Nie ma takiego pokolenia

Nie ma takiego pokolenia

Szwankuje język teologów. Nie znajdują słów, aby opisać tajemnicę Boga. Częściej mówią o moralności niż o wierze. Zauważam zanik umiejętności mówienia o Jezusie Chrystusie. Zamiast tego grzebiemy się w granicach moralności.

Z wykształcenia jestem teologiem. Z powołania osobą żyjącą w świecie, niedługo minie rok od momentu, gdy wstąpiłem w związek małżeński. Te dwa wyznaczniki dają mi w Polsce status dziwaka: świecki teolog. Podejrzliwie traktowany przez duchownych, bo być może będę miał zamiar zagarnąć ich prerogatywy i wtrącić swoje trzy grosze w kwestie, nad którymi panowali dotąd niepodzielnie. Konsternacja na twarzy świeckich, bo ktoś z takim wykształceniem, to ni pies ni wydra. Na wódkę można z takim pójść, czy może będzie moralizował? Bycie świeckim teologiem w Polsce oznacza bycie nikim. Nie zabieram głosu w sprawach wiary ludu Bożego. Nikt mnie o to nie prosi. Moje wykształcenie, lata studiów, praca naukowa okazały się nikomu i niczemu nie służyć. Tematy, które chciałbym poruszyć i do których miałbym w pełni prawo, nie przebiją się przez mur zawodowych i „uświęconych” teologów. Takich jak ja jest sporo. Jeszcze nikt (przynajmniej nie są mi znane takie dane) nie policzył, ilu jest w Polsce świeckich teologów. Ludzi, dla których jest miejsce w Kościele, którzy są w nim zakotwiczeni, a jednocześnie zepchnięci na margines życia we wspólnocie chrześcijan. Kresem marzeń o realizacji siebie jako teologa jest szkolna katecheza. (Nie ma się co łudzić: katechetami w większości są księża, więc świeccy absolwenci teologii zasilają jedynie szeregi bezrobotnych). O pozostaniu na uniwersytecie i pracy naukowej praktycznie nie ma co myśleć. Na temat życia osób świeckich, ich problemów, powołania (np. małżeństwa) piszą wyłącznie księża. Język duchownych (celibatariuszy) pozostaje skostniały, sztuczny i wciąż akademicki, gdy piszą o małżeństwie. Świecki teolog mógłby wnieść więcej realizmu i doświadczenia, mógłby odświeżyć zwiędły nieco dyskurs o istocie i realizacji powołania małżeńskiego oraz tego, co można umownie nazwać „teologią życia duchowego osób świeckich”. Duchowość osób świeckich jest własna, oryginalna, ale to trzeba odkryć. Zazwyczaj świeckim za wzór stawia się świętych, którzy byli osobami duchownymi. W rzeczywistości chrześcijanowi bez święceń stawia się za wzór księdza czy zakonnika. Niestety, w tematach dotyczących życia świeckiego stanowisko teologa bez święceń pozostaje głosem wołającego na pustyni. Ilu jest w Polsce ludzi, którym po latach studiów zamknięto usta w rzeczywistości naszego życia kościelnego w Polsce? Dostąpiliśmy zaszczytu dyskutowania o sprawach wielkich, zgłębialiśmy traktaty, teksty mistyków, ojców i doktorów Kościoła, postanowienia soborów. Mamy wiedzę, umiejętności, narzędzia. To wszystko okazało się nieważne? Niepotrzebne?

Nie jestem sam. Takich jak ja jest wielu. Zbyt wielu.

Raport

Największym problemem teologii w Polsce jest papież Jan Paweł II. Ten wielki teolog, myśliciel chrześcijański został potraktowany w swoim kraju jako złoty cielec. Wiem, że ta myśl wyrażona przez Stanisława Obirka brzmi nieprzyjemnie, ale należy powiedzieć sobie prawdę: tak, niestety, jest. Bałwochwalcze uwielbienie myśli Jana Pawła II i jego działań doprowadziło do skostnienia teologii. Nie doczekaliśmy się ani wybitnych teologów, ani oryginalnych interpretatorów myśli Jana Pawła II, a przecież był synem tej ziemi, podobne jak on wykształcenie odebrało wielu. Teologia w Polsce nie wydała intrygujących adeptów. Można usprawiedliwiać ten stan latami zniewolenia komunizmem, następnie powolnym wprowadzaniem w życie postanowień II soboru watykańskiego, nawet sytuacją polityczną w kraju, który ponownie odzyskał niepodległość. Jednak czy to naprawdę usprawiedliwia? Po latach okazuje się, że jedyną oryginalną osobowością pośród naszych teologów pozostaje ks. Wacław Hryniewicz OMI głoszący możliwość nadziei powszechnego zbawienia. Dalej: długo, długo nikt. Z ciekawych i mających coś do przekazania są jeszcze Stanisław Celestyn Napiórkowski OFMConv, ks. Tomasz Węcławski, ks. Wacław Oszajca SJ, ks. Jacek Bolewski SJ, ks. Dariusz Kowalczyk SJ. Z grona świeckich zauważalni są jedynie Elżbieta Adamiak i Józef Majewski. Czy nie jest zaskakujące, że najciekawszą książką teologiczną jest tom rozmów Nad przepaściami wiary przeprowadzony przez Adamiak i Majewskiego z Hryniewiczem? Jedną z najważniejszych książek o teologii napisał właśnie Majewski, a mowa tu o Teologii na rozdrożach. Książka aktualna, trudna i odważna.

Mamy świetnych autorów podręczników, co wskazywałoby raczej na umiejętności syntezy niż twórczego wysuwania wniosków i ich argumentowania. W wybieraniu cytatów i ich komentowaniu jesteśmy mistrzami. Własnych myśli nie potrafimy jednak spisać. Czego zabrakło polskim teologom? Wykształcenia? Z roku na rok wydaje się coraz lepsze. Więcej tłumaczeń, opracowań, wreszcie coraz zasobniejsze publikacje zachodnich teologów (dlaczego nie tłumaczy się prac naszych wschodnich sąsiadów?). Znajomości języków? Student przecież obowiązkowo uczy się przynajmniej jednego języka obcego.

Teologowie nie podejmują ważnych dyskusji, a jeśli już, to obwarowują się cytatami z dokumentów kościelnych, orzeczeń soborów. Własne zdanie wyrażone jest tak nieśmiało, jakby funkcją teologa było jedynie czołobitne powtarzanie raz zdobytych już informacji, a nie twórcze ich rozwijanie. Dogmat naprawdę otwiera całą przestrzeń spraw, tym samym jest raczej otwarciem drzwi niż ich zatrzaśnięciem. Większość teologów trzyma się uporczywie zapisanej litery prawd wiary, nie wchodząc w istotę ich ducha. Niestety, większość teologów dogmatycznych produkuje inne wyjaśnienie tego, co już wiemy. Nic w tym odkrywczego. Jeśli już teolog w Polsce zabiera głos w sporze żywo dotyczącym współczesnego człowieka, czyni to, posługując się językiem z minionej epoki i tak niejednoznacznie, że przeciętny człowiek jest pozostawiony samemu sobie. Większość naszych pseudosporów o naturze religijnej w rzeczywistości od kilku lat ogranicza się do ogranych tematów: aborcja, eutanazja, kara śmierci. Morze potrzeb jest jednak znacznie większe. Nie zainicjowano chociażby dyskusji o bezrobociu, nie podjęto zagadnienia teologicznego wymiaru polityki, a w demokracji w naszym wydaniu przydałoby się ten temat raz na zawsze uporządkować, umknęło uwadze „ukąszenie” postmodernizmem i wiele innych. Wydaje się, że zamieniono teologię w naukę dla nauki, świątobliwe gaworzenie natchnionych mężów, które nie przełada się na codzienne życie.

Teologia w Polsce istnieje pod znakiem Jana Pawła II i pod jego ciężarem jednocześnie ginie. Zaskakujące, jak z rozległej, śmiałej myśli wielkiego teologa można reprodukować setki marnych, podobnych do siebie, niczego nieodkrywających prac magisterskich. Większość z nich opiera się na skwapliwym napisaniu innym słowami tego, co już zostało powiedziane w tekstach Papieża.

Intelektualnym rozmachem teologia w naszym kraju przypomina bardziej skansen niż laboratorium wiary.

Dorastanie z Papieżem w tle

Jestem dzieckiem swoich czasów. Jako młody człowiek widziałem, jak państwo i Kościół angażują się w spory o kształt odrodzonej Polski, konstytucji, praw i obowiązków obywatela. Poziom dyskusji po obu stronach zraził mnie na lata do obu rozmówców. Nie chciałem w tym uczestniczyć. Spoglądałem, niewiele rozumiejąc, to na państwo, to na Kościół. Pomiędzy nimi jawił się zawsze Jan Paweł II. Entuzjastycznie przyjmowany, otaczany bałwochwalczym uwielbieniem. Nie ufałem wiwatującym tłumom. Wiedziałem, że po burzach oklasków, polskich przyśpiewkach, ci sami ludzie powrócą do odłożonych sporów. Wiedziałem, że te same tłumy sprawiające wrażenie spijających z ust Papieża każde słowo i rozumiejących je w lot, rozsypią się, przybierając każdemu właściwą, pojedynczą twarz z nietolerancją, dewocją, ksenofobią. Wiedziałem, że te same tłumy, które niosą człowieka na swych rękach, mogą innego człowieka zhańbić. Nie uczestniczyłem w tym.

Jan Paweł II: szacunek zawsze. Nie potrafiłem jednak czytać jego encyklik, homilii, całego archipelagu myśli. Ciągle między przecinkami, kropkami, w znakach przystankowych jak echo powracało bałwochwalcze uwielbienie mas. Jan Paweł II, król nasz polski malowany. Wiwatować, śpiewać, klaskać — potrafiliśmy, czytać i realizować — to było za trudne. Tym bardziej stawałem bezradny wobec tekstów Jana Pawła II, gdy perfidnie wykorzystywano jego myśli do poparcia swoich celów. Jako Polak czułem się totalnie wykorzystany, oszukany, zeszmacony, bo jeśli używa się do swoich rozgrywek jego głosu, wielkiego człowieka, to co można zrobić z moim? Patrzyłem zgorszony, gdy przed wstąpieniem Polski do Unii Europejskiej różnego rodzaju maści Polityczni Zbawiciele Narodu Polskiego podpierają swoje ksenofobiczne hasła zdaniami Papieża. „Papież ostrzega przed unią, istnieje spisek przeciwko Polsce, papież jest przeciwny referendum” — i tak dalej. Wątpliwości rozwiało zdecydowane i ostre przemówienie Jana Pawła II: Polska potrzebuje Europy, a Europa potrzebuje Polski. Dlaczego jednak nikt nie przeprosił za wcześniejsze wypowiedzi? Dlaczego nikt nie uderzył się w piersi? Dlaczego pozwoliliśmy, my, Polacy, tak swobodnie manipulować autorytetem przywódcy Kościoła?

Artysta i teolog

Teolog z otwartości na ludzi zmierza w stronę Boga. Jest otwarty na ludzi i otwarty na Boga. Teologia w Polsce pokonuje zaledwie połowę drogi — zmierza w stronę Boga, nie mając słuchu, wrażliwości na ludzi. Życie zna z gazety, a jedne dowody czerpie z życia wspólnego. Jednostka nie czyni wspólnoty. Teolog w Polsce przypomina nieco czarnoksiężnika zamkniętego w wysokiej wyniosłej wieży, z której ogląda przez lunetę tętniące w oddali miasto ze swoimi sprawami wielkimi i małymi. Z tego podglądania tworzy obraz społeczeństwa, dla którego jest. Bo teolog jest dla wspólnoty, dla Ludu Bożego, jest również dla ludzi spoza Kościoła. Teologia, która siedzi w samotnej wieży, nie ma nic wspólnego z życiem. Nie jest otwarta na ludzi, nie słucha ich, traci wrażliwość języka autentycznych problemów duchowych, duchowych zmagań i poszukiwań.

Szwankuje język teologów. Nie znajdują słów, aby opisać tajemnicę Boga. Częściej mówią o moralności niż o wierze. Zauważam zanik umiejętności mówienia o Jezusie Chrystusie. Zamiast tego grzebiemy się w granicach moralności. Wszyscy na dobrą sprawę wiemy, jak mamy postępować, a i tak nam to się nie udaje. Nikt od powtarzania tego faktu się nie poprawił. Człowiek może się zmienić, gdy spotka Kogoś, kto jest w stanie oddać za niego życie. Być może liczba tematów z pogranicza moralności jest odwrotnie proporcjonalna do jakości autentycznego zapatrzenia w Boga.

Jan Paweł II często nawiązywał w swoich publikacjach i przemówieniach do myśli artystów i filozofów. Czerpał z kultury, gdyż był człowiekiem zanurzonym w sztuce. Wrażliwość i otwartość na twórczość artystyczną, jak również fakt, że sam był poetą, pozwalały mu znaleźć taką przestrzeń mówienia o Bogu, jakiej głęboko pragnęliśmy. Święty i artysta są jakby wzajemnym uzupełnieniem, nierozłączną parą. Teolog i artysta są powiązani ze sobą. Teolog powinien mieć w sobie coś z człowieka sztuki, bo to sztuka łamie zasady i dociera znacznie dalej niż zdawkowe definicje. Obrazy, partytury, rzeźby, literatura intuicyjnie są nieraz znacznie bliżej Boga niż traktaty świątobliwych mężów. Sztuka jest narażona na wyśmianie, niezrozumienie — to ryzyko w nią wkalkulowane. Zazdroszczę nieraz teologom wypowiadającym się z niewzruszoną pewnością. Wydaje mi się, że przemawiają wtedy z punktu na Ziemi, który nazywam Pępkiem Świata. Mowa teologa jest tak samo narażona na dewastacje, jak każde dzieło sztuki. Tak samo bezbronna.

Teolog wzgardzony zachowuje się jak odrzucona kobieta. Nie dostrzega winy w sobie, w swoim języku, w postawie, którą przyjął. Rzadko jest w stanie wysłuchać głosów krytyki, zabić w sobie dumę. Na głosy nieprzechylne gotów jest od razu, jak gdyby z urzędu, nakładać wypowiedzi odsądzające od czci. W rzeczywistości, tak jak w naszym społeczeństwie, jest to już niemal klątwa.

Przyjęcie krytyki pozwala na powrót się umiejscowić. Mowa teologów nie jest Głosem Ostatecznym, bo i teolog nie jest Panem Bogiem. Ten, kto podąża ścieżkami nauki określanej w średniowieczu mianem pierwszej lub królowej nauki powinien zdawać sobie (a nieraz również innym) sprawę, że sam jest wędrowcem w drodze do Pana Boga.

Mówienie o Panu Bogu — zarówno w sztuce, jak i w teologii — zakłada próbę zrozumienia. Artysta jest w o tyle lepszej sytuacji, że wsłuchuje się w głosy publiczności. Wie, czy był odebrany tak, jak sobie tego życzył, albo że go zrozumiano. Teolog grzeszy pychą: przemawia, ale nie słucha. Jan Paweł II, widzieliśmy to wielokrotnie, wsłuchany był w lud Boży. Jego przemówienia, jego pisma były bardziej zaproszeniem do dialogu, przyjacielskim otwarciem niż bezdusznym oznajmieniem woli.

Zaufać człowiekowi

Wybrałem studia teologiczne, bo miałem zbyt dużo pytań. W trakcie studiów na niektóre z nich uzyskałem odpowiedź, szybko jednak się okazało, że jest też część takich, na które odpowiedź nie przychodzi szybko. Odpowiada samo życie, jeśli trwa przy Panu Bogu i ludziach. Studia teologiczne w dużym stopniu pokazały mi, że wątpliwości należy przykryć stertą uznanych, ortodoksyjnych pisarzy, czyli skasować swój umysł, wyprać go z pytającego „ja” i zająć się zdawaniem egzaminów, które są ważniejsze. Tak, byłem zniechęcony.

Z tekstów Jana Pawła II przerabialiśmy dwie encykliki: Redemptor hominisVeritatis splendor. Zwłaszcza tę ostatnią wałkowaliśmy niemiłosiernie na teologii moralnej. Grzebiąc się w szczegółach, kazuistycznie szukając, dzieląc i ćwiartkując tekst, zgubiliśmy całościową wizję Papieża.

Dopiero teraz, gdy nieśpiesznie powracam do encyklik papieskich, uderza mnie coś, czego brakuje polskim teologom. Zaufanie do człowieka. Wiara w człowieka.

Ten człowiek jest drogą Kościoła, drogą, która prowadzi niejako u podstawy tych wszystkich dróg, jakimi Kościół kroczyć powinien, ponieważ człowiek — każdy bez wyjątku — został odkupiony przez Chrystusa, ponieważ z człowiekiem — każdym bez wyjątku — Chrystus jest w jakiś sposób zjednoczony, nawet gdyby człowiek nie zdawał sobie z tego sprawy.

Zdanie oszałamiające. Można by robić całe wypisy z Redemptor hominis, ale ich myśl przewodnia jest jedna: człowiek jest drogą Kościoła. Z ręką na sercu: czy wyciągnęliśmy z tego wnioski?

Jak czytać?

Tekstowi nie należy się kłaniać, bo to najszybsza droga do jego uśmiercenia. Nikt nie czyta książek, które są w muzealnych gablotach. Kto z nas przeczytał O obrotach sfer niebieskich Mikołaja Kopernika? Ich „kanoniczność” zwalnia z obowiązku czytania. Z tekstem trzeba się spierać — wtedy żyje. Teologia w Polsce uśmierca i umniejsza myśl religijną Jana Pawła II. Encykliki, adhortacje, kazania, przemówienia, listy pasterskie się cytuje, ale się ich nie czyta. Dobrze mieć kilka przypisów z Papieża, parę zgrabnych cytatów i już błyszczymy. W rzeczywistości nie tyle jesteśmy wierni przesłaniu Jana Pawła II, ile raczej stajemy się jego nieudolnymi klonami. Myślę, że bylibyśmy bardziej wierni i bliżej niego, gdybyśmy zamiast ust pełnych frazesów i czołobitności weszli w autentyczny dialog z tym, co zechciał nam zostawić. Dialog nie zakłada rezygnacji z własnego myślenia. Inaczej część z nas, żeby porozmawiać z kimś ciekawym i inteligentnym, musiałaby mówić do lustra. Tekst, aby żył, czyli funkcjonował w społeczności, powinien stanąć w ogniu egzystencjalnego doświadczenia czytelnika.

Zdaję sobie sprawę z wagi papieskich dokumentów. Dla człowieka wierzącego mają nieraz znaczenie fundamentalne: tego nie da się ruszyć, podważyć, przesunąć. Należy jednak zrozumieć, na jakich fundamentach opiera swoją budowlę. Św. Tomasz z Akwinu miał powiedzieć, że wiara niepoparta wiedzą zamienia się w zabobon. Chciałbym zaproponować inne spojrzenie na tekst. Z tekstem trzeba się kłócić (mądrze), wadzić i mocować. Nieustannie go weryfikować. Wystawiać na ogień krzyżowych pytań. Wydać na pastwę życiowych doświadczeń. Wtedy się okaże, czy przetrwa, czy przepadnie. A my razem z nim.

JP2

Nie ma Pokolenia JP2. Choć z pewnością chcielibyśmy, żeby było. Nie ma i nie będzie takiego pokolenia. Jest coś innego. Do naszych narodowych miesięcy, do Marca, do Grudnia, do Czerwca, do Sierpnia, dołączył nam jeszcze Kwiecień i chyba tak należy na to patrzeć.

Czas po śmierci Jana Pawła II zaskoczył wszystkich. I chyba najbardziej zaskoczył Kościół w Polsce. To wierni byli inicjatorami spotkań, czuwań. Świeccy gromadzili się w kościołach, prosząc, a nierzadko domagając się, mszy świętej. Duchowni dali plamę. Nie byli przygotowani na taki obrót rzeczy. Nie wierzyli w swoje owieczki. Sytuacja wymknęła się pasterzom z rąk. Czuwania, trwanie na modlitwie, żałoba ludu Bożego… Duchowni byli w tym jakby nieobecni. Nie umieli się odnaleźć, znaleźć wspólnego języka ze świeckimi. Nagle zostali porwani przez falę wiary i uczuć wiernych. Bieg wydarzeń pokazał coś, co zostało w dniach żałoby skrzętnie zepchnięte pod dywan: istnieje bariera między duchownymi a świeckimi, nie jesteśmy razem, nie tworzymy naprawdę jednej Owczarni, nie rozumiemy ani wzajemnych potrzeb, ani oczekiwań, nawet własny język brzmi jak mowa obca. Myślę, że przyjdzie jeszcze czas na poważną dyskusję nad tym, co Kwiecień ujawnił w polskim Kościele.

Kibice znów zaczęli się bić, jedna z partii ogłosiła postulat amnestii dla więźniów dla uczczenia pamięci Jana Pawła II — tak, wróciliśmy do normalności i chyba wszystkim trochę ulżyło. O Pokoleniu JP2 zaczęło się robić coraz ciszej. Już nikt się nie łudził.

Nie ma Pokolenia JP2. Pokolenie JP2 nie założy odrębnej gazety, nie przejmie władzy w państwie, nie nastanie odgórna naprawa obyczajów. Na szczęście. Dlaczego? Czyżby to, co wydarzyło się w Kwietniu, nie miało żadnego znaczenia, niczego nie obudziło, niczego nie stworzyło?

Lubię patrzeć na swoich licealistów i ich twarze, gdy w trakcie dyskusji nieraz wplatam słowa: „Jesteście Pokoleniem JP2. Wiele się po was spodziewamy. Nie zawiedźcie nas”. Ich twarze nie wyrażają dosłownie nic. Jedno wielkie nic. Nie czują się żadnym pokoleniem i choć reagują emocjonalnie na przesłanie postaci Jana Pawła II, nie czują się powołani do jakiegokolwiek działania, nie mają żadnej misji. Może to i lepiej. Nie obciążajmy, nie nakładajmy na nich misji, którą sami mamy wykonać, a o której chcemy zapomnieć.

Śmierć Jana Pawła II pokazała, że jego osoba była wspólnym mianownikiem, elementem łączącym niezwykle zróżnicowaną młodzież. Nic jej do tej pory nie łączyło. Nie uznawała dat, ironizowała na temat nowego panteonu solidarnościowych bohaterów, słuchała różnej muzyki, była zmęczona państwem, które nie ma na nią pomysłu. Mimo fali krytyki stanu moralnego młodzieży to właśnie ona zdumiewała nas podczas kwietniowej żałoby. Powiedzmy szczerze: inspirowała nas.

Piszę o młodzieży, ale nie tylko ona jest wyznaczona do bycia Pokoleniem JP2. Niemal całe moje życie to czas pontyfikatu Jana Pawła II. Sam czuję się bardziej wyznaczony do dzierżenia ciężaru przynależności do Pokolenia JP2. Takiego pokolenia jednak nie ma. Ono jest po części w każdym z nas. Każdy z nas jest z tego pokolenia. Dlatego nie nastąpi odnowa moralna, nie będzie moralnej rewolucji, choć bardzo wszyscy tego pragniemy. Nic się nie zmieni. Autorytet Jana Pawła II dalej będzie wykorzystywany, wciąż nikt nie będzie za to przepraszał, a my zanurzymy się z lubością w naszych małych, przyziemnych sporach, nadając im rangę Spraw Niezwykle Ważnych. Wolę myśleć o Pokoleniu JP2 jako zadaniu, które czeka każdego z nas. Bo mamy zadanie.

Nie jestem socjologiczną etykietką. Nie ułatwię mediom opisu świata. Pokolenie JP2 to każdy, kto podjął zadanie. Na półce przybywa książek Jana Pawła II i książek o Janie Pawle II. Powoli. Jestem nieufny, wciąż podąża za mną cień bałwochwalczego uwielbienia Papieża. Przyglądam się temu towarzyszowi: nie wyzwolę się już z tego, deprecjonuje mnie to, a może pomaga? Osądzi mnie ktoś, że jestem dzieckiem swoich czasów?

Przybywa książek. Zaprzyjaźniam się z nimi. Mamy z Radkiem umowę, aby co pewien czas pisać do siebie listy, w których będziemy się dzielić wrażeniami z lektur encyklik Jana Pawła II. Bez bałwochwalczych oklasków, z autentycznym zaciekawieniem, z własną zgodą i niezgodą. Bo tekst musi być żywy.

Nie ma takiego pokolenia
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....