Tożsamość zakwestionowana

Tożsamość zakwestionowana

Oferta specjalna -25%

Introwertyzm. Cicha moc

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Grzech w odniesieniu do przykazań dotyczących piątku zaczyna się przede wszystkim tam, gdzie stajemy się niewolnikami i zakładnikami otaczającego nas świata. To właśnie wtedy z powodu konformizmu zachowujemy się inaczej, niż byśmy chcieli.

Znajomy Amerykanin, który nawrócił się na katolicyzm, zauważył ze zdziwieniem, że podczas gdy żydzi przestrzegają szabatu, nie jedzą wieprzowiny i nic w tym wstydliwego nie widzą, a muzułmanie przestrzegają ramadanu i jest to dla nich oczywisty znak rozpoznawczy, katolicy pytanie o piątkowy post zazwyczaj zbywają wzruszeniem ramion i lekceważeniem. To kwestionowanie własnej tożsamości było dla niego kompletnie niezrozumiałe. Myślę, że ów Amerykanin miał pewną cenną intuicję i wcale nie chcę używać jego wypowiedzi do wzbudzania poczucia winy z powodu nieprzestrzegania tradycji pokutnych piątków. Przeciwnie, wydaje mi się, że może istnieć w chrześcijaństwie jakiś istotny punkt wyróżniający je od innych tradycji, a mianowicie: kwestionowanie własnej i wspólnotowej tożsamości.

Religia wyboru

Spróbujmy w wielkim skrócie przypomnieć sobie, jak rozwijała się nasza wiara. Chrześcijaństwo najpierw dystansowało się od judaizmu i jego przesadnego zrytualizowania. Z chwilą, gdy zetknęło się z kulturą grecką, przekraczając więzi etniczne i narodowe, otworzyło się na myśl filozoficzną. Następnie w zderzeniu z potęgą Rzymian przejęło szacunek dla instytucji i prawa, choć pozostało zarazem wybitnie kontrkulturowe, uznając, że lepiej zginąć śmiercią męczeńską, niż oddać hołd Cezarowi.

Historia chrześcijaństwa jest historią spotkań, które kwestionowały dotychczasową tożsamość wierzących i otwierały ich na nową rzeczywistość, przemieniając zbiorową świadomość chrześcijan. Odkrycia kontynentów, odkrycia kosmiczne, wszystkie te rzeczywistości podważały dotychczasowe przekonania i budowały, mamy nadzieję, dojrzalszą samoświadomość ludzi wierzących. Wcale nie bezboleśnie. W czasach nowożytnych najpiękniejszą zdobyczą chrześcijaństwa było odkrycie znaczenia wolności. Dokonało się to jednak w bólach, w rozdarciu schizmy, poprzez doświadczenie protestantyzmu, czyli w jakiś sposób znów poprzez zakwestionowanie tożsamości. Wolność oznaczała, że religia jest sprawą wyboru, w odróżnieniu od tego, co religioznawcy określają mianem religii adhezji, czyli wchłonięcia i przynależności „automatycznej”, poprzez fakt narodzin lub zamieszkania. Tożsamość zakwestionowana jest zatem przypomnieniem o istocie religii, u której podłoża leży osobisty wybór. W tym miejscu jesteśmy dzisiaj: chcemy być wolni, chcemy być samodzielni, chcemy być racjonalni, a przecież także chcemy wierzyć.

Autonomia i autorytet

Przyjrzyjmy się kwestionowaniu tożsamości z perspektywy osobistego rozwoju człowieka. Każdy psycholog potwierdzi, jak ważne jest dla nastolatka buntowanie się przeciwko władzy rodziców. Niekiedy jest ono gwałtowne, czasem delikatne, zawsze jednak prowadzi do dookreślenia własnego „ja” jako odrębnego od „ja” rodzicielskiego. Nastolatek buntuje się przeciwko konkretnym decyzjom ojca i matki, ale gdy już będzie dorosły, dostrzeże, że mimowolnie staje się podobny do swoich rodziców, że choć nie musi ich już słuchać, żyje zgodnie z przekonaniami, które mu wszczepili: nie buntuje się przeciw temu, że musi wrócić do domu o 22, bo czuje, że świat nocą nie zawsze jest bezpieczny i dlatego lepiej siedzieć w domu. Wie, że aby coś osiągnąć, trzeba wytrwale pracować, a nie pozwalać sobie wyłącznie na rozrywkę, rozumie, że każde dogadzanie sobie jest moralnie podejrzane. Tyle, że takie „przekonania” czy „skrypty”, posługując się językiem psychologów, powinny w pewnym momencie życia stać się przedmiotem wyboru. Wtedy dopiero człowiek będzie jednostką autonomiczną, w przeciwieństwie do heteronomicznych osób, u których normy pochodzą z zewnątrz.

Co to jednak znaczy być osobą autonomiczną? Znaczy to tyle, że będąc osobą dorosłą, jesteśmy zdolni do przyjmowania autorytetu z zewnątrz! Bez poczucia zagrożenia, że to nie moje, że jak się na coś zgodzę, to znaczy, że jestem słaby. Człowiek dojrzały nie musi nikomu nic udowadniać, staje się wolny w przyjmowaniu zdania i przekonań innych jako niezagrażających jego pozycji i tożsamości. To znaczy, że może słuchać opinii rodziców, dlatego że mają doświadczenie życiowe, a nie dlatego że mają nad nim świadomą lub nieświadomą władzę. Dokonuje się więc przejście od człowieka heteronomicznego, poddanego procesom formowania, do człowieka autonomicznego samodzielnie budującego system wartości, a potem następuje etap trzeci i najtrudniejszy: człowieka „inkluzywnego”, czyli osoby autonomicznej, zdolnej do przyjmowania autorytetu z zewnątrz i rozwijania swojej tożsamości w spotkaniu z drugim człowiekiem, bez zagrożenia dla swojego „ja”.

Posty nakazane zachowywać…

Po tym wstępie nietrudno chyba się domyślić, co chcę powiedzieć w kwestii traktowania piątku jako dnia pokutnego. Można go kwestionować na płaszczyźnie praktyki, jak w młodzieńczym budowaniu tożsamości, jako coś zewnętrznego i nabytego. Można kwestionować samo przesłanie, przekaz związany z tą praktyką, choć to wymaga już dojrzałości, szczerości, uczciwości i wiedzy. Można wreszcie przyjąć bądź odrzucić tę praktykę jako przynależną do ludzi i wspólnoty, których obdarzamy (lub nie) zaufaniem, którzy są dla nas autorytetem i dlatego przyjmujemy wspólny nam system wartości, pozostając sobą – członkiem tej wspólnoty. Z wnętrza siebie, z wnętrza ugruntowanej tożsamości dokonuję wtedy dojrzałych wyborów religijnych.

Mówiliśmy dotychczas o tym, w jaki sposób przyjmujemy autorytet i zwyczaje. Teraz przypatrzmy się zawartości treściowej tych zwyczajów, czyli temu, o co tak naprawdę chodzi z tym katolickim piątkiem bez mięsa i bez hucznych zabaw?

Radość zasmuconych

W Piśmie Świętym jest fragment mówiący o tym, jak ludzie narzekają, że uczniowie Chrystusa tylko bawią się, ucztują i w ogóle nie poszczą. Pan Jezus mówi wtedy: „Czy goście weselni mogą pościć, dopóki pan młody jest z nimi? Nie mogą pościć, jak długo mają pana młodego u siebie. Lecz przyjdzie czas, kiedy zabiorą im pana młodego, a wtedy, w ów dzień, będą pościć” (Mk 2,19–20).

Tradycja chrześcijańska niemalże od początku zaczęła rozumieć „ów dzień” jako dzień męki. Piątek to czas, kiedy zabrano uczniom Tego, którego kochali; był dniem żałoby zabarwionej wstydem, że Go opuścili. Ów dzień żałoby miał jednak w sobie także nadzieję, bo wkrótce miała przyjść niedziela, dzień zmartwychwstania i powrotu do radości. W końcu chrześcijaństwo jest religią radości, historia zbawienia rozpoczyna się od słowa Haire! Raduj się, Maryjo, bo oto poczniesz Zbawiciela! Haire! Raduj się chrześcijaninie, bo jesteś wybrany i kochany! Ta radość nie oznacza jednak ciągłej zabawy, bo skontrastowana jest z męką i śmiercią. Nasze zbawienie dokonało się w bólu i opuszczeniu, i potwornej samotności Jezusa. Dlatego „ów dzień”, piątek, już na zawsze pozostanie smutnym dniem dla tych, którzy kochają Jezusa. Zwłaszcza Wielki Piątek jest dniem bez mszy, dniem ciszy, dniem, kiedy każdy z nas przeżywa samotność – nawet, jeśli przeżywa ją wspólnie.

