Chwilowo opętani

Chwilowo opętani

Niektórzy wytykają Kościołowi grzech zaniechania w sprawie rozliczenia się z PRL–owską przeszłością. Jeśli mają rację, to trzeba przyznać, że zgrzeszyli (przynajmniej głupotą) wszyscy ci – w tym szczególnie elity polityczne wspomagane przez większość mediów – którzy po roku 1989 ogłosili grubą kreskę, licząc na samooczyszczenie się różnych środowisk. Dali się zwieść tym, którzy cynicznie perorowali, że należy przebaczyć i patrzeć wspólnie w przyszłość, a nie polować na czarownice.

Teczki nie zostały jednak zalane na 50 lat betonem. Okazywało się, że ktoś nimi nieustannie gra. Nie brakowało takich, którzy dawali do zrozumienia, że mają zdolną porazić wiedzę na temat przeszłości pewnych osób. Mnożące się jak grzyby po deszczu afery gospodarcze pozwalały domyślać się wpływów agenturalnych powiązań na naszą polską rzeczywistość. I coraz bardziej oczywiste się stawało to, że lustracja nie jest poronioną ideą ziejących nienawiścią oszołomów, ale polityczno–społeczną koniecznością. Uchwalono zatem ustawę lustracyjną, powołano Rzecznika Interesu Publicznego i sąd lustracyjny, powstał Instytut Pamięci Narodowej. I oto po kilku latach działań tych szacownych instytucji, śledząc doniesienia mediów, można by odnieść wrażenie, że głównymi agentami umacniającymi komunę byli księża katoliccy. Padają nazwiska i pseudonimy. Niewielu domaga się szybkiego wyjaśnienia prawdy o śmierci księży zamordowanych przez ludzi służących obłędnej ideologii, ale jakże wielu z ukrywaną satysfakcją odkrywa prawdę o różnych TW Deltach i TW Ewach.

Czy powyższa refleksja jest obroną przez atak? Nie! Problem uporania się z agenturalną przeszłością niektórych duchownych oczywiście istnieje. Nie ma tu jednak prostych rozwiązań, a ci, którzy uważają, że remedium na wszystko jest słowo „komisja”, nie wiedzą tak naprawdę, o czym mówią. Warto uświadomić sobie fakt, że istniejące już komisje nie zawsze są w stanie jednoznacznie powiedzieć, czy przedmiot ich badań był świadomie zdradzającym tajnym współpracownikiem czy też skretyniałym gadułą. Ba! Okazuje się, że nawet sądy mają problemy z jednoznacznym orzekaniem – wszystkie instancje twierdzą: był agentem, a Sąd Najwyższy orzeka: nie był agentem. Co gorsza, bywa i tak, że sąd stwierdza, iż ktoś nie był TW, a jego dawni znajomi nadal utrzymują, że nie mają żadnych wątpliwości, iż dana osoba była agentem.

W Kościele istnieją wewnętrzne procedury umożliwiające wyznanie win i podjęcie pokuty. A co z zadośćuczynieniem w przypadku byłego tajnego współpracownika? Czy musi ono oznaczać publiczne przyznanie do winy albo przynajmniej przyznanie się wobec tych, na których choć raz doniósł? Nie jest to oczywiste. Temu, kto zdradzał żonę z kochanką, nie radzi się przecież od razu, aby przyznał się rodzinie do swych występków. Postępowanie w tych przypadkach musi być zindywidualizowane. Działanie według szablonu może narobić więcej szkody niż pożytku. Dla osób duchownych i zakonnych, którym sumienie coś wyrzuca z czasów PRL–u, głównym punktem odniesienia są biskupi i przełożeni zakonni. Sądzę, że sama sakramentalna spowiedź to za mało. Trzeba mieć odwagę powiedzieć prawdę przełożonemu, który ma władzę, by podejmować konkretne decyzje personalne.

Najtrudniejsza sytuacja to taka, kiedy np. osoba pokrzywdzona przychodzi do biskupa i pokazuje mu swoje teczki, z których wynika, że jakiś duchowny na nią donosił. Natomiast oskarżony ksiądz nie przyznaje się do winy, a ponadto pełni wciąż ważne funkcje w diecezji. Pokrzywdzony domaga się elementarnej sprawiedliwości (np. tego, by dawny tajny współpracownik nie był proboszczem), a oskarżony ogłasza, że jest niewinny i że w sposób podły go opluto. Wydaje się, że w takim wypadku potrzebna jest instancja, która rozstrzygnie sprawę. Czy jednak komisja eklezjalna czy też zakonna jest najlepszym gremium do rozstrzygania wątpliwości? Jest przecież możliwe, że w takiej komisji znajdzie się ktoś w taki czy inny sposób powiązany z oskarżonym o agenturę (księża diecezji czy też członkowie zakonu znają się nawzajem…). Czy nie byłoby lepiej oddać sprawę w ręce świeckich fachowców, którzy podczas swojej pracy korzystaliby jedynie z rad duchownych? Czy biskup, który powinien być ojcem dla wszystkich swoich księży, ma stawać się głównym lustratorem oceniającym zawartość teczek i owoce pracy komisji, którą powołał? Wszak ostatecznie personalną decyzję podejmuje biskup lub przełożony zakonny, a nie taka czy inna komisja. Tego rodzaju pytania można mnożyć.

Felieton ten piszę w Bydgoszczy. Czytam fragmenty „Kroniki Bydgoskiej”: „Funkcjonariusze SB przeprowadzili rozmowy z bydgoskimi jezuitami, w których żądali od nich zaprzestania »wystąpień przeciwko władzy«. Jezuici nie wystraszyli się częstych »wizyt« bezpieki i nie zamilkli. W Wigilię Bożego Narodzenia 24 grudnia 1981 roku o. Chabielski w kazaniu podkreślił: »Państwo jest państwem policyjnym, a i teraz są w kościele osoby, które kazania nie słuchają, tylko je podsłuchują«, a w pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia o. Figiel oświadczył: »Ostatnio dom księży jezuitów jest często odwiedzany przez panów ze Służby Bezpieczeństwa, którzy zarzucają księżom publiczne podburzanie społeczeństwa. Zakonnicy nie mają takiego zamiaru, mówią tylko prawdę, a te wizyty mają ich od tego odwieść«, dodając na koniec, że »ci, którzy przychodzą do kościoła, by podsłuchiwać i donosić, są również dziećmi Bożymi, chwilowo opętanymi przez diabła«”.

Ciekawe, kto dziś jest chwilowo opętany…

Chwilowo opętani
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....