ojciec Joachim Badeni OP opowiada przy świecach
fot. Maciej Chanaka OP
Oferta specjalna -25%

Dzieje Apostolskie

0 opinie
Wyczyść

Jeden z najbogatszych ludzi w przedwojennej Polsce, który mieszkał w najuboższej celi w naszym klasztorze, z tubki pasty do zębów wyciskał ostatki, bo przecież byłoby rozrzutnością wyrzucić niewyciśniętą do końca.

Bracia krakowskiego klasztoru dominikanów po śmierci Ojca Joachima Badeniego mówią: „zrobiło się pusto”. Pusto robi się wtedy, gdy zabraknie kogoś, kto wypełniał sobą jakieś ważne miejsce. Miejsce o. Joachima nie było miejscem widocznym, u schyłku życia prowadził – nie umiem tego lepiej nazwać – ukryte życie odkryte. Nie widać go było na naszych klasztornych kapitułach, nie mógł uczestniczyć w naszych wspólnych modlitwach, w chórze czy też na mszach św. całej wspólnoty. Ale żaden z nas, członków wspólnoty braci kaznodziejów klasztoru św. Trójcy w Krakowie, nie wydał w tak krótkim czasie tylu książek, choć już (w ostatnim okresie życia) prawie nie widział i słabo słyszał. A i komputer nie bardzo odróżniał od maszyny do pisania, zresztą to niezbyt wyrafinowane urządzenie nie interesowało go nigdy. Ale za to jak potrafił mówić! Jak bezbłędnie, wiedziony niezawodną intuicją i wyobraźnią, potrafił wpuścić strumień jasnego światła w mroki wiary, jak rozjaśniał prostą metaforą labirynty teologicznych rozważań. Widziałem oczy nagrywających jego słowa rozmówców (z tych rozmów powstawały książki), którzy zasłuchani zapominali czasami o obsłudze nagrywających urządzeń.

I taki był zawsze, taki żyje w mojej pamięci: ukryty i odsłonięty, otwarty na wszystkich (może z małymi wyjątkami), ale jednocześnie noszący w sobie jakąś tajemnicę. Na rekreacjach wspólnoty rozśmieszał nawet najbardziej smutnych braci swoim gadulstwem pełnym polotu i humoru, ale gdy się modlił, to prawdziwie był nieobecny w tej ziemskiej przestrzeni.

Beznadziejnie bezradny w rozlicznych sprawach codziennych, gubiący się w załatwianiu spraw administracyjnych czy organizacyjnych (gdy został do tego zmuszony), ale twardy dla siebie i konsekwentny we wszystkim, co naprawdę ważne w realizacji zakonnego życia.

Twarz świętego

Gdyby zapytać ojca Joachima: „Kim jesteś, człowiecze”?, na początku, żeby od razu ustawić sprawę, powiedziałby: „Jestem dominikaninem”. Z tym się utożsamiał, co nie znaczy, że wyrywał swoje wspaniałe korzenie – rodzinne, historyczne. Pewna twardość, którą miał do siebie, i wymagania, które sobie stawiał, to było niewątpliwie dziedzictwo prawdziwie szlachetnej krwi.

Dziwił się niejednokrotnie, że podoba się kobietom, choć sam w swojej twarzy żadnego uroku dopatrzeć się nie mógł. Wszyscy, którzy go pamiętamy, wiemy, że jego twarz potwierdza to, co powiedział znakomity brytyjski pisarz Orwell: Po pięćdziesiątce każdy ma taką twarz, jaką sobie wypracował. I to jest twarz świętego. W to wierzymy.