Smutek rozstania z Jezusem był wyrażany w rozmaity sposób. Czasem bardziej podkreślano wymiar żałoby, a więc unikania zabaw w dzień śmierci Zbawiciela, czasem bardziej wymiar osobistej pokuty jako pamiątki niewierności i zdrady Jego najbliższych. W tym znaczeniu oba zalecenia dotyczące piątku, zarówno „zabaw hucznych nie urządzać”, jak i „powstrzymać się od spożywania pokarmów mięsnych”, mają wymiar wspólnej żałoby oraz wspólnej pokuty. Przy czym warto dodać, że zwieszanie głowy na pokaz jest całkowicie obce perspektywie biblijnej.

Kościół zachęca nas do wspólnego przeżywania, dlatego piątek to suma naszych indywidualnych samotności i smutków. Jego wartość w najwyższym stopniu zależy jednak od poziomu więzi z Jezusem i wspólnotą, którą On założył. Popatrzmy, jak różnie ludzie przeżywali żałobę po śmierci Jana Pawła II, jak różnie okazywali swój smutek. Dla jednych papież był osobą tak bliską, że trudno im było ukoić żal po jego odejściu. Niektórzy przez wiele dni nie potrafili wrócić do pracy i zwyczajnej codzienności. Innych denerwowały przedłużające się dni smutku w telewizji i całej przestrzeni życia publicznego.

We wspólnocie Kościoła chrześcijanie również od samego początku szukali pewnego balansu i słusznej miary w wyrażaniu żałoby i radości, umiejętności zanurzenia obu tych doświadczeń w codzienności swojego życia i pracy. Wspólnota postanowiła, że czasem wyrażania smutku z powodu śmierci Chrystusa będą właśnie piątki. Poszczególne autorytety lokalne miały zadecydować, co daną wspólnotę łączy i jak powinna ona wyrazić swoje doświadczenie żałoby i pokuty. W niektórych krajach „piątki” obowiązują np. tylko w okresie Wielkiego Postu (Stany Zjednoczone), w innych przez cały rok. Kościoły lokalne zawsze jednak podkreślają wartość starożytnej tradycji, powstrzymania się od hucznych zabaw i niejedzenia mięsa.

Budowanie tożsamości

Praktyka „piątkowa” ma podwójne znaczenie. Z jednej strony jest wyrazem przynależności do wspólnoty ludzi bliskich Jezusowi, a jednocześnie ma to poczucie przynależności budować, przez co zawsze jest nieco „na wyrost”. W efekcie doświadczamy pewnego napięcia między postawą kogoś, kto przyjmuje praktyki piątkowe, bo w pełni utożsamia się z daną wspólnotą, a postawą człowieka, który nie do końca „czuje” i akceptuje praktyki pokutne, ale chce przynależeć do wspólnoty i dlatego mimo wszystko uznaje wartość tych zachowań. W tym drugim wypadku można mówić o pewnej solidarności zachowań, która także buduje naszą tożsamość. To tak jak z przyjmowaniem komunii świętej, która jest znakiem istniejącej jedności, a jednocześnie tę jedność dopiero buduje.

Tożsamość nie oznacza zaangażowania jedynie w to, o czym mogę powiedzieć, że już teraz jest „moje”. To także robienie czegoś po to, aby stało się „moje”. Chcemy być sobą, to jasne, ale czasem nie wiadomo, którym sobą chcemy być? Takim, jakim jestem teraz, czy też takim, jakim chciałbym się stać? To napięcie zawsze będzie nam towarzyszyło. Także w kwestii przeżywania „piątków”. Praktykuję je, bo czuję się częścią wspólnoty, ale także dlatego że chcę, aby bycie częścią tej wspólnoty było bardziej „moje”, wynikało bardziej z wewnętrznych przekonań, na wszystkich poziomach mojej osobowości.

Wspólnotowe przeżywanie samotności. Ciekawe, prawda? Nawet jeśli nie lubisz się bawić w piątek albo w ogóle nie jesz mięsa, nie ma to znaczenia. Nie musisz nic sobie dodawać ani czuć się „niedoposzczony”. Sens tego dnia wynika bowiem z wymiaru Kościoła jako komunii ludzi i komunii z Bogiem. Ważne, że jesteśmy w tym doświadczeniu razem. Ma to znaczenie symboliczne i niemal sakramentalne, bo „gdzie dwóch lub trzech zgromadzonych jest w imię moje, tam Ja jestem” (Mt 18,20). Wspólna pokuta ma inne znaczenie niż osobista.

Przyjaźń z krową

Mówiliśmy już o piątku jako dniu samotności i żałoby. Chciałbym jeszcze wspomnieć krótko o eschatologicznym wymiarze piątku i postu. Ciekawe, że św. Benedykt nakazywał post bezmięsny, ale ów post nie obejmował ryb i… kur. Inni Ojcowie z kolei zalecali powstrzymanie się od spożywania nie tylko od mięsa, ale także masła, tłuszczu, jaj i sera. Różnica wynikała z ich podejścia do istoty postu. Ci drudzy podkreślali wymiar pokutny. Zależało im na tym, żeby post naprawdę był jakimś realnym wyrzeczeniem. Benedykt natomiast zwracał uwagę na wymiar eschatologiczny postu.

