Jerzy
Oferta specjalna -25%

Po co światu mnich?

0 opinie
Wyczyść

Ostatni Poganin. W szczenięcych latach pilny czytelnik Juliana Apostaty – do lektury zachęcił go ojciec – „Kochany Rosiu”, czyli Stanisław Stempowski, towarzysz życia Marii Dąbrowskiej, stary mason i minister rolnictwa w rządzie Ukraińskiej Republiki Ludowej atamana Szymona Petlury. Ostatni Poganin. Bo przedostatnim był Lampedusa. Edukacja klasyczna, wrażliwość serca, estetyczne wysublimowanie oraz przekonanie, że chrześcijaństwo jest religią stosunkowo młodą (nie uwłacza to chrześcijaństwu w ustach kogoś, kto na Rzym spoglądał z pełną elegancji wyrozumiałością jako na złodziejskiego, młodszego kuzynka Grecji, no i walecznego nuworysza), uprawniałyby Jerzego do roli dublera w opowiadaniu Syrena, gdyby oczywiście profesor La Ciura z niejasnych powodów nie zmarł na banalny atak serca i nie wypadł do morza z pokładu parowca Rex płynącego do Neapolu w objęcia syreny Lighei, córki Kaliopy – istoty, której uśmiech odsłaniał „ząbki białe i ostre jak u młodego psiaka” i wyrażał „prawie zwierzęcą radość istnienia, pogodę pra­wie boską”. Zaistniałaby wtedy jednak pewna niezręczność, bo co w podwodnych, depresyjnych światach robiłby człowiek, który sam siebie przezwał Hostowcem – czyli wziął pseudonim od górskiego strumienia na Huculszczyźnie, którą kochał, a i gusta Jerzego szły raczej – pardon – w kierunku kobiet noszących w sobie jakąś rzadką chorobę, czego o nieśmiertelnym, płetwiastym stworzeniu powiedzieć nie można. A poza tym – jeśli wierzyć Claudio Magrisowi – La Ciura kochał się tylko z syreną, „czyli istotą, której nie ma. Pozostaje zatem śmierć”. Tymczasem Stempowski – Hostowiec na tak pogański luksus pozwolić sobie nie mógł, bo miał na karku Polskę, czyli rozbitków po dwóch stronach Żelaznej Kurtyny, którym należał się punkt odniesienia czy kierunek myślenia zapewniający ciągłość kultury. Myślał, być może naiwnie, że ciągłość tę zapewni dokładanie komentarzy do komentarzy, które biorą na warsztat klasykę literatury obmywaną przez bardzo żyzne muły autorów rzadkich, zapomnianych lub znanych tylko w wąskich kręgach prawdziwych smakoszy. To prawda, przy imperiach gazrurkowych mafiosów i tyranów przedsięwzięcie wydawało się sztuczne, bo jak pisał Andrzej Stanisław Kowalczyk, komentując Stempowskiego – „dzieło sztuki przedstawia świat lepiej uporządkowany pod względem wartości niż świat, który znamy z potocznego doświadczenia”, ale też obcowanie z dziełem nie pozostawia człowieka obojętnym, bo jest aktem samopoznania: „To jesteś ty. Musisz zmienić swoje życie”. Konsekwencje zaistnienia choćby jednego „samoświadomego” w sferze zduszonej wolności są dziś powszechnie znane. Jego elitarność i pisanie w końcu dla nielicznych denerwowała dominikanina o. Bocheńskiego, który taką opcję w twórczości uważał po prostu za stratę cennego czasu.

