Metamorfozy równoległe

Metamorfozy równoległe

Pan W., pracownik wypożyczalni książek w miasteczku N., obchodził trzydziestolecie pracy. Uroczystość była skromna, jak całe dotychczasowe życie bibliotekarza. Pan W. pracował w peryferyjnej placówce wbrew swoim aspiracjom, lecz w zgodzie z naturą mizantropa. Nikt, kto znał pana W., nie wątpił w nieograniczone horyzonty myślowe plasujące go w rzędzie intelektualistów niepośledniej miary. Problem bibliotekarza polegał jednak na niewspółmiernej — w stosunku do zalet umysłu — woli współzawodnictwa, a właściwie jej braku. Tej cechy próżno było doszukiwać się w postawie pana W. Stąd jego wybory życiowe stale oscylowały wokół spraw rangi najmniej ambitnej, wręcz trzeciorzędnej. Wartości preferowane przez lwią część społeczeństwa były bibliotekarzowi zdecydowanie obce. Mężczyzna ostentacyjnie gardził powszechnym pędem za mamoną, wszechobecną rywalizacją, uwielbieniem władzy, wyścigiem do kariery. Nie dość tego: pan W., mając w pogardzie wyżej wzmiankowane cechy, nigdy nie łaknął także znacznie bardziej przyziemnych atrybutów ludzkiej aktywności. Bibliotekarz nie odczuwał dojmujących dla innych potrzeb: zabawy, rozrywki, luksusu. Lekceważył on nawet tak istotną dla hedonistycznie nastawionej części populacji wartość jak uwielbienie zbytku.

Okoliczności trzydziestolecia pracy zawodowej nie odbiegały więc od całego wizerunku pana W.: były, jako się rzekło, mniej niż skromne. Kierowniczka biblioteki, pani Włada, wręczyła jubilatowi bukiet czerwonych róż, „złota rączka” — pan Genio wyszykował okolicznościowy dyplom, a stażystka Jolanta poczęstowała zebraną czwórkę tortem serowym. Skromna nie była tylko laudacja, którą na cześć pana W. wygłosiła jego przełożona. To akurat nie zdziwiło nikogo z obecnych, gdyż tajemnicą poliszynela była sympatia, którą pani Włada darzyła swojego pupila. Była to sympatia przechodząca w uwielbienie maskowana ledwie dystansem służbowym, który dzielił tych dwoje. Podniosłość chwili udzieliła się zebranym. Panu W. po policzkach potoczyły się łzy. Pani Włada, uznawszy, że chwila jest ku temu odpowiednia, wręczyła jubilatowi (osobiście wyproszoną na tę okoliczność od władz zwierzchnich) nagrodę pieniężną w wysokości przekraczającej comiesięczne pobory pracowników placówki. Ten akurat element uroczystości umknął uwadze świadków, kierowniczka, nader dyskretnie, wsunęła bowiem kopertę z banknotami w kieszeń marynarki pana W. Kiedy jubilat po powrocie do domu odnalazł przeznaczone dlań pieniądze, żachnął się zażenowany.

Tak zakończyła się owa szczególna uroczystość, która bibliotekarzowi uświadomiła nieubłagany upływ czasu. Jedni, jak pani Włada, rzekliby, że pan W. oddał bezcenne trzydzieści lat swojego życia instytucji krzewiącej kulturę, drudzy, jak emeryt Genio, utyskiwaliby nad podłym losem inteligenta w czasach pogardy dla wartości duchowych. A on, pan W. wiedział swoje: między zakurzonymi półkami pełnymi książek Prousta, Dostojewskiego, Joyce’a zmarnował życie. Upłynęło mu ono jako pasmo jednostajnych czynności nigdy niewykraczających ponad obowiązki wynikające z monotonnej profesji. Owszem, najpiękniejsze perły literatury światowej, które w komplecie chłonęły coraz bardziej zmęczone oczy pana W., rekompensowały mu w dwójnasób miałkość egzystencji. Mimo to w duszy bibliotekarza tliła się niekiedy ledwie wyczuwalna nuta żalu za niezrealizowanymi marzeniami: conradowskim losem wilków morskich, munchausenowską dezynwolturą, knajackimi doświadczeniami Geneta. I pewnie wszystkie te dobrze skrywane tęsknoty takie by pozostały, gdyby nie ślepy traf losu…

Czas wolny od rutynowych zajęć, który z okazji wypoczynku darowany został panu W., dłużył się niemiłosiernie. Zaległy urlop spędzany z dala od bohaterów literackich, z którymi zwykł na co dzień obcować, zdał się bibliotekarzowi udręką ponad miarę. Obietnica złożona w obecności współpracowników była jednak na tyle wiążąca, że pan W. postanowił przez miesiąc przymusowych wakacji nie tknąć żadnej książki. On, który zasoby biblioteki publicznej miasteczka N. znał od podszewki, a zerwany w środku nocy potrafił wymienić numery katalogowe ulubionych woluminów, musiał trzymać się z dala od tego, co stanowiło dlań esencję życia!

Perspektywa miesięcznej wstrzemięźliwości wydawała się na tyle uciążliwa, że pan W. uciekł w kontemplację. Na początku były to wspomnienia, potem dość luźne rozważania dotyczące zaniechań, których w jego bezbarwnym życiu było bez liku. Pan W. wygrzebał z zakamarków pamięci wizje: kobiet gotowych oddać mu swe dusze i ciała w nadziei na wspólne życie, odrzuconych projektów zawodowych, szalonych eskapad. Po dłuższej peregrynacji w głąb utraconej przeszłości bibliotekarz skonstatował, że gdyby na wszystkie wyzwania w stosownym momencie odpowiedział, jego życie byłoby równie barwne, jak to, będące udziałem znanych bohaterów literackich. Pan W. w swoich rozważaniach zabrnął tak daleko, że prawda wynikająca ze wspominków miast krzepić, zaczęła boleśnie uwierać. Była to bowiem prawda o życiu, które przeszło obok i nigdy już nie miało się spełnić.

Pokusę odmiany stanowiła koperta z zawartością kilku banknotów o nieprzesadnie wysokich nominałach. Tych samych, które pani Włada, z dyskrecją strzegącą je przed spojrzeniami postronnych, umieściła w kieszeni marynarki pana W. Gdyby nie uroczysta przysięga, bibliotekarz wydałby zapewne pieniądze w renomowanym antykwariacie na cymelia prozy światowej. Mężczyznę obligowała jednak obietnica wstrzemięźliwości czytelniczej, której w okresie urlopu postanowił dotrzymać. W życiu pana W. nie było miejsca na szaleństwo, a odstąpienie od raz przyjętych postanowień zdawało mu się złem wręcz niewyobrażalnym. Pozostawał jednak problem pieniędzy, które należało jakoś spożytkować. Najlepiej w taki sposób, by ich materializacja nie zburzyła poukładanej dotąd egzystencji. Możliwość wydania gotówki na przedmioty codziennego użytku zdała się panu W. pomysłem najprostszym, choć perspektywa zakupu większej liczby ubrań bądź artykułów spożywczych niosła ze sobą ładunek nieracjonalności. Po co mi zapas delicji lub kilka garniturów? — zastanawiał się, wzruszając obojętnie ramionami. Z drugiej strony pierwiastek pragmatyczny wpisany w stabilny los mocno przez lata znużył pana W. Pół wieku przewidywalnego aż do bólu żywota korciło, by postawić na głowie codzienne przyzwyczajenia. Jeśli nie w kwestiach fundamentalnych, to choćby drugorzędnych. Najbardziej kusząca wydawała się więc wizja roztrwonienia darowizny wbrew życiowym nawykom. Najlepiej w taki sposób, który niósłby ze sobą element nonszalancji, dezynwoltury, szaleństwa.

* * *

Pan C. pochodził z miasta T. Tam się urodził i tyle go widziano. Pewnego dnia uznał, że T. nie jest miejscem, w którym mógłby zrealizować swe pragnienie o szybkim życiu, a właśnie taki ideał bytowania przyświecał panu C.: żyć błyskawicznie, z klasą i fasonem, a przy tym nie przywiązywać się do miejsc, ludzi, a tym bardziej nie podejmować zobowiązań. Po prostu kolorowo. Profesji pan C. w praktyce okiełznał tak wiele, jakby chciał sprawdzić, która z nich przyniesie mu gwarancję indywidualnie postrzeganego snu o szczęściu. Co zrozumiałe, najszybciej przychodziło mu przyswajanie umiejętności związanych z ryzykiem, wymagających sprytu i braku skrupułów. Wszystkie z nich obracały się wokół swoiście rozumianej akumulacji zysków, pomnażanych na potrzeby zaspokajania hedonistycznych pasji. Pan C. zarabiał po to, by się bawić, i konsekwentnie trwonił zyski. Wytrawni ekonomiści, pochyliwszy się nad złożonym przypadkiem obywatela miasta T., mogliby wskazać nań jako koło zamachowe ekonomii kapitalistycznej. Pan C. jak nikt inny dbał, by dobry pieniądz wypierał z rynku gorszy, a obrót funduszami napędzał koniunkturę. Jednak światem nie rządzą wyłącznie ekonomiści, dlatego bohater niniejszej opowieści nie mógł czuć się doceniony przez państwo rozumiane jako aparat represji. Tak się bowiem złożyło, że działania realizowane przez pana C. obliczone na zaspokojenie jego egoistycznych potrzeb stawały często w poprzek oczekiwań społeczeństwa. Co tu dużo mówić: mężczyzna był człowiekiem, o którym inni z zazdrością mawiali jako o urodzonym w niedzielę. Gwoli ścisłości: ocena taka nie była precyzyjna chociażby dlatego, że pan C. przyszedł na świat w klinice położniczej miasta T. we wtorkowe popołudnie. Nadto etykietka urodzonych w niedzielę odnosiła się do osobników o naturze abnegatów, podczas gdy nasz bohater robił wyjątkowo dużo. Głównie po to, by zabezpieczyć sobie możliwość komfortowego życia. Poruszał się w tym celu na cienkiej granicy prawa, a nawet ją przekraczał w tych jej newralgicznych punktach, które — niedostatecznie sprecyzowane przez rozmaite kodeksy — nie groziły mu surowymi sankcjami. Mówiąc wprost: pan C. używał wszystkich swoich zasobów intelektualnych, by korzystać z metod pozaprawnych, pozostając jednak osobą niekaraną. Sprzyjała mu w tej mierze ułomność ludzkich charakterów. Konkretnie — żeńskich, ponieważ pan C. był oszustem matrymonialnym. Sprzymierzeńców w swoim procederze miał mężczyzna zresztą dużo więcej. Biologia szczodrze wyposażyła go w atrybuty męskiej urody, a opatrzność nie poskąpiła cech osobistych pomocnych w uwodzeniu. Pan C. miał łatwość nawiązywania kontaktów, ogładę towarzyską, cięty jak brzytwa esprit salonowy…

I co najważniejsze: życie na wysokich diapazonach, skażone codziennym stresem wyzwalanym przez notoryczną potrzebę zmagania się z ryzykiem, zwyczajnie odpowiadało beniaminkowi płci piękniejszej. Ona z kolei, na przemian wielbiona przez niego i pomiatana powabniejsza część ludzkości, zawsze gotowa była wybaczyć mu wszelkie łajdactwa i niegodziwości. Pan C. nigdy nie dorobił się fortuny. Już prędzej mógł się pochwalić całkiem pokaźną kolekcją wstydliwych chorób, które niejako w rewanżu otrzymał za niedotrzymane zobowiązania od rozczarowanych wybranek. Mimo to życie upłynęłoby mu w tonacji tęczowej i zapewne pan C. mógłby z powodzeniem jeszcze długo wieść żywot dandysa, gdyby nie przypadek.