Wypracowanie twarzy zaczęło się pewnego wieczoru we Lwowie, gdy szedł w jakichś towarzyskich celach ulicą. Przechodząc obok figury Matki Bożej, uczuł mocne, acz delikatne dotknięcie, które skierowało go do kościoła i klasztoru dominikanów. Nie bardzo wiedział, kim są dominikanie. Chciał wstąpić najpierw jako tercjarz, bo mu się bardzo habit podobał, ale gdy usłyszał, że tercjarz dostaje habit tylko do trumny, powiedział, że nie, że nie odpowiada mu ta koncepcja. Poczekał na to, aż zostanie dominikaninem zawodowym. Już o to Pan Bóg zadbał. Różne to były drogi. Zaczęły się od tego dotknięcia. Przeżył łączność głęboką, duchową, z Matką Najświętszą. To jest rys jego duchowości niesłychanie istotny. A Matka Najświętsza wkładała mu w ręce książki mistyków. Twierdził, że niewiele rozumiał wtedy, gdy czytał św. Jana od Krzyża, Teresę z Avila i Katarzynę ze Sieny. Mówił, że czytał za dużo: „Czytałem mistyków jak kryminały, trzy książki dziennie”. To cały ojciec Joachim, jak to on, łapczywy w duchowym sensie.

Jego formacja religijna była oczywiście wyrazista i mocna, ale jakby oczekiwała na obudzenie osobiste. On wiedział, że trzeba chodzić do kościoła, że się mówi pacierz, który mówił od dzieciństwa, tylko że to uczestniczenie we mszy świętej, jak mi jeszcze w dawnych czasach opowiadał: „To tak, że wiedziałem, że trzeba przyjść przed Ewangelią na mszę świętą, a jak ksiądz pobłogosławi, to można wyjść i pójść na kawę do Maurizia przy Rynku Głównym”. To był podobno bardzo ważny lokal w Krakowie.

Bardzo mocno ufał Panu Bogu, że go prowadzi i, jak twierdził, „na szczęście wybuchła wojna i bolszewicy zabrali mi wszystkie majątki. Nie musiałem się tym trudzić i zostałem w ten sposób dominikaninem”.

Angielski nowicjusz

Został dominikaninem jeszcze w Anglii, ale przyjęto go do zakonu dla prowincji polskiej. Otrzymał bardzo solidną formację, przynajmniej filozoficzną, u dominikanów w Oksfordzie, i to w nim mocno tkwiło, chociaż oczywiście nie był intelektualistą w znaczeniu profesorskim. Był parę oczek wyżej, był mędrcem. Był mędrcem, który potrafił nie tylko zrozumieć to, co przeczyta, ale to, co zrozumie, przełożyć na język życia duchowego, ludzkiego, pełnego radości. Przybył do Polski i dalej kochał zakon jako profes, kapłan. Utożsamiał się z nim, jak człowiek utożsamia się ze swoją rodziną. Cieszył się z wszystkiego, co było radością naszej rodziny. Cieszył się wzrostem, nowymi powołaniami, młodością, która odmieniała twarz naszej prowincji. W czasie jego ostatniej choroby, gdy leżał w naszym klasztorze, w swojej celi, odbywała się w Krakowie kapituła prowincjalna i kiedy przyszedłem do niego, zawołał mnie i wyjawił tajemnicę: „Wiesz co, śniło mi się, że wybrali mnie na prowincjała”. Ale zaraz się uśmiechnął, jak to ojciec Joachim: „Odmówiłem ze względu na sędziwy wiek”.

Odmówił. Ale od razu potrafił przełożyć, jak to on, na coś naprawdę poważnego i ważnego i bardzo świadomie mówił, że te wszystkie bóle i trudy, to cierpienie związane z jego chorobą, on to wszystko kieruje w intencji prowincji.

Płacz hardego arystokraty

Nie znam człowieka, który by potrafił czytać jednocześnie Tomasza z Akwinu, Mistrza Eckharta, Tolkiena i Junga tak, by wszystko, co przeczytał, układało się w logiczną całość. I była to jego osobista „całość”, owoc tylko jego widzenia świata. Nie było to widzenie kierujące się emocjami, lecz rzadki dar intelektualnego wglądu, dany tym, których Platon posadził w swojej jaskini i poprzez cienie nauczył szukać światła.

A jednocześnie pokażcie mi księdza, który potrafi z przypadkowo spotkanym taksówkarzem rozmawiać z całą uwagą i szacunkiem o jego problemach rodzinnych.
Arystokrata, który najlepiej czuł się w wojsku we Francji, kiedy obcował na co dzień z synami górników, prostymi chłopcami, którzy zaciągnęli się do polskiej armii, by walczyć z hitlerowcami o wolną Polskę. Pamiętam jego wrogie warknięcie na dziennikarza, który dzwonił z propozycją wywiadu o jego myśliwskich przygodach. Naiwny żurnalista sądził, że zdobędzie świetny materiał, gdy namówi ojca-harbiego do wspomnień o gonitwie z chartami, i jakież było jego zdumienie, gdy trafił na zażartego wroga wszelkich polowań. Ojciec Joachim wspominał, że zraziła go pamięć płaczu zranionego zajączka: „nigdy tego nie zapomnę” – zaklinał się.

Ale jednocześnie o. Joachim był arystokratycznie hardy czy może w szlachetnym sensie dumny – gdy przymilny ubek, kusząc paszportem, próbował go skłonić do wyrażenia jakiejś opinii o roli Księdza Prymasa Wyszyńskiego w Kościele, wrzasnął na policyjnego lokaja, by „pocałował go w d…” i wyszedł, trzasnąwszy drzwiami. Nie był to tylko gest lojalnego sługi Kościoła, który nie donosił na biskupów, ale sama propozycja serwilistycznego zachowania dla zdobycia paszportu, dana jemu, świadomemu swej godności arystokracie, wzbudziła jego dziką irytację.

Gorący patriota, który mógł przeczekać wojnę w bezpiecznej Szwecji, w której przebywał w sierpniu 1939 roku, który w ostatniej chwili wrócił do kraju, bo przecież Ojczyzna w niebezpieczeństwie. I ten sam patriota podśmiewający się ze strojnych mundurów kombatantów szykujących się do paradnego wystąpienia. Oj, mieli mu to za złe.

Jeden z najbogatszych ludzi w przedwojennej Polsce, który mieszkał w najuboższej celi w naszym klasztorze, z tubki pasty do zębów wyciskał ostatki, bo przecież byłoby rozrzutnością wyrzucić niewyciśniętą do końca.

Uzdrowiciel

Ojciec Joachim był duszpasterzem akademickim. Poznałem go w 1957 roku. Widziałem, jak stawiał pierwsze kroki duszpasterskie.

Jako student historii sztuki postanowiłem go sprawdzić. Perfidia mojego planu polegała na tym, że zaproponowałem mu obejrzenie wystawy malarstwa abstrakcyjnego. Byłem przekonany, że ksiądz (a zakonnik to już w ogóle!) powinien zachować się typowo i po prostu wydziwiać z pogardliwym skrzywieniem ust. A on mi zrobił znakomity wykład, nie znawcy sztuki, lecz wrażliwego odbiorcy, dla którego widziane kolory i formy układały się w sensowne formy i budziły jego wyobraźnię. Potem już byłem bardziej ostrożny z takimi prowokacjami.

W stylu, jaki nadał duszpasterstwu, najważniejszym wydarzeniem, wokół którego wszystko inne się obracało – była msza św. Wszystko jest ważne – i spotkania, i gitara, i intelektualne rozważania, ale najważniejszą rzeczą była Eucharystia, ta codzienna, o siódmej rano, na której się gromadziliśmy. Dla mnie osobiście i dla moich współbraci, którzy wtedy jako studenci byli w duszpasterstwie, a teraz też są w rodzinie dominikańskiej, bardzo ważne było uczestniczenie w tych mszach. Widziałem, że ojciec Joachim bierze do ręki w czasie mszy nie opłatek, tylko Ciało Pańskie. Bez żadnej egzaltacji – po prostu było widać jego wiarę. Brał do ręki naprawdę Ciało Chrystusa.

