Jack
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
||
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Niech będzie Jack, bo tak lubił. Nie lubił Clive. A poza tym był jasną postacią. Widać to w jego zdaniach – prostych, logicznych, pewnych, gdy ścierał się z najtrudniejszymi tematami. Niosą w sobie blask, pewność, subtelny dowcip i nadzieję, czyta się je, jakby były ryte w jasnym, rozgrzanym słońcem piaskowcu. Nie nabijany mikowcem granit, od którego odskakuje dłuto, nie marmur, bo onieśmiela i dłuto się waha, ale właśnie te miliardy ziarenek piasku spojone i trwałe, a zarazem kruche, podatne i zagrożone przemijaniem, erozją, wysyłające w naszym kierunku nagromadzone latami ciepło – wybrał Stwórca na materiał dla Lewisa. Bo też tak spójny był Jack ze swoją erudycją, intelektualnymi zdolnościami, doświadczeniami pierwszej wojny, doświadczeniem ateizmu, elitą przyjaciół tej rangi co Tolkien, Roger Lancelyn-Green, Nevill Coghill, z czekaniem na matkę, którą utracił w dziewiątym roku życia, dobrym tytoniem w fajce i drobnymi rytuałami wokół picia herbaty, piwa, odpowiadaniem na listy wielbicieli i wielbicielek, wykładami w Oxfordzie w Magdalen College, powrotami ciuchcią podmiejską do wygodnego domu z ogrodem i jeziorem, w którym jeszcze młody Shelley puszczał papierowe łódki, zasypiania z termoforem.

Był jaśnie wielmożny, czyli wybredny, wybredność zaś nie jest – jak mylnie sądzimy – formą kapryśnego oczekiwania „Bóg-wie-czego” od ludzi i świata (najlepiej gdyby wszyscy byli podobni do mnie) czy estetycznym zboczeniem przypominającym nieco dziecinną skazę wydłubywania z ciasta rodzynków, nie jest też obrzydzeniem, żadną miarą. To tylko niezgoda na zbyt szybkie podsumowanie kwestii, zamknięcie tematu, ogłoszenie zwycięzców na jedynie słusznej drodze do szczęścia i zaproszenie do „konsumpcji”. Wybredny, kiedy słyszy w miarę poprawne odpowiedzi odczytywane ze ściągawek lub oddech ulgi z powodu odwołania życiowej kartkówki czy testu, mówi: „Pokomplikujmy nieco i postąpmy nieco dalej w naszych rozważaniach i w życiu”. Jaśnie wielmożny różni się tym od ciemno wielmożnych (to już wynalazczość Czesława M.), że komplikując, nie ulega panice, która zawsze pakuje ludzi w różne redukcjonizmy. Jaśnie wielmożny nie grzmi, nie wygraża i nie ośmiesza, choć tezy w stylu (w stylu epoki): „1938 – wydawało mi się, że były tylko dwie możliwości. Albo było się faszystą i podbijało się świat, albo komunistą i się go ocalało”, powinny wzbudzać w nim co najmniej sarkastyczne rozbawienie. Nic z tego, jemu wystarczy skromna konstatacja: „Musiałem wtedy być zajęty czymś innym”.

Jack – zdawałoby się, udana realizacja w piaskowcu. Eksperymentował przecież na sobie metodę Boga, do której przypisany jest ból – „ten megafon Boga, który ożywia głuchy świat” – a która pozwala na osiągnięcie takich rezultatów. Czyż nie mówił, że „jesteśmy jak kamienne bloki, z których rzeźbiarz wycina postać człowieka. Uderzenia jego dłuta, które ranią nas tak bardzo, są tym, co czyni nas idealnymi”.

Ale Bóg też jest wybredny i nic Go nie zatrzyma w wypowiedzeniu sakramentalnej formuły: „A jednak pokomplikujmy nieco i postąpmy naprzód w naszych rozważaniach i w życiu”. I wtedy zsyła z nieba miłość. Miłość mężczyzny do kobiety i kobiety do mężczyzny. Miłość jest dziwnym procesem i całkowicie kłóci się z naszą znajomością rzeczy. My potrafimy od biedy wytrzymać bolesne uderzenia dłuta, potrafimy przeprowadzić dogłębną analizę zachodzących w nas wtedy zmian i zaakceptować je. Ba, zdolni jesteśmy wysłać z samego środka kamienia ciepłą, nagromadzoną tam podczas obróbki energię, żeby pocieszyć i przygarnąć innych, nie, nie jesteśmy sami, wytwarzamy spoiwa i kleje, które mogą połączyć na zawsze z nami inne, podobne nam bryły piaskowca. Ale to nie jest miłość. Miłość jest z nieba, co oznacza, że nie liczy się z naszą nabytą wiedzą i umiejętnościami. Ona zawraca nas do początków, kiedy powstawały kamienie, powstawał piaskowiec – a to oznacza ogromne ciśnienia, znów ból, zgniatanie i wrastanie ziarenek piasku jedno w drugie. I zapewne nie chodzi tu już o ziarenka piasku, ale o tkanki, bo w miłości stajemy się jednym ciałem. Gdzieś tam na powierzchni siebie człowiek próbuje zachować szlachetny umiar i filozoficzny dystans wobec tego procesu i zjawiska. Znalazł nawet na to określenie w postaci „miłości platonicznej”. Miłości nie da się jednak powstrzymać, ona rozkwita, a oni „kroczą we wspólnym blasku”.

