

Kiedy zaczynam mówić własnym głosem, przychodzi nagle taki moment, że trzeba „buchnąć” na kolana, i to bez ćwiczeń oddechowych i wzmożonej analizy szkół medytacji. To wszystko słoma, a Bóg nam mówi jak najbardziej kategorycznie: „Na kolana!”.

Tak można z Nim wieść prawdziwy spór. I nie ważmy się zapisywać w kajeciku nawiedzających nas „głębokich” myśli, bo nie jest to towar na sprzedaż. Co innego należy zanotować w kajeciku. Kiedy ołówek przyzwyczajony do naszego „nie wiem”, „nie umiem”, „nie mogę” mechanicznie notuje: „Panie, jestem ignorantem w Twoich sprawach”, należy to natychmiast skorygować i napisać: „Panie, jestem arogantem, nie wobec Twoich zamysłów wobec mnie, ale wobec Ciebie”.

W pracy nad sobą należy jednym słowem podpisać kontrakt z Bogiem: Ponieważ bez Ciebie nic nie mogę uczynić, zawierzam Tobie moją osobę, wszystkie moje działania. Pomóż mi, Boże, przyjmować każdy dzień jako dar od Ciebie, wyzwól mnie ze strachu, który przestrzega mnie przed pełnym zaufaniem Tobie. Pragnę Ci dziękować za wszystko, poślij mnie tam, gdzie chcesz. Naucz mnie modlić się przeciw mojej własnej osobie – żeby przyszło wyzwolenie z grzechów, które polubiłem. Spraw również, abym nie był tak zachłanny i uparty w sprawach, które – jak sądzę – nie są wielkie, ale sprawiedliwie mi się należą. Ufam, że jesteś ze mną i nauczysz mnie bardziej przyjmować, niż żądać, bardziej oddawać życie, niż zdobywać za wszelką cenę. Chcę być wierny i lojalny wobec Ciebie.

Małe punkty oparcia

Wokół „aktu zawierzenia” należy umieścić jeszcze kilka świateł ostrzegawczych dla pełniejszego komfortu i bezpieczeństwa naszych działań. To, co czynimy „dziś”, bardzo szybko przyniesie owoce w postaci zniechęcenia czy nawet kompletnego paraliżu, jeśli będziemy nasze wysiłki traktować jako „przygotowanie do czegoś”, jako coś, „co nie jest prawdziwe, bo prawdziwe będzie mi objawione, gdy tylko wykonam te ćwiczenia”. Nie chodzi tu oczywiście o praktykowanie dziwacznej demencji usuwającej z horyzontu cel mojej pracy. Raczej o zmierzenie się z naszym pragnieniem, „aby wysiłki te trwały jak najkrócej”. Lepiej jest stworzyć w sobie „małe punkty oparcia”, bo przecież nie stworzymy w sobie od razu czegoś niezwykłego. Posiadamy w sobie już pewne dary, którym należy być wiernym, nawet jeśli wydają się nam nieznaczące lub absolutnie zbędne w działaniach, które podejmujemy. To jednak one są bazą mojej „twórczości”, z nich uwalnia się ten przedziwny „czar” osobisty, który przyprawia moje życie solą, nadaje mu smak, autentyczność, niepowtarzalność.

Ale jednocześnie nie może być w nas „za dużo duszy”, tego przeżywania dogłębnego siebie i otaczającego nas świata w każdej minucie. Wysysania i przetrawiania każdego bólu spowodowanego naszą niewiernością, słabością, marnotrawstwem, przeoczeniem czy bólu „bez powodu”, albo bólu spowodowanego „przypadkiem”. Gdy jest w nas „za dużo wnętrza”, wówczas ono samo szybko rakowacieje i w końcu zmęczone popada w chorobę, która kończy się śmiercią. Dlatego Benedykt zawsze próbuje równoważyć „wnętrze” sporą dozą zwykłej, często uciążliwej pracy związanej z zarabianiem na chleb. Dochodzą do tego banalne, choć równie ciężkie obrządki najróżniejszych posług, jak kuchnia, pranie i sprzątanie.

Pewien poeta wyraził to frazą zbyt smakowitą, ale chodziło mu o to samo: „Byłem niecierpliwy drażniło mnie tracenie czasu na głupstwa, do których / zaliczałem sprzątanie i gotowanie. Teraz z uwagą kroję cebulę, wyciskam / cytryny, przyrządzam różne gatunki sosów”. W tym „zewnętrzu” kryje się ewangeliczne posłanie. Żeby usłużyć – póki jeszcze dany nam jest czas na tej ziemi – innym ludziom, może bardziej bezradnym niż my. I bardziej samotnym.

Kubeł wody

Ktoś samotny powie: no tak, postąpił z nami ojczulek jak pewien żołnierz, który wrócił z urlopu z plecakiem pełnym czosnkowej kiełbasy (w naszej bajce odgrywa ona rolę artykułu sięgającego podszewki samotności). Stoi sobie ten szczęśliwiec na nocnej warcie i pogryza specjał, a wiatr niesie zapach do sąsiedniej budki wartowniczej. Wreszcie ten, który stał o suchym pysku, podchodzi do zajadającego się kolegi i prosi: – Dałbyś, kolego, kawałek. – Dobrze – mówi ten od kiełbasy – ale najpierw wypij kubeł wody. Warunek został spełniony, ręka wyciąga się z kiełbasą, ale biedak ze wzdętym wodą brzuchem kiwa przecząco głową. – Nie mogę! – No widzisz – mówi darczyńca – tobie się pić chciało, a nie kiełbasy.
Cóż mam odpowiedzieć? Być może to, co napisałem, jest jak kubeł wody – nie zaprzeczam, ale pić nikomu nie każę. Tak nakazuje Benedykt (mięsa też zabrania). Jeśli składane propozycje komuś nie odpowiadają, niech zaproponuje coś innego, w czym bardziej się odnajdzie. Ale niech zaproponuje. Obalanie zaś kopniakiem kubła z wodą nie jest dobrym wyjściem. W wodzie zawsze można się przejrzeć.

Argument z kredki i wiadro wody
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze