Po co jestem kobietą?

Po co jestem kobietą?

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

Kim jesteś, Panie Boże, który powołałeś mnie do małżeństwa, a na moje latami powtarzane błaganie o rodzicielstwo odpowiadasz twardo, niezmiennie: „Nie!”?

Kobiecość jest piękna, skomplikowana, urzekająca, wielowątkowa. Cokolwiek by o niej powiedzieć, zawsze będzie to niewystarczające, czasem przesadzone, niedoszacowane. Kobiecość, choć wymyka się schematom i logicznemu wnioskowaniu, w kulturowym przekazie sprowadza się do jednego – do roli matki. Kultura ręka w rękę idzie tu z naturą. Przekazanie życia jest bowiem jedną z naturalnych ludzkich potrzeb.

Gdy one obie: potrzeba i rola okazują się niemożliwe do zrealizowania, zakwestionowane zostaje wszystko – w pierwszym rzędzie kobieta, która nie rodzi, a następnie natura i kultura, która – poza wyborem dziewictwa dla Królestwa Bożego – nie przewiduje alternatywy.

Kobieta, która nie rodzi, stawia zatem pytania: „Kim jestem?”, „Po co jestem?”, „Kim jest Bóg, który mnie stworzył i powołał do… do czego właśnie?”. Ciężaru tych pytań nie umniejsza nic – ani ich banalność, ani nużąca powtarzalność w każdym ludzkim, zdolnym do refleksji istnieniu. Fakt, że stawia je każdy i wielu znajduje satysfakcjonującą odpowiedź, nie sprawia, by kobieta, która nie rodzi, była bliżej poznania prawdy o sobie samej. Przeciwnie, odpowiedzi dobre i wystarczające innym, jej brzmią fałszywie. Drażnią i jątrzą, zmuszają, by nie ustawać w poszukiwaniach. Jak ona została pozbawiona oczywistości rodzenia, tak musi pozbawić oczywistości obiegowe sądy i opinie. Musi je odrzucić, by szukać prawdy dalej, głębiej, poza nimi.

Kim jestem?

„Jestem kobietą” – ten fundament tożsamości, jeden z nielicznych pewników, na których można się oprzeć, odkrywając czy konstruując swoje niepowtarzalne „ja”, chwieje się, chyboce, grozi rozpadem. Bo kobiecość kobiety, która nie rodzi, podana zostaje w wątpliwość. Skąd bowiem ma czerpać pewność, że jest kobietą?

Jedynie anatomia jest jej sojusznikiem. Chłopcy różnią się od dziewczynek, kobiety różnią się od mężczyzn – ten najprostszy przekaz jako jedyny wydaje się niepodważalny. Zawsze to jakaś pewność w gąszczu pytań i wątpliwości. Lecz anatomiczne rozróżnienie, które przyswaja sobie człowiek w wieku lat dwóch, okazuje się dalece niewystarczające, by budować na nim pewność swojej kobiecości.

Jeśli więc nie anatomia, to może psychologia? Może w mózgu, może w reakcjach psychicznych zakodowana jest ta odrębność, ta odmienność, jakiś rys bezdyskusyjnie kobiecy?

Zarówno w poradnikach psychologicznych, jak i w popularnonaukowej literaturze psychologicznej aż roi się od zestawień cech różnicujących kobiety i mężczyzn. Dowiedzieć się z nich można, że kobiety są bardziej emocjonalne, bardziej wrażliwe, przywiązują większą wagę do estetyki, są drobiazgowe, skoncentrowane na szczegółach, mają podzielną uwagę, potrafią jednocześnie robić obiad, zabawiać dziecko, wstawiać pranie i rozmawiać przez telefon… Tu kobieta, która nie rodzi, ma dwie możliwości – albo pasuje do tego modelu, albo nie. Prawdopodobieństwo, że nie pasuje jest duże. Wobec tak rozbudowanej listy różnic, niewielu jest takich, którzy wpiszą się w statystyczny wzorzec. Jakkolwiek wypadnie to psychologiczne samobadanie, nie da się na różnicach osobowości, co do których trudno mieć pewność, czy są wrodzone, czy nabyte, oprzeć swojej kobiecej tożsamości. Wystarczy pobieżny rzut oka na znajome żony i matki, by przekonać się, że wiele tych cech „typowo kobiecych” pojawia się z czasem, w ogniu walki o normalność dni w czasie, gdy na świat przychodzą dzieci. A życie w swoim bogactwie i różnorodności nie pozostawia złudzeń. Nie ma cech osobowościowych właściwych wszystkim kobietom i żadnemu mężczyźnie.

Po co jestem?

Nie anatomia zatem i nie psychologia sprawiają, że jest, że czuje się kobietą ta, która nie rodzi. Cóż więc czyni ją kobietą? Może – tak po prostu, po arystotelejsku – funkcja, przeznaczenie? Kobieta to ta, która rodzi dzieci. Lecz nasza tytułowa nie rodzi właśnie. Może jest siostrą zakonną, może singielką, a może żoną, która nie zostanie matką.

Trzeba więc wprowadzić modyfikację – kobieta to ta, która może rodzić dzieci. Jest do rodzenia zdolna. Ale skąd optymistyczna pewność, że może rodzić, skoro nie rodzi? Optymistyczna, ponieważ zakłada, że wybór należy do kobiety. Owszem, są kobiety, które w wolności serca wybierają Królestwo Boże i dla jego miłości rezygnują z małżeństwa i rodziny. To ich wolny, świadomy wybór – zostają konsekrowane. Lecz są jeszcze te, które nie wstąpią w związek małżeński, choć bardzo tego pragną – ciotki, wujkowie i sąsiedzi z mieszaniną żalu i pogardy mówić będą o nich: „singielki”, już nie, jak kiedyś, „stare panny”. One przez całe życie będą się uczyły oddawać Panu Bogu tęsknotę za wierną miłością mężczyzny i żal, że ich gotowość do bycia żoną i matką przez nikogo nie została przyjęta.

Są wreszcie te, które żyją w małżeństwie od lat. Przyjmując od Pana Boga powołanie do bycia żoną, zakładały, że powołanie do macierzyństwa jest w ich sytuacji oczywistością. Oddając się ukochanemu mężczyźnie, widziały w nim ojca swoich dzieci, a stając się żoną, oczekiwały, że zostaną matkami. Bo taki przecież jest plan Pana Boga dla każdego małżeństwa – płodność. Bo taki jest też cel życia małżeńskiego – rodzicielstwo. Zawierając małżeństwo, dokonały wyboru – wybrały życie z mężczyzną, wybrały rodzicielstwo. A Pan Bóg – wszystko na to wskazuje – ich wyboru nie przyjął. Miesiąc po miesiącu, rok po roku ich otwartość na życie spotyka się z odmową Tego, który jest Dawcą Życia. Nie do nich należy więc wybór. Bóg nie powierza im życia. Upływający czas pozbawia je złudzeń – nie są zdolne do wypełnienia funkcji rodzenia dzieci. Nie w tym bowiem jest ukryta tajemnica ich kobiecości.

Kim jest Bóg, który mnie stworzył?

Pytanie o Pana Boga jest najtrudniejsze. Niepłodność niesie z sobą zwątpienie i rozpacz. Wszystkie prawdy, dotąd bezpieczne i oczywiste, podane zostają w wątpliwość. Pytania, które rodzą się na dnie serca, budzą trwogę, bo brzmią niemalże bluźnierczo, aż strach stawiać je przed sobą, bo dokąd mogą mnie zaprowadzić poszukiwania odpowiedzi?

Kim jesteś, Panie Boże, który powołałeś mnie do małżeństwa, a na moje latami powtarzane błaganie o rodzicielstwo odpowiadasz twardo, niezmiennie: „Nie!”? Jak Ciebie prosić, jak przebłagać, jak użebrać tę łaskę, to dobro, którego tak pragnę, a które rozdzielasz hojnie wielu, lecz nie mnie?

Dlaczego w moje serce wpisałeś pragnienie rodzicielstwa? Dlaczego przez małżeństwo z ukochanym mężczyzną pozwoliłeś, by ono rozbudziło się, rozrosło, skoro nie masz zamiaru jego spełnić?
Czy Ty mnie karzesz niepłodnością? Za co? Za grzechy moje, czy moich przodków?

Czy uznajesz, że jestem niegodna, by mi zaufać i powierzyć życie?

Czego chcesz ode mnie?

Do czego mnie wzywasz, odmawiając mi tego, czego pragnę?

A może jest zupełnie inaczej?

Jeśli płodność, jak jedność, wierność i nierozerwalność małżeństwa, są tym, czego Ty pragniesz dla każdego, również dla mnie, to może Twoim – jak i moim – pragnieniem jest, by jednak dzieci z nas się rodziły. To dlaczego się nie rodzą? Skoro Ty – Bóg, dla którego nie ma nic niemożliwego, chcesz naszego rodzicielstwa, a my nosimy w sobie ciągłą otwartość na życie, w czym jest przeszkoda? Mamy wspólne pragnienie, lecz Twoja wszechmoc i nasza gotowość współpracy z Tobą nie wystarczają, by ono się spełniło. Dlaczego?

Jedyna sensowna odpowiedź – grzech pierworodny – jest kresem poszukiwań. Jest murem, w który można walić głową w bezsilnej rozpaczy albo przyjąć, że on stoi między nami i Bogiem. Boża wszechmoc wespół z naszą wolnością to za mało, by tu na ziemi go przeskoczyć. Nie ma w tym nic optymistycznego. Tli się jedynie odrobina nadziei, że kiedyś, stając twarzą w twarz z Bogiem i poznając tak, jak zostałam poznana, zrozumiem i nasycę wszystkie swoje pragnienia.

Skacząc ponad murem

A jednak można skoczyć ponad mur grzechu pierworodnego i jego konsekwencji. Można żyć szczęśliwie z niespełnionymi pragnieniami i niezaspokojonymi potrzebami. Więcej nawet, choć to w głowie się nie mieści, można żyć pełnią, życiem sytym i spełnionym, choć w przestrzeni faktów i zdarzeń nic się nie zmienia. Kobieta nadal jest niepłodna, nie rodzi. Lecz jeśli przemienia się jej serce, zmienia się wszystko i nic już nie pozostaje takie, jak kiedyś.

Rodzenie zmienia serce. Tak wiele kobiet mówi o narodzinach swoich dzieci jako o momencie przełomowym, zmieniającym je same i wszystko wokół. Lecz dziecko, człowieka rodzi się nie raz, lecz wiele, wiele razy. Dawanie miłości jest rodzeniem. Każdy gest miłości, szczególnie ten, który wiele kosztuje, wymaga ofiary, samozaparcia, odwagi, rodzi nas na nowo, rodzi nas bardziej. Spełnienie kobiecości nie tkwi w biologicznym rodzeniu. Pełnia życia tkwi w dawaniu miłości. Każdego dnia na nowo.

I można by tym zakończyć. Optymistycznie i radośnie jednak. Lecz czy to dawanie miłości przynależy do istoty kobiecości, czy człowieczeństwa? Czym się różni pełnia tak szeroko rozumianej kobiecości od pełni męskości, która przecież też się zawiera w oddawaniu swojego życia za innych?

A może – w ostatecznej ostateczności – kobiecość i męskość to tylko niuans, powab i piękno, różnorodność stworzenia, a w istocie liczy się jedno – człowieczeństwo nas wszystkich.

Po co jestem kobietą?
Agnieszka Szumska

urodzona w 1976 r. – absolwentka filologii polskiej, nauczycielka. Mężatka. Mama dzięki adopcji, ma dwoje dzieci....