Jack rzeczywiście kroczył ze swoją ukochaną – najpierw przyjaciele, potem małżonkowie, potem kochankowie. Potem zaczął się bieg i wyścig z rakiem ukochanej. Trzeba było brać, co dają – darowane trzy lata, nie więcej. Miłość jest procesem i trudno podejrzewać Boga o chęć jego zatrzymania – faza następuje bowiem po fazie. Albo jak pory roku po sobie. Następuje nieubłaganie wreszcie i ta, kiedy dłuto uderza z precyzją i oto człowiek nie tyle zostaje znów sam (bo miłość nie jest kwestią sklejania, lecz wrastania), co zostaje z połową samego siebie. Chciałby wejść do szafy, znów przecisnąć się przez stare futra i nieużywane płaszcze, znów znaleźć się w nieskalanej białej przestrzeni gotowej do zapisania, rozdzielenia prostą linią, żeby było dobro i zło. I mocny, solidarny Lew Odkupiciel. Ale ręce natrafiają na opór źle obrobionej drewnianej ściany, która się nie rozsunie. Co mu pozostaje? Człowiekowi, któremu odjęto połowę? Gniew i wściekłość, bunt. Odrzucanie pociech, odrzucanie religijnych pociech. Smutek. Szafa – ta trumna na ubrania po zmarłym.

Gdyby doświadczeniu Jacka nadać umoralniające znaczenie, brzmiałoby ono mniej więcej tak: „Nie powiedziałeś, Jack, wszystkiego, bo nie mogłeś wiedzieć wszystkiego, nawet z twoją absolutną pamięcią – bo podobno zapamiętywałeś na zawsze wszystko, co przeczytałeś. Istnieją sprawy i doświadczenia, o których nie śniło się filozofom i nie śniło się tobie, bezpiecznie skrytemu za ustabilizowanym życiem bez zmarszczki. Mówiłeś o wychodzeniu z dziecięcego pokoju, a nie chciałeś sam z niego wyjść. Widzisz, aż wreszcie miłość etc.”. Jakie to wstrętne i głupie, i słuszne! Wzdrygamy się solidarnie, bo fraza ta budzi w naszej pamięci podobne jej frazy wypowiadane w dobrej woli w najmniej szczęśliwych momentach, frazy o podobnej konstrukcji i o podobnym typie ogólności. Ale nasze solidarne reakcje mało się różnią w klimacie od tej właśnie frazy i są tak samo głupie jak ona. Bo nie o delikatność czy niedelikatność toczy się bój, o dobrze czy źle wybrany moment, intonację czy też pełne szacunku milczenie. Zdanie to jest wstrętne Bogu z tych samych powodów, co przemowy przyjaciół Hioba – które wszystko zamykają, a niczego nie otwierają. Mało tego – nadają cierpiącemu niezwykły status nietykalnego doświadczonego. Tymczasem Bóg jeszcze nie skończył, chociaż milczy i nie jest już obecny jak w chwilach szczęścia człowieka teraz cierpiącego. Właściwie jego połowy. Wybrednej połowy. Cechą wybredności nie jest rysowanie dalekosiężnych wizji, choć również, ale praca, ciężka praca nad szczegółem. Bo od niego to właśnie zależy asymilacja kolejnej fazy miłości, która przecież nigdy się nie skończy, skoro zaistniała. Jack wiedział o tym i kupił notesy, oprócz ostatniego, żeby rozpocząć i zakończyć pracę nad szczegółem, któremu na imię smutek. „Nie można zaprzeczyć, że w jakimś sensie czuję się lepiej, co wywołuje od razu wstyd i uczucie, że należy pielęgnować, podniecać i przedłużać własne cierpienie. Czytałem o tym w książkach, ale nigdy nie śniło mi się nawet, że będę to samo odczuwał. Jestem pewny, że H. nie pochwalałaby tego. Powiedziałaby mi, żebym nie strugał wariata. I Bóg z pewnością takiej postawy nie aprobuje.

Co się za tym kryje? Częściowo niewątpliwie próżność. Chcemy przecież udowodnić samym sobie, że umiemy kochać na wielką miarę, że jesteśmy tragicznymi bohaterami, a nie zwykłymi żołnierzami w ogromnej armii ludzi pogrążonych w żałobie, idących z trudem przed siebie, robiących dobrą minę do złej gry. Ale to przecież niepełne wyjaśnienie. Sądzę, że istnieje tu jakieś pomieszanie pojęć. Tak naprawdę to nie pragniemy wcale przedłużać początkowych udręk smutku: nikt by tego nie potrafił. Pragniemy czegoś, co często jest symptomem smutku, i mieszamy symptom z istotą rzeczy. Wczoraj napisałem, że żałoba to nie jest zniszczenie miłości w małżeństwie, lecz jedna z jej normalnych faz – jak miodowy miesiąc. Pragniemy przeżyć nasze małżeństwo dobrze i wiernie także i w tej fazie. Jeśli jest to bolesne (a z pewnością jest), przyjmujemy ból jako konieczny element owej fazy. Nie chcemy uciekać od cierpień za cenę porzucenia lub rozwodu. Zabijać umarłego po raz drugi. Byliśmy jednym ciałem. Teraz, gdy zostało ono przecięte na pół, nie chcemy udawać, że jest wciąż całe i nienaruszone. Nadal poślubieni, będziemy trwali w miłości. I dlatego ból nas nigdy nie opuści. Ale zrozumcie mnie dobrze: wcale nie szukamy cierpień dla nich samych. Im jest ich mniej, tym lepiej, póki trwa małżeństwo. I tym lepiej, im więcej radości może być w małżeńskim związku między tym, kto umarł, a tym, kto jeszcze żyje. Lepiej pod każdym względem. Bo jak się przekonałem, dogłębny smutek nie łączy nas z umarłymi, lecz rozdziela. Staje się to dla mnie coraz bardziej jasne. Właśnie wtedy, gdy najmniej się smucę, na przykład wchodząc rano do wanny, H. staje mi w myślach jak najbardziej rzeczywista – i odmienna. Nie jak w najgorszych dla mnie momentach, w jakimś skrócie perspektywicznym, upatetyczniona i namaszczona przez moje cierpienie, ale taka, jaka jest naprawdę. To dobre i krzepiące uczucie”.

Właściwie już wszystko zostało powiedziane, ale Jack drąży dalej i głębiej. Bo co oznacza, że H. pojawia się w jego myślach taka, jaka jest naprawdę? Czy może raczej – jaka została zapamiętana, wpisana w niego przez doświadczenie tej i tamtej chwili? Przeszłej już chwili w pracującej przecież bez wytchnienia pamięci. Mówienie o jej tajemniczej i odczuwalnej obecności teraz może mieszać się z kultem jej wyobrażenia i wizerunku. A tu trzeba pewności, bo człowiek pragnie solidnej i niezawodnej realności. Dlatego Jack przywołuje Boga: „Moje pojęcie Boga nie jest pojęciem uświęconym. Musi co jakiś czas ulegać rozbiciu. On sam je rozbija. To największy obrazoburca. Czy nie można by prawie powiedzieć, że rozbijanie naszych wyobrażeń to jedna z oznak Jego obecności?”.

Kiedy Jack na powrót przystępuje nieśmiało do Boga, odczuwamy rodzaj ulgi, jak ludzie skrępowani nie tylko atmosferą szpitala czy domu żałoby, ale i zbyt intymnym i wysokim monologiem ich mieszkańca, który nie ma już nic do stracenia, kiedy my mamy. I żeby już znalazł pociechę i oparcie i pozwolił nam odejść. Pozwolił żyć „jak dawniej”. Pozostańmy jednak jeszcze chwilę, choć jaśnie wielmożny Jack nie ułatwi zadania naszym oczom kochającym półmrok. Niech będzie jasność: „Czy dlatego przystępuję znów nieśmiało do Boga, że zdaję sobie sprawę, iż nie ma innej drogi do H. jak tylko poprzez Niego? A przecież wiem doskonale, że nie można Go używać jako drogi. Jeśli nie jest metą, lecz drogą wiodącą do niej, jeśli nie jest celem, tylko środkiem do celu, to właściwie nie zbliżamy się do Niego wcale”.

Czas nam kończyć. Myśli Jacka wirują jeszcze przez moment niczym podnoszone wiatrem ziarenka piasku, potem łączą się, scalają, jedna w drugą wrasta i tężeje, jakby chciały stać się dla nas milowym kamieniem albo punktem oparcia. Niech nimi będą aż do kolejnego precyzyjnego uderzenia dłutem. Na razie emanują jasnym ciepłem.

Jack
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...