Ważnym momentem było też jego spotkanie z ruchem Odnowy w Duchu Świętym. Sam bardzo głęboko przeżył taką odnowę, którą zawsze definiował jako głębinową falę sięgającą aż do samego dna ludzkich dusz, do samego dna Kościoła, aby ożywić, aby umocnić. Wielu ludzi wiary powierzchownej, ograniczającej się do zewnętrznych praktyk, odkrywało właśnie w ruchu Odnowy moc Bożej łaski, odkrywało bardzo osobiście Jezusa jako jedynego Pana i Zbawiciela. Ojciec Joachim bardzo dbał o to, żeby odnowa nie ograniczała się tylko do mocnych i prawdziwych, ale czasami tylko emocjonalnych przeżyć. Jego obecność duszpasterska była naznaczona troską o dwie sprawy: aby odnowa była ściśle związana z głębszym przeżywaniem życia sakramentalnego, nie tylko spotkań, i żeby msza święta była też spotkaniem modlitewnym – najważniejszym, nie tylko dodatkiem. Poza tym bardzo mocno zwracał uwagę na konieczność mądrego uczestniczenia w sakramencie pojednania. Duch Święty dał mu wielki dar, dar leczenia dusz. Wielu poranionych, słabych znajdowało w nim umocnienie, uzdrowienie. Niektórym to nawet w sensie fizycznym, somatycznym bardzo pomagało. Ale to nie były czary-mary, to było wielkie działanie duchowe. Ojciec Joachim jest takim wspaniałym doświadczeniem tego, czego duszpasterz może się dowiedzieć o człowieku, prowadząc go do Boga. Mówi się o rozmaitych obszarach ludzkich doświadczeń, w których ludzie uczą się człowieka. Ojciec Joachim wspaniale nauczył się, kim jest człowiek. Jak on, zakonnik, potrafił powiedzieć o miłości, o małżeństwie. Ile jest małżeństw, którym właśnie on pomógł się spotkać. Także i wtedy, gdy te spotkania były jakieś okaleczone, gdy trzeba było leczyć. Doświadczenie ludzkiej słabości, a jednocześnie wielkiej mocy odrodzenia i nawrócenia, wielka jego wiedza. Chyba mało jest tych, którzy aż tak potrafią poznać człowieka, właśnie dlatego, że widzą go z łaską i przez Boga.

Ostatnia msza

Ojciec Joachim to wielki przewodnik duchowy. Przewodnik to jest ten, który zna teren, po którym oprowadza. Tym terenem dla niego niewątpliwie była modlitwa. W ostatniej jego książce można przeczytać opinię, że modlić może się nauczyć tylko ten, kto pragnie Boga. Nawet wtedy, gdy, jak mówił, bardzo nieporadnie się modlił, tym, co na pewno budziło jego życie, było wielkie pragnienie Boga. Ono go prowadziło do jego powołania, do jego posługi, już jako kapłana kształtowało niewątpliwie ten ośrodek życia duchowego, świadomej obecności Jezusa w Eucharystii.

Gdy już był bardzo chory, wyznał z pewną nieśmiałością, gdy w celi przy jego łożu boleści odprawialiśmy Eucharystię, że nie bardzo może uważać, że nie może się skupić. Tłumaczyliśmy: „Ojcze, tu chodzi o obecność. Przecież ojciec wie, że Chrystus tutaj jest”. Gdy była odprawiana ostatnia na jego ziemskiej drodze Eucharystia, był już częściowo jakby nieobecny, ale mówią bracia, którzy się nim opiekowali, że gdy padły wypowiadane przez kapłana słowa: „To jest Ciało moje”, on podniósł rękę, jak ksiądz koncelebrujący. Jeszcze na kilka godzin przed śmiercią pozwolił mu Bóg odprawić Najświętszą Ofiarę. To jego doświadczenie modlitwy było trudne i bolesne. Spotykał się z atakami ciemności, jak to nazywał. Podobne doświadczenie było udziałem wielkich mistyków: świętego Jana od Krzyża, Małej Świętej Tereski, Matka Teresy z Kalkuty…

Dyskretnie, ale wyraziście mówił o tym także w czasie choroby, jak bardzo bolesne są doświadczenia ciemności, przez które przechodził. Wiedział, że to jest próba, próba wiary. A to było bolesne. Te ciemności szczególnie narastały, gdy zbliżał się Wielki Tydzień, Wielki Piątek. W ostatnim okresie życia nosił na piersiach ryngraf z Matką Najświętszą. To nie był żaden amulet. To był znak wiary, że matka, ta Najświętsza Matka ustrzeże go. W książce, w której opowiadał o śmierci, na pytanie Aliny Petrowej-Wasilewicz: „Umiera człowiek i co dalej?” odpowiedział: „Dla ateistów śmierć jest końcem wszystkiego, ale człowiek wierzący wie, że śmierć jest początkiem prawdziwego życia, tego życia można w pewnym stopniu skosztować już tu, na ziemi. O tym mówimy w czasie udzielania sakramentów, gdy sprawujemy Eucharystię. Jest ona przedsmakiem życia wiecznego”.

Kapłan-antyklerykał

Zawsze był „inny”, nie mieścił się w banalnych klatkach, w których umieszczamy znanych nam ludzi. Opowiadają, że wkroczył kiedyś, po odprawieniu porannej mszy św., do krakowskiego refektarza na śniadanie i gromkim głosem oświadczył: „Ja już nie wierzę!”. Słyszący to bracia i ojcowie struchleli, sądząc, że „coś z nim dzisiaj nie tak”, innym przyszło na myśl, że może rzeczywiście stracił wiarę i będzie kolejnym byłym księdzem, ulubieńcem telewizyjnych czy radiowych dziennikarzy. A on, zasiadając do posiłku, równie gromkim głosem świadczył: „Tak, ja rzeczywiście nie wierzę, ja wiem!”. Ci, którzy widzieli go sprawującego tajemnicę Eucharystii byli pewni, że on wie. Takie skupienie, jakie rysowało się na jego twarzy i w jego gestach, możliwe jest tylko u kogoś, kto stoi wobec Rzeczywistości i widzi Ją.

Gorliwy kapłan, który był ciętym „antyklerykałem”, śmiał się z języka, którym spora liczba kaznodziejów zanudza swych słuchaczy. Prowokowany przez braci, chętnie na rekreacjach improwizował teksty z zakresu homiletyki stosowanej, z których każdy zaczynał się od dowolnej litery: „ A nasza Matuchna Częstochowska…”, „Diabeł idzie na Pabianice…”. Ktoś prostodusznie zastawił pułapkę, prosząc, by wygłosił kazanie na literę „x”; reakcja była natychmiastowa: „Xiążę tego świata…”.

A trzeba wiedzieć, że był gorliwym czcicielem Czarnej Madonny, reprodukcja Jej obrazu była zawsze w jego celi, z najwyższym szacunkiem opowiadał o maryjnym akcencie polskiego Kościoła i praktyce duszpasterskiej Prymasa Wyszyńskiego.

Ojciec Joachim Badeni nie jest dobrym modelem do laurkowego portretu. Sądzę, że każdy taki portret musi mieć strukturę artykułu z Summy teologicznej św. Tomasza. Musi zawierać videtur quod (to, co nam się wydaje), następnie wyczerpujące odpowiedzi sed contra, natomiast tym, kim był naprawdę, jego corpus, pozostanie tajemnicą. Jak przejdziemy przez platońską jaskinię czyśćca, może zobaczymy.

Zawsze był inny…
Jan Andrzej Kłoczowski OP

urodzony 5 lipca 1937 r. w Warszawie – dominikanin, teolog, profesor filozofii, publicysta, rekolekcjonista, duszpasterz akademicki, mistrz świętej teologii, jeden z trzech ojców założycieli miesięcznika „W drodze”, był także duchowym opiekunem środowisk opozycyjnych....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze