Wojna fundamentalizmów

Wojna fundamentalizmów

Drwiąc z islamu, jak i chyba z każdej religii, nie można liczyć na aplauz jego wyznawców. To jasne. Dlaczego więc niewinną w zamyśle, a opłakaną – jak się potem okazało – w skutkach zabawę drukowania karykatur proroka Mahometa rozpoczął prawicowy dziennik duński „Jyllands–Posten”? Ba, kiedy duńscy muzułmanie zaczęli protestować, a potem także muzułmanie w krajach arabskich, gdyż jak przekonywali, gazeta obraziła ich uczucia religijne, pisma z innych krajów europejskich na znak solidarności z „Jyllands–Posten” przedrukowały „duńskie karykatury”, gdyż – jak przekonywali z kolei dziennikarze – trzeba bronić w ten sposób wolności słowa. To, co się stało w konsekwencji radykalizowania postaw, zapowiada nie tyle wojnę między cywilizacjami, jak głosił kilkanaście lat temu Samuel Huntington, ile wojnę między dwoma fundamentalizami: laickim i religijnym.

Trudno więc po tym, co się stało (spalone ambasady krajów europejskich w muzułmańskich krajach, kilkanaście ofiar śmiertelnych w wyniku zamieszek, wzrastająca z dnia na dzień nienawiść między światem islamu a światem Zachodu), nie zapytać, czy europejskie media, do których dołączyła także rodzima „Rzeczpospolita”, postąpiły rozsądnie, publikując karykatury Proroka? Czy nie lały w ten sposób wody na młyn islamskich radykałów, którzy tylko czekają, by przy takich okazjach przedstawiać nas – ludzi Zachodu – jako godnych pożałowania bluźnierców?

Nie ma oczywiście żadnego usprawiedliwienia dla przemocy, którą zaprezentowali muzułmanie na ulicach Damaszku czy Palestyny. Trudno jednak także przejść do porządku dziennego nad krótkowzrocznością europejskich rządów i mediów w odniesieniu do wyznawców islamu. Powinniśmy przecież już dawno zdać sobie sprawę, że wtargnięcie islamu – czy to się komuś podoba, czy nie – w zachodnią przestrzeń polityczną i kulturową jest faktem.

Druga połowa XX wieku szczególnie dla świata zachodniego była okresem sielanki. Ogłaszano „koniec historii”. Przekonywano, że nic nie powstrzyma marszu liberalnej demokracji, podbijającej kolejne obszary naszej planety. Jednak „urlop od historii” skończył się szybciej, niż ktokolwiek przypuszczał. Obecnie, za sprawą islamu, musimy na nowo wyznaczać linie między swobodami obywatelskim a bezpieczeństwem oraz wolnością słowa a szacunkiem wobec przekonań religijnych.

Po pierwsze, fałszywa wersja islamu wtargnęła w naszą przestrzeń kulturową pod postacią terroru. Skuteczne i, co w tej logice ważne, spektakularne ataki na Nowy Jork, Madryt czy Londyn dowiodły, że liberalne społeczeństwa są bezradne wobec nowego–starego rodzaju przemocy, który postanowili na wolnych społeczeństwach sprawdzić islamscy terroryści. Terror okazał się skuteczny, gdyż otwarte społeczeństwo pokazało, że się boi. Terrorystom właśnie o to chodzi, bo starach zabija demokrację. Ludzie są więc gotowi zrezygnować z części swych swobód obywatelskich, jeśli tylko zyskają choćby minimalne gwarancje bezpieczeństwa. Bin Laden i jego uczniowie, co tu kryć, zmienili – mimo usilnych i de facto mało skutecznych wysiłków rządów – nasz otwarty styl życia. Na szczęście nie daliśmy sobie wmówić, że lider Al–Kaidy przemawia i działa w imieniu islamu.

Czy teraz „bunt arabskiej ulicy”, który wywołały karykatury Mahometa drukowane w europejskich gazetach, sprawi, że wolne media będą zmuszone kneblować sobie usta? Czy muzułmanie nie ograniczają swobody wypowiedzi?

Religia, co rozumie każdy pobożny człowiek, niezależnie od tego, czy jest chrześcijaninem, buddystą czy muzułmaninem, jest mu bliższa niż koszula ciału, dlatego domaga się szacunku dla swych przekonań. I ma do nich prawo – to również jedna z zachodnich wartości. Tym bardziej wrażliwy na tym punkcie jest islam, gdyż – przekonuje zmarły przed rokiem francuski filozof Paul Ricoeur – nie zdobył się on na to, na co świadomie czy mimowolnie zdobyło się judeochrześcijaństwo: swoje przekonania religijne poddało radykalnej krytyce. Islam nie przeszedł procesu sekularyzacji. Stąd wciąż ma kłopot ze zrozumieniem zachodniego przeświadczenia, że polityka i religia są radykalnie autonomiczne. Dla wyznawców Proroka obie rzeczywistości stanowią organiczną jedność. Czy więc konflikt jest nieunikniony?

Ricouer przywołuje pouczającą rozmowę ze swoim przyjacielem, znawcą islamu. Kolega filozofa tłumaczył mu, że ortodoksyjny muzułmanin, a więc żaden ekstremista, zawsze będzie postrzegał Zachód jako chrześcijański, nawet jeśli będzie to Zachód zdechrystianizowany. Będzie więc patrzył na Europę jako terytorium, na którym panuje fałszywa religia. Stąd muzułmanie mogą postrzegać świeckość państwa tylko jako szaloną ideę zrodzoną z fałszywych przekonań. Kiedy imam słyszy, że demokratyczne prawa są ważniejsze od praw religii, nie potrafi tego pojąć. Kiedy widzi w gazecie zdjęcie swojego Proroka z bombą w turbanie, jest przekonany, że się go poniża i obraża. Jeśli zaś ktoś mówi mu, że w ten sposób realizuje się wartość, którą jest wolność słowa, to tak, jakby przekonywał go, że „żelazo jest drewniane”.

Mamy więc porzucić nadzieję, że islam, podobnie jak chrześcijaństwo i judaizm, zdobędzie się na krytykę swych religijnych przekonań, oddzielając politykę od religii?  ?Tego nie wiem. Oczywiste jest jednak, że nie pomagamy wyznawcom islamu, zarówno tym zamieszkałym w Syrii, Libanie czy Iranie, jak i tym mającym kartę stałego pobytu we Francji czy Niemczech, albo cieszącym się statusem obywatela francuskiego czy niemieckiego wyznania muzułmańskiego, odnosić się z respektem choćby w minimalnym stopniu do naszych laickich wartości, kiedy drwimy z ich przekonań religijnych. Kiedy testujemy ich tolerancję, brukając ich religijną wrażliwość. Taka praktyka niewiele ma wspólnego z obroną wolności słowa. Europa, właśnie dlatego, że jej historia jest tak krwawa, musi nadal uczyć się miękkiej promocji tych wartości, których w ciągu wieków z takim trudem się dopracowała – w tym i wolności słowa. Dziś wobec islamu, którego nie da się już usunąć z naszej przestrzeni publicznej tak, jak usuwa się uschłe drzewo z parku. W multikulturowym i multireligijnym świecie nie można nie szukać przyjacielskiego kompromisu między różnorodnymi aktorami obecnymi w przestrzeni publicznej, jeśli nasze pluralistyczne społeczeństwa chcą się cieszyć i wolnością, i bezpieczeństwem. Najgorszy scenariusz, który przez chwilę pojawiał się na horyzoncie wywołanym karykaturami, to konfrontacja dwóch fundementalizmów: z jednej strony laickiego, z drugiej religijnego.

PS Jeden ze starszych Czytelników słusznie zwrócił mi uwagę, że w styczniowym felietonie pomyliłem nazwy soborowych dokumentów: myślałem o deklaracji Dignitatis humanae, i z niej pochodziły cytaty w moim tekście, a nie – jak napisałem – z deklaracji Nostra aetate. Bogu dzięki, że przed „wnukami” II soboru watykańskiego, do których się zaliczam, są jeszcze „synowie”!

Wojna fundamentalizmów
Jarosław Makowski

urodzony 22 kwietnia 1973 r. w Kutnie – polski historyk filozofii, teolog, dziennikarz i publicysta, dyrektor Instytutu Obywatelskiego. Publikował m.in. w „Gazecie Wyborczej”, „Rzeczpospolitej”, „Dzienniku Gazecie Prawnej”...