Na obcasach i bez

Na obcasach i bez

Oferta specjalna -25%

Jej mózg, jego mózg, czyli Bóg wie, co robi

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Niech nikt nie wmawia nam, że dobra matka to tylko ta, która rezygnuje z kariery, by zająć się wychowaniem swoich dzieci. Kobiety, które pracują, też są świetnymi matkami.

Późno wyszłam za mąż. Dziś myślę, że zbyt późno. Miałam 30 lat. Byłam zrealizowana zawodowo, towarzysko. Miałam własne mieszkanie, samochód i niezłą pracę. Żyłam na pełnych obrotach – od wczesnego rana do późnej nocy. Byłam absolutnie niezależna. Ale też dojrzała i gotowa do bycia żoną i matką.

Niektóre koleżanki zazdrościły mi: – Ty to masz fajnie. Wolny zawód. Teoretycznie miały rację. Teoretycznie. Bo one pracowały od 8 do 16. Ja najczęściej pracowałam po 10–12 godzin dziennie. W soboty i niedziele. Czasami w święta. Wchodząc do pracy, nigdy nie wiedziałam, o której z niej wyjdę. Trudno wtedy zaplanować cokolwiek. Nie policzę, ile razy musiałam odwoływać umówione spotkania, wyjścia, kolacje. Ile razy zostawiałam moich najbliższych przy świątecznym stole i biegłam do pracy. Taki zawód. I jak w to wszystko wkomponować dziecko? – Dam radę – myślałam i w głowie meblowałam swoje nowe życie.

Błogosławiony sen

Ciąża była dla mnie czasem kwitnienia – nie pamiętam, bym kiedykolwiek wcześniej czuła się tak szczęśliwa. Nie dawałam sobie jednak taryfy ulgowej – pracowałam na pełnych obrotach niemal do ostatniej chwili. I śmiałam się sama z siebie, że jeśli kiedykolwiek napiszę poradnik dla kobiet w ciąży, zacznę go tak: „Nigdy nie rób wielkiego remontu w domu na trzy miesiące przed porodem”. Ja zrobiłam. Przewróciłam mieszkanie do góry nogami, by wszystko było czyste, nowe i piękne na przyjęcie naszego dziecka. Do dziś podziwiam moich najbliższych, jak oni to wytrzymali – w ciąży podejmuje się jednak czasami irracjonalne decyzje.

W biegu zatrzymała mnie kontrolna wizyta na miesiąc przez wyznaczonym terminem porodu. – Musi pani leżeć – obwieścił mi lekarz i wręczył skierowanie do szpitala na kilka dni obserwacji. Leżeć? Nie byłam na to przygotowana. Wybiegłam z pracy, zostawiając włączony komputer, dziesiątki spraw, które czekały na swój finał, i niedopitą filiżankę herbaty. Miałam zaraz wrócić. Nigdy do tej pory niczego nie zawaliłam, nie wyobrażałam sobie, bym mogła się usprawiedliwiać brakiem czasu, złym samopoczuciem czy nadmiarem obowiązków, których – mimo ogromnego brzucha, jaki przed sobą dźwigałam, nikt mi nie szczędził.

Ale ponieważ nie było wtedy jeszcze telefonów komórkowych, laptopów i Internetu, zalana łzami musiałam się poddać. Mojej pracy nie dało się wykonywać z pozycji horyzontalnej.

Sporo mnie to kosztowało: skok ciśnienia, intensywne skurcze, łomotanie serca i nieprzespana cała noc. Rano, po obowiązkowych pochodach lekarskich, odpowiadaniu wciąż na te same pytania, niezliczonych badaniach i zapewnieniu męża, że dostarczył już moje zwolnienie lekarskie do sekretarek, w końcu zasnęłam. Był to sen błogosławiony. Jak Bóg wyciągnął śpiącemu Adamowi żebro z jego boku i uczynił kobietę, tak mnie podczas tego snu uczynił matką. Obudziłam się jak nowo narodzona. Praca? Telefony? Niezałatwione sprawy? Bzdura. Zapomniałam o nich szybciej, niż mogłam się tego spodziewać.

Trzy tygodnie później urodził się nasz syn. Zostałam mamą. Szczęście się ze mnie wylewało. Słowa dziękczynnej modlitwy same się układały. Od rana do wieczora.

Gdzie jest moje miejsce?

Nie ma się co oszukiwać: z chwilą pojawienia się pierwszego dziecka na świecie życie rodzinne – przynajmniej na jakiś czas – staje na głowie. Nic nie jest już tak, jak było. Nie znaczy to, że jest gorzej. Jest po prostu inaczej. Bardzo inaczej. Nim złapiemy wiatr w żagle, nim staniemy mocno na nogi i odnajdziemy się w tej nowej rzeczywistości, minie przynajmniej kilka tygodni.

Gdy wychodziłam za mąż, gdy decydowałam się na urodzenie dziecka, wiedziałam, że od tej pory rodzina będzie dla mnie najważniejsza, że wszystko inne zejdzie na drugi plan. Nie myślałam o tym z żalem. O czasie, który nie będzie już tylko moim czasem, o książkach, których chwilowo nie przeczytam, filmach, których nie obejrzę, przedstawieniach, na które przez jakiś czas nie pójdę do teatru, o koncertach, wypadach za miasto, spontanicznych wyjazdach, kolacjach u znajomych. Przeciwnie. Byłam tym nasycona. Teraz czekałam na coś nowego.

Wychowani z mężem w dość tradycyjnych rodzinach, gdzie obowiązki dzieliły się na typowo kobiece i typowo męskie, nieco inaczej niż nasi rodzice wyobrażaliśmy sobie nasze życie. To dawało mi perspektywę, że każde z nas nadal będzie mogło się realizować zawodowo. Tej pewności potrzebowałam. Nie potrafiłam sobie wyobrazić, bym mogła zupełnie zrezygnować z pracy, którą lubiłam, która dawała mi wiele satysfakcji. Tak myślałam, nim na świecie pojawił się mój syn.

Plan wydawał się prosty: najpierw urlop macierzyński, następnie zaległy urlop wypoczynkowy – w sumie siedem miesięcy w domu. Potem? Z pomocą dziadków podzielimy z mężem opiekę nad dzieckiem między siebie. Tyle, że miesiące mijały bardzo szybko. Szybciej niż do tej pory. Wychowywanie syna i prowadzenie domu uskrzydlało mnie. Domowe obiadki, ciasta, spacery. Poczucie stabilizacji, spokoju, spełnienia. Żona i mama. Praca? Nie chciałam wracać do pracy. Przynajmniej jeszcze nie teraz. Ale wyboru wielkiego nie miałam: z jednej pensji nie byliśmy w stanie się utrzymać. Powrót do pracy był oczywistością.

Nie było mi łatwo. Tym bardziej, że ze strony moich pracodawców na wielkie zrozumienie raczej liczyć nie mogłam. Przyzwyczajeni przez wiele lat do mojej dyspozycyjności, pracowitości, punktualności i perfekcjonizmu chcieli tego samego. Tylko czy ja potrafiłam im to dać?

Nigdy nie zapomnę tych pierwszych tygodni: żyłam rytmem mojego dziecka. Na ekranie monitora ważny dokument, który za chwilę musi być gotowy. A w głowie myśli: czy wypił mleko, czy zjadł banana, czy spał, czy był na spacerze?

Bycie pracującą mamą uczyło mnie wielu nowych rzeczy. Po pierwsze, zaufania. Do tych, którym zostawiam pod opieką dziecko. W naszym przypadku byli to dziadkowie. Musiałam zaakceptować, że nie wszystko zrobią tak, jak ja bym to zrobiła, musiałam przyjąć ich metody wychowawcze, musiałam zrozumieć, że dziadkowie – obok mnie i mojego męża – stają się bardzo ważnymi ludźmi w życiu naszego syna, z którymi nawiązuje silne więzi, za którymi tęskni.

Będąc w pracy, wyrzucałam sobie niejednokrotnie, że jestem wyrodną matką, wbijałam sobie do głowy, że moje dziecko jest beze mnie nieszczęśliwe. Chęć, by jak najszybciej wrócić do domu sprawiała, że zaczęłam o wiele efektywniej pracować. Zamiast śniadania w bufecie – kanapka przy biurku, zamiast ploteczek przy kawie – szybka wymiana zdań, zamiast brania na siebie dziesięciu zadań naraz – umiejętne i konsekwentne mówienie nie. Miażdżona spojrzeniami moich bezdzietnych koleżanek, które nie musiały jeszcze do niczego i do nikogo się spieszyć, wyłączałam komputer, zamykałam szufladę i dziarskim krokiem biegłam do domu.

Chwilę później zdejmowałam wysokie obcasy, wyrzuty sumienia zamieniałam na czas radosnej obecności z moim dzieckiem. Chodziłam na spacery, układałam klocki, czytałam książeczki, śpiewałam, rysowałam, karmiłam, usypiałam, kołysałam, wstawałam, pocieszałam. Z tyłu głowy sączył się jednak jakiś niepokój: czy nie powinnam pracować trochę więcej, lepiej? Bo przecież tuż za mną drepczą młodzi, świetnie wykształceni, dyspozycyjni, bez zobowiązań.

Otoczenie serwowało mi każdego dnia sprzeczne komunikaty: – Matka powinna być przy dziecku, nikt jej nie zastąpi. Dzieciństwo tak szybko mija. Kobieta to matka!

I z drugiej strony: – Nie rezygnuj z pracy, za kilka lat nie będziesz miała do czego wracać, rynek cię wypluje, nikt się o ciebie nie upomni, zmarnujesz cały potencjał, będziesz sfrustrowana i zgorzkniała. Ratunku, co robić!? – wołałam do nieba. I żyłam w jakimś niszczącym mnie rozdarciu.

Jak plaster na moje zranione wyrzutami serce była przypadkowa rozmowa z zaprzyjaźnionym kapłanem, któremu żaliłam się podczas rodzinnej kolacji, jak to nie dorastam do obowiązków: ile spraw zaniedbuję, z iloma nie nadążam, ilu nie podejmuję w ogóle. – Ciągle jestem z siebie niezadowolona – wyznałam. – To pycha – powiedział ku mojemu zaskoczeniu. Spróbuj zamiast czarnej listy, zrobić sobie białą. Pomyśl, ile rzeczy robisz świetnie, z iloma sobie radzisz, ile ogarniasz. I przestań się biczować, pozwól sobie na słabość, na niedoskonałość. Nie jesteś Panem Bogiem – mówił, zajadając się zrobioną przez mnie tartą szpinakową. Najpierw sobie pomyślałam: No tak, ksiądz, nie wie, o czym mówi. Ale gdy położyłam się spać, zaczęłam w głowie układać białą listę. Terapia okazała się zbawienna.

Gdzieś trzeba poluzować

Propozycja awansu przyszła bardzo nie w porę. Jeszcze nie tak dawno byłaby spełnieniem moich ambicji, aspiracji, marzeń. Teraz była jak balast, którego nie mogłam przyjąć. Kusząca wizja większych pieniędzy nie mogła przesłonić dodatkowych godzin spędzanych codziennie do późnego wieczora w pracy. Bez wielkiego namysłu i bez większego żalu musiałam powiedzieć „nie”. Choć widziałam, jak niektórzy stukają się w czoło, ubolewając nad moją głupotą.

Gdy po kilku miesiącach szef wrócił do tej rozmowy, zaczęłam się miotać. Jeszcze przed chwilą wydawało mi się, że dobrze wybrałam, że moja decyzja była słuszna. Że w tym momencie mojego życia rozsądek nakazywał taki właśnie podział ról. Nie da się przecież być wszędzie na 100 procent. Gdzieś trzeba poluzować. Albo-albo. Ale brzmiała mi też w uszach biblijna przypowieść. Czy nie jestem przypadkiem tym nieużytecznym sługą, który swój talent zakopuje w ziemi? Musiałam sobie jeszcze raz odpowiedzieć na pytanie: co jest dla mnie najważniejsze? Co jest najlepsze dla naszej rodziny? Modliłam się o światło Ducha Świętego, o dar mądrości, rozumu i rady. O jakiś znak z nieba. I odpowiedziałam sobie bardzo konkretnie: zaszłam w kolejną ciążę.

To nie sielanka

Nie lubię specjalnie zaglądać do poradników (poza książka kucharską), nie czytam kobiecej prasy, nie przeglądam dyskusji na forach internetowych. Ale wtedy potrzebowałam tego jak nigdy wcześniej. Chciałam mieć pewność, że nie tylko ja szukam odpowiedzi, że nie tylko ja uprawiam gimnastykę akrobatyczną, chcąc jak najlepiej wypełnić wszystkie swoje role. Że tysiące kobiet pracuje i wychowuje dzieci. Czy to znaczy, że te wszystkie dzieci są nieszczęśliwe, są pozbawione matczynej opieki, troski, miłości? Czy matki, które zdecydowały się porzucić pracę, przynajmniej na jakiś czas, są lepsze, bo się poświęciły, bo umiały wybrać, zrezygnować? Czy bycie w domu przekłada się automatycznie na owocne, twórcze, inspirujące bycie z dzieckiem? Czy przypadkiem nie jest tak, że będąc mniej, jesteśmy bardziej – bo potrafimy ten wspólny czas owocnie zagospodarować, oddać go tylko dziecku. Upewniła mnie w tym któregoś dnia rozmowa z koleżanką. Ona nie pracowała, ja pracowałam. Ona często się zastanawiała: gdzie może zostawić dziecko. Ja się zastanawiałam: gdzie mogę zabrać dziecko.

Bycie mamą pracująca nie jest sielanką. To pewne. Ale czy bycie mamą niepracującą to sama rozkosz? Każda z nas niesie jakieś swoje problemy, frustracje, niezadowolenia, pytania. Każda z czegoś rezygnuje i coś zyskuje. Jedna decyzja pociąga za sobą kolejne.

Jestem mamą od 11 lat. Z małymi przerwami cały czas pracuję. Jestem szczęśliwa, spełniona, zrealizowana. Dochodzi druga w nocy. Kończę pisać. Nie przygotowałam obiadu na jutro. Trudno. Mąż coś ugotuje. Za cztery godziny zadzwoni mój budzik. Wstanę, wezmę szybki prysznic, zrobię makijaż, zepnę włosy. Zaparzę kawę, zrobię dzieciom śniadanie. Sprawdzę, czy mają wszystko w tornistrach. Zawiozę je do szkoły. Po drodze, w samochodzie zmówimy wspólnie poranną modlitwę. Trochę pogadamy, pożartujemy. Całuski na pożegnanie. Po południu znów będziemy razem. Wiem, że z każdym dniem coraz mniej potrzebują mojej obecności. Są samodzielni, zaradni. Mają swój świat, swoje zainteresowania, swoich kolegów. My uczestniczymy w ich życiu. Oni – w naszym. Wspólnie chodzimy po górach, jeździmy na nartach, żeglujemy. Jesteśmy pasjonatami gier planszowych. Mamy mnóstwo zaprzyjaźnionych rodzin – spotykamy się, odwiedzamy, robimy wypady za miasto. Mam poczucie, że nasza praca nie stanęła na drodze do spełnienia się w roli matki i ojca.

Wiem jednak, że to wszystko nie byłoby możliwe, gdyby zabrakło przy mnie mojego męża. To on mnie wspiera, to on mi radzi, to on dzieli ze mną wszystkie obowiązki. Wzajemnie uczymy się rodzicielstwa. Każdego dnia.

Wierzę głęboko, że nie ma jednego scenariusza i jednego przepisu na macierzyństwo. Dobra matka to nie ta, która rezygnuje z kariery i poświęca się wychowaniu dzieci. Ani ta, która pracuje. Dobra mama to ta, która jest szczęśliwa – pracująca i niepracująca. Spełniona i zrealizowana. Na miarę swoich marzeń.

Na obcasach i bez
Mariola Dobrowolska

urodzona w 1967 r. – polonistka i logopeda. Mężatka, ma dwóch dorosłych synów....