Drogie dziecko

Drogie dziecko

Szanowny Lwie,

było święto u Kikujusów i Arthur przywlókł się z misji oglądać tańce.

Piszę o tym do Ciebie, choć tak naprawdę stać mnie tylko na płacz nad moim bohatersko nieudanym życiem. Dobrze ukryty w szopie na narzędzia przysięgałem na krew koguta, że zabiję Kinaniui i posiekam go na kawałki. Ale trwało to tylko chwilę i ciekawość, co się dzieje w wiosce na placu, gdzie odbywała się ngoma, zwyciężyła. Podczołgałem się do szpary między deskami i intensywnie się przyglądałem, jak korowód zmienia kierunek, nabiera lekkości i tempa. Oczy wyłaziły mi z ciekawości i usta miałem pełne kwaśnego kurzu, który wzbijały stopy tancerzy. Wtedy zrezygnowałem z zabójstwa Kinaniui i z prostego żalu, że nie mogę z bliska widzieć przygotowujących się do następnego tańca moranów i ndito, rycerzy i dziewcząt, a może bardziej ze wstydu i wstrętu do samego siebie po tym wszystkim, co przed kilkoma miesiącami ściągnąłem na siebie przez moją bezgraniczną głupotę, postanowiłem skończyć z sobą. Nie od razu jednak, gdyż chciałem zobaczyć jeszcze tańce par, kiedy to dziewczęta ufnie stają na stopach wojowników i nie dotykając ziemi, dają się prowadzić moranom pilnym i uważnym, którzy wtedy zapominają o swoich przewagach, samochwalstwie i kogucim zapamiętaniu, a stają się prawdziwymi opiekunami kobiet.

Wstyd

Ktoś jednak z hałasem odsunął na bok drzwi od szopy, odsunął, bo zawiasy ukradł ktoś za niepamiętnych czasów, i stanął tuż nade mną. Bez większych ceregieli trącił mnie buciorem w bok niby anioł śpiącego Eliasza i rozkazał: „Wstawaj, dzikusie!”. W takich wypadkach Arthurowi lepiej się nie sprzeciwiać — a był to właśnie on. Zresztą, komu innemu po tym wszystkim, co się stało, przyszłoby do głowy szukać mnie w szopie na narzędzia? Kiedy więc wstałem, on przykucnął, bo złośliwość Arthura objawia się zawsze w małych gestach, które uważa on za niezwykle dowcipne, tym razem jednak posadził mnie obok siebie i chciał rozmawiać. Choć właściwie to znów on dorwał się do głosu i przemawiał namiętnie, naśladując, rzecz jasna, pastora pana Donne’a, który czyta w duszy.

— Ja też tak płakałem, dzikusie, wierz mi, i przysięgałem sobie jeszcze gorsze rzeczy niż zabójstwo z zemsty czy powieszenie się na krawacie ze wstydu. Ale to niczemu nie służy, wierz mi: nie warto — tu Arthur próbował zrobić minę prawdziwego mordercy i zaraz potem wisielca, który odebrał sobie z sukcesem życie siedem razy. — Gdybyś jeszcze, dzikusie, był nieco wrażliwszy na poezję białych, mógłbym cię pocieszyć natychmiast dobrym wierszem, który często, wierz mi, przewyższa siłą najmocniejszy alkohol i chętne ramiona kochanki.

Zresztą i tak, Szanowny Lwie, zaraz zabrał się do recytacji z twarzą szlachetną i uniesioną, po której raz po raz prześlizgiwał się cień co prawda zwyciężonej, lecz już na zawsze obecnej goryczy: „W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy. Tak wiele rzeczy budzi w nas poczucie straty, że kiedy już się traci — nie ma sprawy”.

— Zrozumiałeś? — zapytał z lekką nadzieją na pochwałę.
— Nic z tego — odpowiedziałem mu mocnym głosem. — Czekam jeszcze na ostatni taniec i żegnaj!
— Nie, nie, dzikusie, nie możesz postępować jak Judasz, z którego wylały się wnętrzności, masz jeszcze szansę, potrzebujesz jedynie uzdrowienia! Marsz za mną, idziemy do kościoła, dziś właśnie gości u nas znany uzdrowiciel, wielebny Wordsworth, już on wie, jak postąpić z twoją czarną duszyczką!

Bez wielkich ceregieli chwycił mnie jak psie dziecko za kark i pociągnął za sobą. Udało mi się jeszcze ugryźć go w jego wielką łapę, ale potem już tylko pozostało mi przebierać nogami i aby zachować równowagę, zagarniać powietrze jedną wolną ręką.