Pomysł Stempowskiego głupi jednak nie był, bo prowadził do stworzenia „przenośnej ojczyzny”, w której co bardziej wybredne a zdesperowane polityczną sytuacją świata umysły mogły zamieszkać i poczuć się godnie. Bez wszechobecnych polskich resentymentów, kłótni i choroby zwanej naj­ogólniej mesjanizmem, a której powszechnym objawem jest obnoszenie cierpień jako argumentu ostatecznego, co widać choćby u jednego z bohaterów Mrożka wskazującego na dziurę po zębie: „wybili, panie, za wolność wybili”. Hostowiec w jednym z listów komentarzy przywołuje stary huculski grzecznościowy zwyczaj polegający na zadawaniu 30 pytań, wśród których znajduje się i takie: czy w miejscu, które właśnie opuszcza pytany, ten się „nabywsja” – „nabył się” , „pomieszkał sobie”? A który z Polaków mógłby grzecznie odpowiedzieć, że się „nabywsja”? Zdaje się, że pomysł Hostowca przeżył rozbitków i znajdziemy kilku Polaków, którzy pieczołowicie takie przenośne ojczyzny wciąż hodują i wiernie strzegą ich granic przed zalewem literackiego chłamu, politycznego chamstwa i słabo utalentowaną sektą adamitów, dla której zaistnieć oznacza rozbierankę (również tę duchową) przed kamerą lub krzyżowanie oddechów w tańcu na lodzie pod gwiazdami. Głosy odzywające się z przenośnych ojczyzn zawsze są głosami wolnymi wolność ubezpieczającymi. Nie są to jednak głosy krytyki demolującej. Odradzał towarzystwo Zoilów i Arystarchów, no i dostało się Gombrowiczowi: „Jak rodzą się Zoile i Arystarchy? W wypadku Gombrowicza skłonność do agresywności i szyderstwa jest skutkiem dysproporcji między talentem i ambicją (…). Mnie osobiście – mimo mierności mego talentu – od nietolerancji i napastliwości chroniła znajomość wielkiej literatury dawnych czasów i wynikające stąd poczucie proporcji i dystansów”. Wyposażony był doskonale i miał wszystko, by zostać prymusem, który wie wszystko. Na marginesie dodam, że porządna polska wyszukiwarka powinna nazywać się „Stempowski”, bo i taką rolę on spełniał w erze przedkomputerowej. Marynia Czapska ma kłopot z tłumaczeniem technicznych terminów ze strefy gazów? Proszę bardzo – niech będzie o gazach w liście do niej z 7 kwietnia 1949 roku: „Gazy trzymane są na ogół w naczyniach metalowych, pod ciśnieniem, i naczynia takie, w kształcie rury, nazywane są u nas syfonami. Gazy przeżerające metale trzymane są w butlach (dame-jeanne, synonim bonbone). Wreszcie gazy przeżerające szkło, jak fluor, trzymane są w workach gumowych. Istnieją też butle czy syfony z cementu”. Prymusem nie został, bo prymus nie oznacza wiedzy, lecz tylko styl jej zdobywania i przekazywania. Prymusem był Reiss, kolega Stempowskiego ze szkoły Zgromadzenia Kupców w Warszawie: „Pytany odpowiadał bez pośpiechu, krótko, mówiąc dokładnie to, czego odeń oczekiwano. Jego wypracowania były też krótkie, wynosiły zazwyczaj półtorej stronicy. Pisane były bez poprawek, drobnym czytelnym pismem i odpowiadały najdokładniej temu, czego nauczyciel od prymusa oczekiwał. Nawet krótkość jego wypracowań nosiła znamiona kokieterii i oszczędności w obchodzeniu się z czasem nauczyciela”. Stempowski z czasem pytających się nie liczył i jak wspomina Jan Kott – głosem monotonnym i tak cichym, że ledwie słyszalnym, wysnuwał z siebie mówione eseje i mogło to być o granicznych punktach sztuki u naturalistów, o pełnomocnictwach recenzenta, o czernieniu papieru czy o monsieur Chlewaskim – erudycie polskim i przyjacielu znakomitego pisarza i mniej znakomitego oficera dekownika z czasów Napoleona Paula-Louisa Couriera (to mógł być prototyp Stempowskiego). Względność czasu u Stempowskiego była tylko inną formą bezinteresowności wobec wiedzy, zdawałoby się, czystej i całkowicie niepraktycznej, która – według niego – niezmiernie pomaga jej adeptom w zapasach całkowicie przyziemnych i specjalistycznych. Lubił się przy tym powoływać na przykład młodzieży żydowskiej kształcącej się w chederach ofiarujących ledwie pamięciowe opanowanie całych rozdziałów Tory i Talmudu, młodzieży, która w taki właśnie sposób przygotowana świetnie radziła sobie później w handlu, przyćmiewając konkurentów z dyplomami szkół i akademii handlowych w kieszeni. Trudno dziś ocenić trafność tych rozwiązań intelektualnych Stempowskiego, ale z jednym się zgodzę – bezinteresowność i miłość w czytaniu i poznawaniu owocuje w człowieku znamienitą cechą najdobitniej określającą „warstwę” społeczeństwa nazywaną dawniej inteligencją – tą cechą jest refleks. Refleks, który zapewnia nam błyskawiczną orientację nie tylko na ścieżkach biegnących między przyzwoitym a nieprzyzwoitym, mądrym i głupim, skłamanym i prawdziwym, ale także w terenie, gdzie ścieżki te są niewiarygodnie splątane. I jest to refleks prawdy, która ma swoją dumę, choć nie ma w niej ani krzty pogardy i niemądrego wywyższania się. To ten refleks, o którym opowiada znana anegdota – być może prawdziwa. Do kawiarni SPATiF-u wchodzi pijany Himilsbach i woła: „Inteligencja wyp…!”. A Gustaw Holoubek z refleksem: „Nie wiem jak wy, ale ja wyp…”. Z refleksem Stempowskiego.

Jerzy
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz.W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze