pustynia Monastyczne Wspólnoty Jerozolimskie
fot. David Vives

Patrząc na Was, odpoczywam

W powołaniu chodzi o miłość. Jedni znajdują ją w małżeństwie, a niektórzy w życiu kontemplacyjnym.

Kiedy w sobotę 2 października z kościoła przy Trasie Łazienkowskiej w Warszawie wyruszała procesja rozpoczynająca uroczystość konsekracji świątyni, na oddalonym o kilkadziesiąt metrów stadionie Legii sędzia Paweł Gil odgwizdał początek meczu. 17 tysięcy kibiców, którzy zasiedli na trybunach, nie szczędziło gardeł – skutecznie zagłuszali to, co działo się przed kościołem. – Nie mieliśmy szans, by ich przekrzyczeć – mówi siostra Jarosława.

Brat Dariusz nigdy specjalnie nie interesował się piłką nożną, ale tego wieczoru, po zakończeniu liturgii, wyszedł na ulicę i zapytał przechodniów o wynik meczu. Legia przegrała z Lechią 0 do 3.

Malbork

Kto wymyślił tę nazwę? – nie wiadomo. Ale tak już zostało. Malbork. I tyle. Skojarzenie niezwykle trafione. Siostra Joanna usiadła pierwszy raz na schodach przed Malborkiem w październiku 2001 roku. Niewykończony, przybrudzony budynek otoczony był ceglanym wysokim murem. Wyglądał jak kościół, tyle że z zamurowanym wejściem. Razem z siostrami zrobiła obchód wzdłuż całej budowli. Potem przez niewielką szparę zajrzały do środka. – Zobaczyłam ogromne pomieszczenie przypominające bardziej opuszczoną halę fabryczną niż kościół. Całość robiła bardzo przygnębiające wrażenie – wspomina dzisiaj.

Minęły trzy lata. W listopadzie 2004 roku ponownie znalazła się w Warszawie na Łazienkowskiej przed słynnym Malborkiem. Przyjechała z siostrami i braćmi z Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich na zaproszenie kard. Józefa Glempa. – Przecież ja już tu kiedyś byłam – przypomniała sobie, oglądając znajome mury. Tym razem nie musiała wspinać się na palce, zaglądać przez szpary w oknach. Weszła do środka – obejrzała kościół, podziemia i przylegające do świątyni budynki. I oczami wyobraźni w zimnych, pustych murach widziała już nowy dom dla Wspólnoty.

Sahara

Pytanie jak żyć, by mówić ludziom o Bogu wygnało trzydziestoparoletniego francuskiego kapłana Pierre’a-Marie Delfieux aż na Saharę. Wcześniej skończył teologię, socjologię i filozofię. Był duszpasterzem akademickim na Sorbonie, zrobił doktorat. Aż wreszcie zapragnął żyć jak eremita. Wracając po dwóch latach spędzonych na pustyni, na górze Assekrem, już wiedział, że współczesny świat potrzebuje mnichów. Ale nie tylko na pustyni, nie tylko zamkniętych w klauzurze, za grubymi murami i kratami. Potrzebuje ich też tam, gdzie tętni życie, w samym środku miasta, między ludźmi.

Zapalony do swego pomysłu Pierre-Marie Delfieux wraca do Francji i opowiada o nim arcybiskupowi Paryża kardynałowi François Marty’emu. Ten jest zachwycony. Jest rok 1974. Ksiądz Delfieux szuka mężczyzn gotowych dzielić z nim trud życia monastycznego. Kardynał Marty oddaje braciom kościół Saint Gervais w samym centrum Paryża. 1 listopada 1975 roku, w uroczystość Wszystkich Świętych, 12 braci gromadzi się pierwszy raz na modlitwie. Rok później dołączą do nich siostry.

Dziś do Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich należy 200 mnichów i mniszek 30 narodowości. Bracia i siostry składają śluby czystości, ubóstwa i posłuszeństwa. Trzy razy dziennie – rano, w południe i wieczorem spotykają się na wspólnej modlitwie, do której zapraszają wiernych świeckich. Swoje klasztory mają we Francji, Włoszech, Belgii, Kanadzie, Niemczech.

W Księdze życia, która jest regułą Wspólnot, brat Delfieux napisze: „Dziś powstaje nowy świat – wczoraj przeważnie wiejski, dzisiaj w większości miejski. Twoje powołanie odpowiada więc na szczególnie aktualne i palące wezwanie świata, Kościoła i Boga. Wiedz, że życie monastyczne nie stoi w sprzeczności ze współczesnym zjawiskiem urbanizacji. Obecnie pustynia jest także w mieście. Jak tylu świadków Boga, którzy stawali się kolejno Żydami dla Żydów, Grekami dla Greków i bezdomnymi dla bezdomnych, ty będziesz dzisiaj mieszkańcem miasta dla mieszkańców miasta”.

Niebo

Sprzątamy po obiedzie. Była pomidorowa z makaronem, ziemniaki, kaszanka i surówka. Gdy wszyscy zajęci byli jedzeniem, brat Jakub czytał na głos książkę. Potem zmienił go brat Paweł. Teraz Paweł myje naczynia, a reszta je wyciera, później chowa talerze i układa sztućce. Wszystko w absolutnym milczeniu. Słychać tylko szum wody, stukanie naczyń, odgłos otwieranych i zamykanych szafek. Za chwilę usiądziemy przy kawie, będzie można rozmawiać. Refektarz jest niewielki – trzy drewniane stoły ustawione w podkowę, przy każdym taborety. Mieści się najwyżej kilkanaście osób. Bo wspólnota z założenia ma być niewielka. Żeby żyć jak w rodzinie. W Polsce są od kwietnia. Na razie w warszawskim klasztorze zamieszkało siedmiu braci: Benedykt, ich przełożony, jest Czechem, Darek do czerwca mieszkał w klasztorze benedyktynów w Tyńcu, właśnie dziś wieczorem zamieni czarny habit na granatowy. Jakub przez kilkanaście lat był kapłanem diecezjalnym, Paweł nie ma habitu. Do wspólnoty dołączył trzy miesiące temu. Jeremiasz Ireneusz Maria nie wrócił jeszcze z pracy – jest pielęgniarzem w szpitalu prowadzonym przez wspólnotę Chleb Życia, Pio Tomasz studiuje teologię, Emmanuel Maria pochodzi ze Słowacji.

W tym samym czasie w budynku obok po obiedzie sprzątają siostry. Jest ich dwanaście – jedenaście Polek i jedna Francuzka, za kilka tygodni dołączą dwie kolejne kandydatki. Siostry noszą jasnoniebieskie habity i białe chustki. – Założyciel naszej wspólnoty brat Pierre-Marie Delfieux mówi, że habity braci przypominają niebo nocą, a habity sióstr niebo w ciągu dnia – tłumaczy mi brat Dariusz.

Miłość

– Dlaczego wybrałam tę wspólnotę, a nie inną? – podczas rozmowy siostra Joanna oprowadza mnie po klasztornych zabudowaniach. – Z wyborem wspólnoty jest trochę tak, jak z wyborem męża – tkwi w tym jakaś tajemnica. No bo dlaczego kobieta wybiera właśnie tego mężczyznę, skoro dookoła jest tylu innych wspaniałych?– pyta. – W powołaniu chodzi o miłość. Jedni znajdują ją w małżeństwie, inni w życiu kontemplacyjnym.

W miejscu, w którym stoi dziś warszawski Malbork, w okresie międzywojennym mieścił się kościół. W jego podziemiach w czasie Powstania Warszawskiego znajdował się szpital polowy. Bombardowania niemal całkowicie go zniszczyły – zginęli wszyscy pacjenci i personel oraz ci, którzy przyszli się tam schronić – w sumie kilkadziesiąt osób. Na początku lat 80. XX wieku pojawił się pomysł, by na gruzach dawnej świątyni wznieść nowy kościół – budowa ruszyła, ale z różnych przyczyn nigdy nie została ukończona. Nie było to arcydzieło architektury. Mogło razić i denerwować. Ale gdy w 2004 roku kardynał Józef Glemp zaproponował je braciom i siostrom ze Wspólnot Jerozolimskich, przyjęli to z radością. Zrujnowane budynki wymagały generalnego remontu. – Musieliśmy włożyć w to mnóstwo pracy, a poza tym kierowaliśmy pracami na odległość, dlatego trwały aż cztery lata. Bez pomocy naszych rodzin, przyjaciół, wiernych i Wspólnot z całego świata nie udźwignęlibyśmy tego kosztownego przedsięwzięcia – opowiada siostra Joanna.

Do Monastycznych Wspólnot Jerozolimskich wstąpiła pod koniec 1992 roku jako jedna z pierwszych Polek, ale o życiu zakonnym myślała już jako nastolatka. Choć broniła się przed tym, poszła na studia. – Mówiłam sobie: świat potrzebuje dobrych, świętych małżeństw. Była na ostatnim roku muzykologii na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, gdy poznała urszulankę siostrę Kingę Strzelecką. To ona właśnie przetłumaczyła na język polski Livre de Vie – Księgę życia napisaną przez ojca Pierre’a-Marie Delfieux. Za namową siostry Kingi pojechała do Paryża do kościoła Saint Gervais na tzw. staż. I poczuła, że to jest to. – Nie mogłam już dłużej uciekać przed życiem kontemplacyjnym. To było przedziwne doświadczenie: tak jakbym była stworzona dla Jeruzalem, a Jeruzalem dla mnie.

Dziś jest przełożoną w warszawskim klasztorze.

Kochaj

Paweł wielokrotnie w drodze do pracy przejeżdżał ulicą Łazienkowską. – Co to za brzydki kościół ? – zachodził w głowę. Aż któregoś dnia postanowił zaspokoić ciekawość i wybrał się na niedzielną mszę świętą o godz. 11. Kazanie głosił o. Benedykt. – Powalił mnie na kolana tym, jak mówił – przypomina sobie Paweł. Oczarowała go też liturgia, czterogłosowy śpiew braci i sióstr, surowy, niemal ascetyczny wygląd kościoła. – Po mszy podszedł do mnie brat Pio Tomasz i dał mi Księgę życia. Wsiadłem do autobusu, otworzyłem na pierwszej stronie i przeczytałem: „Kochaj…”. Przestraszyłem się i zamknąłem książkę.

W nocy z niedzieli na poniedziałek przeczytał całość. We wtorek poszedł na wieczorną liturgię. W następnym tygodniu przychodził każdego dnia. W lipcu tego roku zdecydował: chce związać swoje życie z Wspólnotą Jerozolimską.

Powołanie siostry Jarosławy rodziło się nad złotymi pierścionkami. Tyle że wtedy nie była Jarosławą, tylko Marceliną. Miała własny sklep na wsi, mieszkanie, samochód. – Wiedziałam, co znaczy trud zdobywania pieniędzy na utrzymanie, na prąd, na rachunki.

Złote pierścionki ściągała z ręki swojej zmarłej mamy, która odeszła nagle, w ciągu kilku minut. – I wtedy pomyślałam sobie, że pogoń za tym złotem, za zdobywaniem, gromadzeniem, urządzaniem nie ma sensu.

Zostawiła sklep, mieszkanie, samochód. Wstąpiła do zakonu. W 2001 roku, już jako zakonnica, wybrała się do katowickiej katedry na spotkanie z siostrami i braćmi ze Wspólnot Jerozolimskich. Gdy brat Pierre-Marie Delfieux wychodził po spotkaniu z kościoła, siostra Jarosława padła przed nim na kolana i poprosiła o błogosławieństwo.

Znała Księgę życia. – Początkowo czytałam ją jako dobrą książkę ascetyczną, poradnik życia duchowego dla zakonnic. Ale nagle poczułam, że chcę głębiej przeżyć swoje powołanie – powie dzisiaj. Pustynia w mieście pociągała ją. Powiedziała o tym swoim przełożonym i kierownikowi duchowemu. Przez siedem lat dojrzewała do tego, by zostać mniszką w sercu miasta. Zaryzykowała. Była już po czterdziestce, nie znała francuskiego. A jednak spakowała się i wyjechała do Paryża. Granatowy habit zamieniła na jasnoniebieski, czarny welon na białą chustkę.

Praca

Bracia i siostry mieszkają w osobnych budynkach. Trzy razy dziennie spotykają się na wspólnej modlitwie. Siostry klękają po prawej stronie, bracia po lewej. O 6 rano godzinna medytacja w ciszy i wspólna jutrznia. Potem śniadanie i wszyscy pędzą do pracy – w szpitalu, w hospicjum, w szkole, w kwiaciarni, w poradni psychologicznej, w biurze rachunkowym. Warunek jest jeden: praca musi być na pół etatu, by mnich miał czas na modlitwę, kontemplację, życie wspólne. Brat Delfieux tak napisał w Księdze życia: „Praca będzie dla ciebie uprzywilejowanym miejscem spotkania z człowiekiem-bratem tam, gdzie on żyje, i służbą przeżywaną w sercu miasta, w które masz się wtopić, bo przez sześć dni trzeba pracować. I Jezus, jako człowiek, tak mówił i czynił”.

Siostra Sylwana zamienia rano habit na granatowe dżinsy i sweter. Pracuje w Stowarzyszeniu Psychologów Chrześcijańskich. – Nie chcę, by mój habit kogoś onieśmielał, by stał się barierą w kontakcie – tłumaczy.

Długo szukała pracy. Wysłała setki maili, odwiedziła różne szkoły – skończyła psychopedagogikę i resocjalizację, ma uprawnienia, by zostać pedagogiem szkolnym. Ale gdy w sekretariacie mówiła, o co chodzi, wszyscy robili wielkie oczy. – Gdybym powiedziała, że chcę katechizować, pewnie nikt by się nie zdziwił. Ale zakonnica jako szkolny pedagog?

Albo zakonnica w kwiaciarni. Tak jak siostra Mariam. – Jeden z klientów myślał, że się przebrałam – opowiada.

Na Zachodzie zakonnice i zakonnicy pracujący wśród świeckich nie budzą takiego zdziwienia jak w Polsce. Można ich spotkać w sekretariatach różnych firm, w sklepach, księgarniach, biurach.

– Ta praca to źródło utrzymania, ale też wyraz solidarności z mieszkańcami miasta. Idziemy do pracy, tak jak oni. Jeździmy tramwajami, autobusami, metrem. Nasza obecność intryguje, jest wyzwaniem, znakiem zapytania. Dlatego nie możemy uciekać od ludzi, by być bliżej Boga. To pomyłka – tłumaczy siostra Joanna.

Tego dnia, gdy siostry Mariam i Anna wracały z pracy autobusem, stojąca obok nich czterdziestoparoletnia kobieta powiedziała: – Jak się na was patrzy, to człowiek odpoczywa.

Obowiązki

Siostra Sylwana, ta która chciała być szkolnym pedagogiem, ma dziś dyżur w kuchni. Przygotowała obiad. Teraz siedzi nad miską pełną jabłek. Obiera je starannie i wrzuca do wielkiego srebrnego garnka. – Obowiązkami dzielimy się sprawiedliwie. Ustalamy je na cały rok: kto odpowiada za gotowanie, sprzątanie, robienie zakupów, pranie, finanse, przyjmowanie gości. Każdy stara się wykonać swoje zadanie najlepiej, jak potrafi, i raczej nie zdarza się, by ktoś powiedział, że nie umie gotować czy prać – tłumaczy, wrzucając kolejną ćwiartkę jabłka do garnka.

Tyle że siostrom łatwo to mówić. Bo u braci jest już różnie, zwłaszcza jeśli chodzi o gotowanie. – Eksperymentujemy. I czasami po posiłku śpiewamy taką modlitwę: Od śmierci ocaliłeś Panie duszę mą – śmieją się sami z siebie.

Świadectwo

Brat Benedykt, ten od kazania, które zachwyciło Pawła, był kiedyś Davidem. Wychował się w ateistycznej rodzinie na Morawach. Słowo Bóg w jego domu nie istniało. – O tym, że człowiek oprócz ciała, rozumu i uczuć ma też duszę, dowiedziałem się od moich przyjaciół w szkole – mówi uczciwie.

Przegadał z nimi niejedną noc, przeczytał wiele książek, kupił Pismo Święte. Ale najbardziej zachwyciło go świadectwo ich życia. Zwłaszcza Jarki i Piotra – młodego małżeństwa. To od nich usłyszał, że Pan Bóg go kocha. – Miałem 18 lat, nie znałem żadnej modlitwy. Jedyne, co mogłem zrobić, to klęknąć przed krzyżem i trwać w ciszy – mówi dzisiaj. Po dwóch latach dojrzał do tego, by przyjąć chrzest. – Kiedy powiedziałem o tym mojej mamie, usłyszałem, że jestem ochrzczony, bo moja prababcia była osobą wierzącą i zadbała o to, bym otrzymał sakrament. Tylko przez 18 lat nikt nie zdążył mi o tym powiedzieć.

Zaczął chodzić do kościoła, przyjął pierwszą komunię, otrzymał bierzmowanie. Wstąpił do seminarium. Ojciec obraził się na niego i przez trzy miesiące w ogóle się do syna nie odzywał. Ale seminarium mu nie wystarczyło. Czuł, że potrzebuje czegoś więcej, że pragnie wstąpić do zakonu kontemplacyjnego. Tylko w całych Czechach takiego zakonu nie było. Przyjechał do Polski, do kamedułów, odwiedził trapistów we Francji. Stamtąd pojechał do Vézelay, gdzie poznał Wspólnoty Jerozolimskie, a wraz z nimi odnalazł swoje miejsce w życiu.

Kiedy zapytać go o moment nawrócenia, mówi: – Nie wiem, kiedy się to dokonało. Ale wiem, że moment nawrócenia był momentem powołania. Od tej chwili wiedziałem, że to już będzie na całe życie.

Modlitwa

Godzina 12.30. Warszawa tętni życiem. Ludzie są w pracy, w szkole, na zakupach, na lunchu. Stoją w korkach, jadą metrem, gotują obiad. Przed bramą prowadzącą na stadion Legii robotnicy układają kostkę brukową. Słychać wycie karetki pogotowia.

We Wspólnocie Jerozolimskiej rozpoczyna się właśnie południowa modlitwa. W kościele oprócz sióstr i braci jest kilkanaście osób świeckich. To ci, którzy już zasmakowali w pięknie śpiewanej liturgii, w surowym wyglądzie kościoła, w ciszy tego miejsca, w niespieszności, z jaką prowadzona jest modlitwa.

Brat Dariusz, który przez pięć lat był w zakonie oo. benedyktynów w Tyńcu, powie tak: – Kiedyś myślałem, że nie ma nic piękniejszego niż chorał gregoriański. Ale gdy pierwszy raz usłyszałem czterogłosowe śpiewy mnichów i mniszek ze Wspólnoty Jerozolimskiej, byłem urzeczony.

W tych śpiewach pobrzmiewa klimat Wschodu i Zachodu, rzewna nuta akatystu i surowość gregorianki. Może dlatego właśnie każdemu łatwo się tu odnaleźć.

Nad ołtarzem rozpięty jest potężnych rozmiarów krzyż, w tyle za ołtarzem na siedmioramiennej menorze palą się świece.

W czwartkowy wieczór, gdy po wieczornej eucharystii rozpoczyna się całonocne czuwanie przed Najświętszym Sakramentem, kościół zapełni się wiernymi, podobnie będzie w niedzielę na przedpołudniowej liturgii. – Tak jak mnisi w Egipcie budowali swoje eremy w pobliżu oaz, tak my stawiamy nasze kościoły w sercach miast, by ludzie mogli przyjść, kiedy tylko zechcą, i zaczerpnąć ze źródła – mówi siostra Sylwana.

Pustynia

Na pustynię mnisi i mniszki udają się w każdy poniedziałek. Tego dnia nie idą do pracy, posiłki jedzą w samotności, w samotności też się modlą. Spotykają się jedynie na południowej eucharystii w kościele. „Niech cię z tego nic nie zwalania, bo dla ciebie – mnicha mieszkającego w mieście – jest to konieczne dla fizycznej, psychicznej i duchowej równowagi. Bóg cię zaprasza, aby w tych dniach samotności oczarować cię, wyprowadzić na pustynię i w ciszy mówić do twego serca” – czytamy w Księdze życia.

Na pustynię wyruszają też co wieczór, gdy po kolacji cichną rozmowy i zaczyna się wielkie milczenie. „Rano Pan sam otworzy twoje wargi, a twoje usta będą głosić Jego chwałę” – napisze brat Delfieux.

Ale największą wyprawą na pustynię są coroczne sierpniowe rekolekcje. Bracia i siostry zamykają wtedy swoje klasztory i kościoły i opuszczają miasto. Wyjeżdżają w miejsca samotne, najczęściej w góry. Zazwyczaj do Aubrac we Francji. Mieszkają tam po kilka osób w kamiennych szałasach.

W Polsce w tym roku były to Gorce.

Cisza

Gdy w sobotę 2 października wieczorem Lechia strzelała Legii drugą bramkę, niezrażony dobiegającym ze stadionu hałasem arcybiskup Kazimierz Nycz powiedział podczas konsekracji kościoła: – Nie da się przekrzyczeć zgiełku współczesnego życia czy go zakazać. Nie da się przeczekać i powiedzieć: będziemy wam głosić Ewangelię wtedy, gdy się świat uciszy i uspokoi, a fale morza współczesności staną się bezpieczne. Przychodzimy przed krzyż Chrystusa, przed Jego ołtarz, po to, aby zaproponować ciszę, by zaproponować modlitwę – nie jako ucieczkę od świata, ale jako sposób na to, by w tym świecie spełnić swoją rolę i być duszą tego świata.

Po tych słowach siostra Jarosława bardzo się uspokoiła. Poczuła, że wszystko jest na swoim miejscu: i stadion, i klasztor, i ten hałas. I cisza.

Cytaty pochodzą z książki Pierre’a Marie Delfieux, Źródło na pustyni miast, Warszawa 1991.

Patrząc na Was, odpoczywam
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...