Różaniec od dziadzi

Różaniec od dziadzi

Oferta specjalna -25%
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

O ile dość łatwo potrafił wpadać w entuzjazm, ale też i w gniew w zwykłych, czasem niezbyt ważnych rozmowach, to z cierpliwością umiał słuchać ludzi, którzy przychodzili do niego po radę i pomoc.

Pisanie wspomnień najłatwiej rozpocząć od czegoś, co istnieje niezależnie od naszej pamięci, czegoś, co można jeszcze teraz dotknąć, zobaczyć. Pierwszą taką rzeczą związaną z o. Joachimem jest mój dominikański różaniec przypięty pasem do habitu. Trudno zliczyć, ile razy chwytam go, nawet gdy nie myślę o modlitwie. Różaniec ten dostałem od „dziadzi” – tak wówczas o. Joachima nazywali studenci z poznańskiego DA – 12 września 1967 roku. Był to czas, kiedy partia i rząd PRL toczyły zaciekłą walkę z prymasem Wyszyńskim i „reakcyjnym” episkopatem o pamięć chrześcijańskich korzeni naszego narodu. W tej sytuacji, zgodnie ze swoją taktyką, poluzowały nieco szeregowemu klerowi, ojciec Badeni otrzymał paszport i mógł pierwszy raz spotkać się ze swoją matką i rodzeństwem po ich wyjeździe z Polski w 1951 roku. Na pamiątkę tego spotkania matka o. Joachima ofiarowała synowi nowy różaniec poświęcony bodaj przez papieża Pawła VI. Dzięki temu, stary, z twardszymi od kamienia paciorkami z drzewa kokowego, który ojciec dostał jeszcze, nowicjacie w Anglii, trafił do mnie, w dniu, kiedy złożyłem swe pierwsze śluby zakonne.

Drugą taką pamiątką jest Biblia Tysiąclecia, wydanie drugie poprawione z 1971 roku, w czerwonej obwolucie, ze znakiem własności na stronie tytułowej, zapisanym czerwonym flamastrem zdecydowanym czytelnym pismem – „o. Joachim Badeni, O.P., POZNAŃ, ul. Kościuszki 99 – Dominikanie, 1973”. Dostałem je od Joachima, gdy w 1975 roku opuszczał Poznań po latach duszpasterzowania w tym mieście, by udać się do Wrocławia. Miałem wtedy egzemplarz pierwszego wydania tej Biblii, który oddałem jednemu ze studentów z „mojego” duszpasterstwa. Do dziś mam związane z tym mieszane uczucia, bo w moim starym tomie zaznaczyłem na marginesach sporo glos, których już później nie odtworzyłem, a z drugiej strony, nie chciałem się też pozbywać daru od mojego dawnego duszpasterza. Musiałem jednak naśladować jego przykład. Nie godziło się zatrzymywać dwóch egzemplarzy Pisma Świętego, gdy jeden z nich mógł służyć komuś. Po latach mogę powiedzieć, że moja Biblia trafiła w dobre ręce.

Wiklinowy kosz

Dotknięcie tych pamiątek wyzwala wspomnienia. Przypominają one charakterystyczną cechę o. Joachima: wyzbywał się wszelkich przedmiotów, poza tymi, które były mu niezbędne. Gdy w 1975 roku jechał do Wrocławia, cały jego dobytek zmieścił się w jednym wiklinowym koszu, w którym zwyczajem dawnych dominikanów przewożono rzeczy do nowego miejsca ich pobytu. Dotyczyło to także książek. Jego miłością była najpierw Summa teologiczna św. Tomasza z Akwinu, później zainteresował się myślą Carla Junga, jako jeden z pierwszych w Polsce odkrył książki Tolkiena, które sprowadził dla siebie z Anglii. Wcześniej czy później trafiały one do klasztornej biblioteki. Tylko jedna miłość książkowa była niezmienna – Pismo Święte. Swój tom Biblii Tysiąclecia dał mi tylko dlatego, że miał inny egzemplarz, chyba w języku angielskim, opatrzony bogatszymi przypisami.

Gdy rozpoczynałem studia w Poznaniu, dominikanie kojarzyli mi się z inkwizycją. Ich kościół z amboną z płyt pilśniowych i podłogą wyłożoną pełnymi kurzu kokosowymi chodnikami wyraźnie mi się nie podobał. Zacząłem tam chodzić zdecydowanie z lenistwa, bo z ul. Dożynkowej, gdzie mieszkałem, można było po ostatniej popołudniowej mszy św. (bodaj po trzynastej) zdążyć przed zamknięciem stołówki u „Hanki Sawickiej” na obiad. Po jakimś czasie trafiłem na akademickie „dziewiątki”, rekolekcje wielkopostne, siódemki i konferencje czwartkowe („Katolik wieku atomowego”). Zorientowałem się, że jest dwóch duszpasterzy, że jeden wygląda jak przerośnięte putto z barokowego ołtarza, z kręconymi blond włoskami i lekko rysującą się łysiną, a drugi jest szczuplejszy i zdecydowanie łysy, a nawet, że jeden z nich ma imię Joachim, a drugi Tomasz. Gdy po powrocie z wakacji w 1961 roku gruchnęła wiadomość, że o. Joachim wstąpił do klasztoru kamedułów, byłem przekonany, że to właśnie ten o wyglądzie różowego aniołka.

Błysk gniewu

Z bliska poznałem o. Joachima dopiero po jego powrocie z klasztoru kamedułów. Fascynowała go wówczas nauka św. Tomasza z Akwinu. Komentując trudne kwestie Tomasza o bycie i istnieniu czy o Trójcy Świętej, potrafił porwać słuchaczy. Dla bardziej zainteresowanych prowadził „kółko tomistyczne”, które spotykało się w zaprzyjaźnionych poznańskich domach. Wyprzedzaliśmy w ten sposób pomysł późniejszego latającego uniwersytetu.

Jednego z tych spotkań nigdy nie zapomnę. Było to w gościnnym domu pani Szeptyckiej na poznańskiej Wildzie. Pod koniec seminarium, gdy już gospodyni częstowała nas herbatą i ciasteczkami, toczyła się bardziej luźna, choć nadal poważna rozmowa, dlaczego myśl Tomasza dociera tylko do wąskich kręgów osób najbardziej nią zainteresowanych, którzy już w jakiś sposób odkryli ją dla siebie. W pewnym momencie zabrałem głos, stwierdzając, że to już nie ten język, nie jest to metoda filozofowania, która byłaby zrozumiała w XX wieku. Zamknąłem to konkluzją, że dzieła Tomasza trzeba oprawić w skórę ze złoconymi napisami i z szacunkiem postawić na najwyższej półce biblioteki. Wtedy wydarzyło się coś dla mnie nieoczekiwanego. Ojciec zerwał się gwałtownie z fotela i z błyskiem gniewu w oczach wychylił się ku mnie tak, jakby w odpowiedzi na moje niezbyt mądre słowa chciał mnie uderzyć. Wszystko zakończyło się jednak dobrze dzięki interwencji siostrzenicy naszej gospodyni, która osłoniła mnie przed ręką rozgniewanego ojca Joachima.

Zwykle jednak reagował w bardziej dyskretny, ale też wyrazisty sposób. W sierpniu 1963 roku wędrowaliśmy sporą gromadą studentów po Bieszczadach, które wówczas były jeszcze naprawdę dzikie i trudno dostępne. Któregoś wieczora po trudach długiej wędrówki z ciężkimi plecakami i namiotami na plecach, już po sutej kolacji siedzieliśmy przy ognisku – cóż może być piękniejszego niż nocna rozmowa na górskiej polanie, pod rozgwieżdżonym niebem, w ciepłą sierpniową noc. Tylko dziewczyny, które kierowały naszym wędrownym gospodarstwem, były niezadowolone. Chłopcy powinni zaraz po kolacji umyć garnki, aluminiowe menażki i łyżki, żeby nie zaschły na nich ślady po makaronie z sosem i konserwą wołową. Panowie jednak mieli czas, noc jest długa, zmęczy nas rozmowa, to będziemy robić porządki. Minęło jeszcze sporo czasu, gdy ze ścieżki schodzącej do potoku usłyszeliśmy czyjeś kroki i brzęk metalu. Okazało się, że to o. Joachim pozbierał naczynia, umył je nad potokiem i teraz wracał z nimi do obozowiska. A nam było wstyd.

Ojciec Joachim był z natury niezwykle emocjonalny, choć z pewnością wychowanie, które wyniósł z arystokratycznego domu, pomagało mu nad sobą panować. Ta emocjonalność nie ułatwiała mu wyważenia sądów o ludziach. Niekiedy zbyt łatwo się niektórymi zachwycał, a czasem ostro, a nawet niesprawiedliwie reagował na postępowanie tych, którzy zawiedli jego zaufanie lub w jakiś sposób skrzywdzili czy dotknęli osobę lub sprawę dla niego ważną. Z drugiej strony żywo odpowiadał na potrzeby duchowe lub materialne tych, którzy szukali u niego pomocy i rady. Potrafił być w niespotykany sposób wierny dawnym przyjaźniom. Był też niezwykle świadom wagi spraw, które podejmował. Niech wystarczą tu dwa przykłady, pochodzące zresztą z dwóch odległych od siebie dziedzin.

Reprezentant

W 1961 roku ojciec Joachim wstąpił do klasztoru kamedułów, by tam rozwinąć charyzmat kontemplacji, którym z pewnością był obdarzony. W tym samym czasie władze PRL podjęły decyzję zniszczenia duszpasterstwa akademickiego – na początek wytypowano poznańskie duszpasterstwo dominikanów. I choć pierwsze uderzenie przy udziale prokuratury i oddziałów milicji zakończyło się kompromitacją, inicjatorzy tej akcji nie ustępowali. Trwały rewizje, przesłuchania studentów i wszystkich ojców mieszkających wówczas w klasztorze. Próbowano zlikwidować sam klasztor, nakładając nań niemożliwy do spłacenia domiar podatkowy. Działo się to wszystko w myśl zasady, którą cynicznie sformułował wobec subprzeora klasztoru o. Michała Mroczkowskiego ówczesny rządca miasta, przewodniczący Miejskiej Rady Narodowej: „Jak się chce psa uderzyć, to się zawsze kij znajdzie”. Na pomoc wezwano ojca Joachima, prosząc, by wrócił do Poznania. Na niego spadł obowiązek „reprezentowania” klasztoru i duszpasterstwa wobec UB. To on nieustannie wzywany musiał chodzić do ich siedziby przy ul. Kochanowskiego. Wymagało to i odwagi, i cierpliwości, ale też potrzebnej przebiegłości. Bronił się zwykłym sobie gadulstwem. Pokazywał naokoło urzędowy papier wzywający na przesłuchanie, po „siódemce” przepraszał, że nie może dłużej zostać ze studentami, bo właśnie wzywają go na UB, po powrocie opowiadał, o co pytał go pan kapitan albo jak odpowiadał panu majorowi (z podaniem ich nazwisk, których nie pamiętam). Te rozmowy toczyły się na odmiennych poziomach. Oni pytali jak funkcjonariusze, on odpowiadał jak kapłan. Jedna z opowieści dotyczyła pielgrzymki akademickiej na Jasną Górę, która tradycyjnie odbywała się w pierwszą niedzielę maja. Było to w okresie silnych nacisków. By zastraszyć studentów przed wyjazdem, ponoć nawet kasjerki PKP miały nakaz notowania numerów legitymacji tych osób, które kupowały bilet do Częstochowy. Po pielgrzymce pan kapitan z satysfakcją mówi:

– No niewielu was tam było, liczyliśmy uczestników mszy, którą ojciec odprawiał w jednej z bocznych kaplic (wtedy jeszcze nie było zwyczaju koncelebry), tylko ze dwudziestu.
Na to ojciec Joachim ze spokojem odpowiedział:
– Na początku było nas jeszcze mniej, tylko dwunastu.
– Gdzie i kiedy? – zareagował kapitan z szybkością wprawnego ubeka.
– W Wieczerniku podczas Ostatniej Wieczerzy – odpowiedział spokojnie ojciec Joachim.

Jeszcze dyskretniej potrafił ukryć swe emocje, gdy stawał wobec spraw najświętszych. O ile dość łatwo wpadał w entuzjazm, ale też i w gniew w zwykłych, czasem niezbyt ważnych rozmowach, to z cierpliwością umiał słuchać ludzi, którzy przychodzili do niego po radę i pomoc. Nigdy nie słyszałem, by zirytował się podczas spowiedzi, chociaż podobno raz, gdy penitent opowiadał coś długo i zawile, zasnął. Jeszcze w moich studenckich czasach, gdy rozważano sprawę odprawiania mszy świętej twarzą do wiernych, a w poznańskim kościele dominikanów stanął ołtarz pośrodku kaplicy akademickiej, nieraz powtarzał, że kapłan podczas celebrowania mszy świętej powinien zachować „twarz pokerzysty”, by nie rozpraszać uczestników tego misterium swoimi prawdziwymi czy udawanymi przeżyciami. Przyznam się, że zwłaszcza w tej ostatniej sprawie przez wszystkie lata mego kapłaństwa starałem się naśladować przykład i pouczenia o. Joachima. Nie zawsze jednak mi się to udaje.
Tym zdaniem zakończyłem moje wspomnienie i wysłałem do redakcji. Jednak pierwsi czytelnicy zwrócili mi uwagę, że ten ostatni akapit jest jakby puszczony. „Prosimy go rozszerzyć o parę zdań, trochę usymbolicznić”. Nic nie przychodzi mi dziś do głowy poza słowami prefacji mszy św. za zmarłych: „Życie Twoich wiernych zmarłych, Panie, zmienia się się, ale się nie kończy”. Wierzę, że jego życie tylko, choć radykalnie, się zmieniło.

W ciągu niemal stuletniego życia o. Joachima wiele się zmieniało, przychodzili doń też, aż do końca, coraz to nowi ludzie, którzy szukali jego rady i pouczenia, dla których był przykładem i oparciem. Niech wspomnę tylko tych, którzy mieszkali z nim pod jednym dachem – współbraci z klasztoru krakowskiego, którzy towarzyszyli mu troskliwie, dzień i noc, podczas ostatniej choroby. Zwłaszcza tym najmłodszym, którzy byli świadkami jego ostatnich słów na ziemi, chciałbym za tę miłość i troskę podziękować.

Różaniec od dziadzi
Jan Andrzej Spież OP

(ur. 4 sierpnia 1941 r. w Kaliszu - zm. 2 stycznia 2020 r.) – dominikanin, historyk, duszpasterz akademicki, uczestniczył w procesie beatyfikacyjnym bł. o. Michała Czartoryskiego OP (jako świadek) i księżnej raciborskiej Eufemii, dominikanki. Był autorem wielu artykułów na t...