On, któremu obce były oparte na altruizmie uczucia wyższego rzędu, pokochał. Normalna dla milionów ludzi całego świata funkcja u pana C. miała wymiar wydarzenia nie byle jakiej rangi. Pan C. bowiem zakochał się we własnym dziecku! Kilkuletnia dziewczynka podbiła na zabój serce, o którym jego właściciel nie miał przedtem dobrego zdania. Do tej pory mężczyzna nie zaprzątał sobie głowy owocami swoich miłosnych uniesień. Było ich zapewne wiele, a wszystkie rozsiane po rozległych zakątkach świata. Pan C. nigdy nie uważał za celowe powracać, jak sam mawiał, na „miejsce zbrodni”, czyli tam, gdzie w miłosnym zamroczeniu pozostawiał zbałamucone ofiary. Nie miał złudzeń, wiele z nich porzucał w stanie błogosławionym, co dla mężczyzny było sygnałem do jeszcze szybszej rejterady. Okoliczności nie wymogły na panu C. kontaktów z latoroślami, które wyrosły, mówiąc eufemistycznie, z jego żebra. On sam zresztą za takimi kontaktami nie tęsknił. Do czasu, kiedy splot złożonych zdarzeń natknął pana C. na nieświadomą z nim pokrewieństwa Walerię. Jej matka przed śmiercią powierzyła los córki osobie, którą kochała uczuciem niezmąconym, mimo przykrości, których od niej ongiś doznała. Kobieta odnalazła pana C. i korespondencyjnie prosiła o patronat nad dzieckiem po swojej spodziewanej śmierci. Matka Walerii chorowała nieuleczalnie i list z życzeniem opieki nad córką stanowił akt rozpaczy skierowany do osobnika, który nie dawał wszak gwarancji uczynienia zadość woli umierającej. Dziewczynka, uosobienie wszystkich najlepszych cech ludzkich, których mężczyzna daremnie przez lata poszukiwał w rozmaitych kobietach, odwzajemniła uczucie nowo poznanego ojca. Dawny oszust matrymonialny w obcowaniu z Walerią odkrył w sobie nieznane pokłady dobroci. Postanowił zerwać z niechlubną przeszłością. A to oznaczało coś więcej niż zapuszczenie zarostu, rezygnację z eleganckich kreacji i ekstrawaganckich nawyków.

Pan C. zabrał córkę do miasta N., w którym jego przeszłość nie groziła konsekwencjami rozpoznania przez sercowe wierzycielki. Właśnie tam znajdowało się konserwatorium, w którym dziewczynka jako dobrze zapowiadająca się mogła szlifować swoje talenty skrzypaczki. Pan C. był dumny z córki i pragnął zapewnić Walerii jak najlepsze warunki rozwoju. Mógł w ten sposób spłacić dług zaciągnięty ongiś u jej matki. Ku swemu utrapieniu jako osoba niezapobiegliwa nie odłożył odpowiedniej kwoty na czarną godzinę. Teraz więc musiał zwyczajnie zarobić na utrzymanie dziecka. I stała się rzecz dziwna: pan C., bawidamek, wieloletni utrzymanek rozlicznych pań oraz zwykły hochsztapler postanowił zarobkować uczciwie. Życie nigdy nie zmusiło go do podobnej ofiarności, lecz mężczyzna uznał, że los Walerii godny jest poświęceń dotychczas niepraktykowanych. Niestety, pan C. poza uwodzeniem, okradaniem oraz naciąganiem potrafił niewiele. Zauroczenie córką podsunęło mu na myśl rozwiązanie, które było jednocześnie praktyczne oraz leżące w zasięgu jego możliwości. Pan C., podczas gdy Waleria kształciła się w konserwatorium, rozkładał futerał pod barbakanem miasta N. i grał ćwiczone przedtem wspólnie z córką scherza i bolera. Zyski z ulicznego koncertowania nie były oszałamiające, choć czasami trafiali się koneserzy doceniający poświęcenie artysty. Najwyższy datek, który stał się dla pana C. zapłatą za wykonanie czardasza, uiścił pewien mężczyzna, który wrzucił do futerału kopertę z całkiem pokaźną sumą. Właściciel skrzypiec nigdy jednak nie zdążył dokładnie przeliczyć jej zawartości.

* * *

Głód, głód… Nie pociągnę bez działki… Zaraz odjadę, ale chyba do parku sztywnych… Kolana się uginają… Muszę się oprzeć, bo psy zaraz zwiną mnie na dołek, a tam bez porcji sfiksuję… Do Kocisa nie mam co iść, na kreskę nie da… Będzie chciał, żebym mu skroił jakiegoś frajera albo zgrandził lepszą furę… Odpada, muszę sam skręcić parę marek… Żeby tylko nie upaść, trzymaj się człowieku, bo trzeba będzie pobiegać… Ta ostatnia Rumunka nieźle mnie pogoniła… Miała szybki charakter w nogach, nawet dziecko po drodze wyrzuciła, żeby tylko mnie dorwać… Ale jak zobaczyła, że mam nóż, dała sobie spokój… O, widzę leszcza… Na barbakanie zaiwania jakieś rzewne kawałki… Paganini, żesz go raz!… Z tą brodą wygląda raczej na Fidela, ale trochę kasy chyba zebrał… Poczekam, jak ludzie przejdą, żeby go zrobić bez świadków… Dobra, niech jeszcze ten siwy pójdzie i rąbnę mu futerał… O, trzeba poczekać, bo siwy coś dorzuca… Całą kopertę?… Jakiś filantrop?… W porzo, będzie na brown sugar… Fidel się ucieszył i zasuwa oberka… Siwy zniknął, idę… Kiepsko uciekać z futerałem, ale nie ma wyjścia… Jak będzie się podnosił, przykopię z glana… Nikt nie widzi?… Dobra! Moje! A teraz wióra!… Kurwa, Fidel mnie goni!… Szybki, ale ja znam teren!… Skok do bramy!… Tam jest podwórko i wyjście na ulicę!… Nie dam rady, nogi siadają… Dwa dni grzałem kompot, złapie jak nic!… Podciął mnie, leżę!… Zaraz to ja dostanę z glana!…Woła policję!… Tylko nie to!… Gdzie mój majcher?… Jest!… Masz, koleś! I jeszcze poprawka!… Leży, chyba sztywny!… Krew!… Spierdalać!!!

* * *

Pan W. wrócił do swojego mieszkania w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku. Obowiązek? Może nawet nie to. Po prostu bibliotekarz pozbył się problemu, który zaprzątał mu siwą głowę przez cały urlop. Pieniądze, pokusa nagłej odmiany codziennych przyzwyczajeń, to było na dłuższą metę nie do zniesienia.

Pan W. czasami snuł w podświadomości nieśmiałe wizje poniechania tych samych monotonnych czynności na rzecz czegoś nieokiełznanego. Marzył o szaleńczej, desperackiej przygodzie, którą by zapamiętał na zawsze. Zdawał sobie sprawę, że prócz odrobiny odwagi zmaterializowanie takiego pomysłu wymagało gotówki. Mężczyzna nigdy nie czynił nic w kierunku jej zdobycia. Kiedy jednak pieniądze same przyszły do niego, okazja nawet krótkiej metamorfozy leżała w zasięgu ręki. I właśnie ta wizja spędzała sen z oczu pana W. Jako osoba przenikliwa oczami wyobraźni ujrzał zachwianą nieracjonalnym wyskokiem egzystencję. Epilog, według bibliotekarza, mógł składać się z dwu scenariuszy. Albo zasmakuję w życiu na wysokich obrotach, a potem nie będę mógł go kontynuować, albo okaże się, że nie jest ono ciekawsze od tego, które prowadziłem dotychczas. Za każdym razem czeka mnie rozczarowanie — przewidywał pan W. Tak myśląc, ofiarował kopertę z pieniędzmi ulicznemu grajkowi. Na pewno biedak zbierał na operację żony lub dziecka — zgadywał, zachwycony swoją dobrodusznością i nonszalancją. Tę drugą podziwiał nawet bardziej.

Metamorfozy równoległe
Tomasz Misiewicz

urodzony w 1966 r. – absolwent historii UW, autor artykułów o charakterze kulturalno-społecznym, interesuje się historią, polityką i kabaretem....