Rozumowanie Benedykta było następujące. Po pierwsze, w piątki należy minimalizować wszelkie cierpienie i zadawanie niepotrzebnego bólu. Im zwierzę ma bardziej rozbudowany układ nerwowy, tym więcej czuje. Ryby czy ptaki odczuwają ból w mniejszym stopniu, ponieważ ich układ nerwowy jest bardziej prymitywny niż u ssaków. Stąd zgoda na spożywanie ich mięsa w piątki. Takie jest pierwsze – raczej wątpliwe i niewystarczające – tłumaczenie Benedykta.

Ciekawsza natomiast wydaje się inna intuicja świętego, mianowicie przekonanie, że także zwierzęta powołane są do przyjaźni z człowiekiem, a przyjaciół nie zjada się bez potrzeby ?. Z krową łatwiej się zaprzyjaźnić niż z kurą czy rybą, twierdził Benedykt, i jest to zapowiedź powszechnego pokoju eschatologicznego, kiedy to na końcu czasów „pantera z koźlęciem razem leżeć będą” (Iz 11,6). To ciekawa intuicja. Zobaczmy na przykład, że powszechnie czujemy opór przed zjadaniem mięsa psa, kota czy konia. Są to istoty, z którymi możemy stworzyć więź emocjonalną. W myśl intuicji Benedykta, jest w nas pragnienie trwania w łączności i jedności z całą naturą wszechświata, a post jest tego zapowiedzią. Bardzo ekologiczne podejście, prawda? To jednak tylko pewna ciekawostka, dla ożywienia naszych rozważań ?.

Kiedy jestem sobą?

Grzech w odniesieniu do przykazań dotyczących piątku zaczyna się tam, gdzie stajemy się niewolnikami i zakładnikami otaczającego nas świata. To właśnie wtedy zachowujemy się inaczej, niż byśmy chcieli. Jeśli więc czujesz się chrześcijaninem, jeśli szukasz Jezusa i czujesz wspólnotę z ludźmi, którzy też za Nim tęsknią, nie obawiaj się trudnych wyborów. Bądź sobą, bądź wolny. Nie bój się powiedzieć kolegom: nie przyjdę na imprezę, bo jest piątek.

Jeden z naszych ojców opowiadał o parze studentów, którzy wynajęli dwa mieszkania w mieście, w którym studiowali, chociaż niedługo mieli wziąć ślub. Pytani przez kolegów o powody swej „nieracjonalnej” decyzji powiedzieli po prostu, że chcą przystępować do komunii i że 600 zł miesięcznie, które mogliby zaoszczędzić, wynajmując jedno mieszkanie, nie jest warte tego, by z przystępowania do sakramentu rezygnować. Szacunek! Jaka to musi być ulga, móc powiedzieć to, co się myśli, i zachowywać się tak, jak się myśli. Nie każdy ma taką odwagę. Nie każdy jest w pełni przekonany o swojej wierze. Ale zanim dojdziemy do takich poważnych wyborów i decyzji, warto poćwiczyć bycie sobą w zwykłe piątki. Postępuję tak, jak postępuję, bo tak chcę. Jestem chrześcijaninem i zachowuję się jak chrześcijanin, bo chcę być chrześcijaninem i zachowywać się jak chrześcijanin.

Papież Jan Paweł II wyróżniał w życiu postawy autentyczne i nieautentyczne. Do tych pierwszych zaliczał solidarność i sprzeciw. Wśród nieautentycznych umieszczał unik i konformizm. To niesłychanie ważne rozróżnienie. Unik i konformizm rozmywają osobowość, a ludzi, którzy są nie-sobą, nie da się kochać. Nawet Bogu trudno jest kochać kogoś, kto nie istnieje, kto jest nie-sobą i żyje w krainie fałszu.

Solidarność i sprzeciw są postawami autentycznymi, budują świat i nas samych. Nie bój się więc sprzeciwiać, to nic złego, ale rób to uczciwie, w solidarności z tymi, którzy są dla ciebie ważni, abyś stał się naprawdę sobą.

Tożsamość zakwestionowana
Jarosław Głodek OP

urodzony w 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, duszpasterz, doktor politologii, absolwent filozofii na Catholic University of America, socjusz prowincjała, radny Prowincji. Do zakonu dominikanów wstąpił w 1985 roku...