Arthur torował sobie drogę do uzdrowiciela, napierając na czekających nieruchomo ludzi z okolicznych wiosek, rozdawał kuksańce, deptał po nogach, a gdy i to już przestało wystarczać, bo tłum gęstniał przy zbitym z desek podeście, na którym stał nieruchomo wielebny Wordsworth, wydzierał się na całe gardło, używając słów — jak później przysięgał — zaczerpniętych z Twojej czerwonej książki z zielonymi wstążkami, i które w jego mniemaniu należały do przyjaciół paralityka gładko spuszczonego z dachu pod Twoje stopy: „Droga dla opętanego, droga dla dotkniętego kokluszem i paraliżem duszy, droga dla ludzkiej mrówki, której szatan związał na supeł czułki! Drooooga!!! Oby diabeł podobnie z wami postąpił, przeklęci, czy stojąc tu, zapuściliście korzenie?!”. I znów: „Droga dla opętanego!”. Tak dotarliśmy do podwyższenia. Wielebny Wordsworth nie był olbrzymem, lecz biła od niego siła i pewność siebie. Pochylał się nad każdym i zadawał mu cichym głosem jedno proste pytanie, po którym ludźmi wstrząsał szloch: „Co jest nie w porządku, drogie dziecko?”. Muszę Ci powiedzieć, Szanowny Lwie, że sam ledwie powstrzymałem się od płaczu, nigdy w moim życiu nie doświadczyłem czegoś podobnego, nikt nie pytał mnie, co jest nie w porządku, nie nazywał mnie swoim dzieckiem, zresztą, Szanowny Lwie, nie oczekiwałem tego, bo życie było zbyt twarde, zbyt okrutne, ścierające człowieka na proch, tak, nie słyszałem o świecie, gdzie byłaby spełniona obietnica jakaś, tułałem się, nie czekając już na nic. Choć przecież to nie całkiem tak było, Szanowny Lwie, czekałem przecież tam gdzieś głęboko, pod spodem mojej duszy, żeby ktoś powiedział: „drogie dziecko”. Myślałem, że powiesz to Ty, kiedy Cię pierwszy raz zobaczyłem, ale nie, nic nie powiedziałeś. Podobno nie możesz tak do nas mówić, gdyż ludzie mogliby podeptać twoją miłość, podobno nie warto zajmować się słowami, gdyż liczą się dla Ciebie konkretne czyny, podobno na taki tytuł trzeba zapracować, podobno powiedziałeś już wszystko, podobno mówisz teraz tylko przez ludzi podobnych do wielebnego Wordswortha. Tak więc, Szanowny Lwie, kiedy dotarliśmy z Arthurem przed oblicze wielebnego Wordswortha, usłyszałem nad głową jego szept: „Co jest nie w porządku…” — Jego głowa! Dokładniej, zdaje mi się, że szyszynka, to tam siedzi diabeł! — sapał mocno wzruszony Arthur. Wielebny Wordsworth nie zwracał jednak na niego uwagi. „Co jest nie w porządku, dziecko?”. Wystarczyło, że poczułem, jak obręcz żelaznego uścisku rozluźniła się lekko na mojej szyi, i już w następnej chwili dałem susa w bok i zeskoczyłem z pomostu.

— Nic! Nic nie jest w porządku — wołałem już z tłumu zdziwiony własną śmiałością. Wielebny Wordsworth zdał mi się w jednej chwili oszustem wyciągającym ostatnie grosze z biedaków czekającymi cierpliwie ze swoimi chorobami. Dlaczego, Szanowny Lwie, my, ludzie, tak łatwo przechodzimy z uwielbienia, podziwu, przywiązania do szyderstwa, nienawiści, zdrady? Zdaje się, że próbował mi to wyjaśnić stary Arthur, gdy po kilku dniach znów spotkaliśmy się w szopie na narzędzia.

— Dobrze, masz złe doświadczenia, dzikusie, ale któż ich nie zaznał na tym, he he, Bożym świecie, no któż? Niemożliwe do życia życie, zgodzisz się? Ładnie mi się nawet powiedziało. Ale, dzikusie, autor tych nieszczęść zdaje się nam daleki, ukryty, nienazwany, obcy. Jeśli zaś oczekujemy wiele od przygodnych, choć już nieco bliższych niż on ludzi, a ci nie odpowiadają na nasze nadzieje — to też można to przeżyć, tłumacząc sobie ich brak odpowiedzi na różne sposoby. Ot, na przykład nie budzimy ich zaufania, szacunku, robimy złe wrażenie, pierwsze wrażenie. Albo przeskrobaliśmy coś, słusznie, nie mają do nas szacunku. Jednak, przyznaj, tak naprawdę to wszystko nas nie dotyczy, ba — zdaje się nam, że i tak kochamy wszystkich, a wszyscy niosą w sobie sporo prawdziwej świętości mocno ukrytej pod ich szpetną powłoką. Dopóki, dopóki, dzikusie, niewinnie nie dostaniemy mocno w twarz, za darmo — że się tak wyrażę. No, wtedy dopiero widać, jak kruche były nasze wyobrażenia o dobroci świata i ludzi, wszystko za jednym zamachem staje się złe, a my nieszczęśliwi. Mówię Ci, dzikusie, póki nas to osobiście nie dotyczy, jesteśmy cudownymi kaznodziejami i negocjatorami, a przebaczenie nasze nie zna granic, a nasza niewinna jeszcze dobroć podnieca nas i chętnie pouczamy o zasadach dobrego życia innych. Znałem cię przecież takim… Zżymałeś się na Msabu, kiedy mówiła o waszych starcach, że to leniwe, zamknięte w kuli własnej wyobrażonej doskonałości i mądrości osobniki, a przecież ich przeszłość, wcale nie tak daleka, nie była — zdaje mi się — naśladowaniem świętego Franciszka z Asyżu. Choć i tak są przekonani, że dawniej było lepiej, ale za żadne skarby nie chcieliby się przenieść tam, skąd przyszli. Dziś zaś siedzą w kole, zwołują raz po raz kiamę i przed wydaniem wyroku rozkoszują się nieszczęściami innych, omawiając każde ich potknięcie i zdradę niby to dla dobrej rady, którą ma podobno zrodzić ta gadanina, a w gruncie rzeczy dla swojej własnej rozkoszy. Tej prostej rozkoszy wszystkich wypalonych od wewnątrz ludzi, dzikusie, która rodzi się z przekonania, że nic podobnego nie może się już im przytrafić, bo jest już za późno, za późno nawet na nieszczęście. Chętnie rozpędziłbym te zebrania, te niekończące się kiamy, ale widzisz — wydaje mi się, że ja też będę stary i chętnie zasiądę w takim kole. To się nazywa, dzikusie, być zakładnikiem nieuchronności. Muszę ci jeszcze powiedzieć, że złości mnie i pociąga ich bezkarność i wdzięk, z jakim pozwalają sobie usuwać wszystkie kłody spod nóg.

Niewidzialność

Takie i podobne im rzeczy wygadywał Arthur i co najgorsze, Szanowny Lwie, przyznawałem mu w duchu rację. Obolały, nienawidziłem teraz, gdyż sprawy wioski leżącej przy farmie Msabu zaczęły mnie dotyczyć tak ściśle, jak ściśle przylega do skóry skapującą w rozpalone południe z drzewa naszyjnikowego żywica. Wypełniały mnie one jak ciężki plaster pszczół budujących w padlinie lwa swoje gniazda. A cała historia zaczęła się od przebudzenia Kinaniui. Przez długi czas uważaliśmy go nawet za martwego po tym, jak skosztował napoju wyniesionego na jego cześć z domu Msabu. Skosztował, opróżnił naczynie, czknął i upadł nieżywy. Leżał pod jej domem obleczony w swój królewski płaszcz z niebieskich małp. Leżał tak dostojnie i tak godnie, że nie odważyliśmy się lamentować, dumni z jego właściwego zachowania się nawet po śmierci. Przed zachodem słońca Kinaniui nagle wstał, poprawił na ramionach swój królewski płaszcz z niebieskich małp i podtrzymywany przez swoją świtę poszedł chwiejnym krokiem do swojego domu. Mówił, że kiedy był martwy, nawiedził go Twój duch, a potem spłynęła do jego głowy wspaniała myśl. Zobaczył w jasności mnie, Rudobrodego, a także wyniesioną pod niebiosa naszą wioskę. Nie upłynęło kilka wschodów słońca, a zawezwał mnie przed próg swojej chaty. Rozkazał zbliżyć mi moje ucho do swoich ust i tak szeptał mi rozkazy i pochlebstwa na przemian, zakazując pod karą przepędzenia z wioski powtarzać je komukolwiek, nawet Msabu. Przypominał czarnego węża wsączającego w ucho śpiących ludzi swój jad. Nadstawiałem jednak chętnie ucha, choć po chwili ociekało jego śliną, i uśmiechałem się do przyszłych dni, w których miałem nareszcie zakosztować szczęścia. Kiedy Kinaniui skończył, sięgnął po jakiś cienisty napój i uśmiechał się do mnie, jakby chciał o jeszcze drobną chwilę przedłużyć moją pierwszą radość i przywołać z daleka tę ostateczną. Wbrew temu, co mówiono o nim — potrzebował swojego otoczenia, żeby kształtować i urabiać poddanych, naginając ich do swoich wysokich cnót i myśli, chwalił się przed Msabu, że lud jego nie zniesie nigdy przymusu, gdyż odgaduje spontanicznie, gdzie leży jego dobro i sława. Co zresztą wcale nie przeszkadzało mu powtarzać przy wszelkiej możliwej okazji, że lud jego musi to lub tamto. I cieszył się jak dziecko, kiedy ktoś usłużnie podsunął mu przeklęte słowo białych „wola” i od tej pory używał go każdego dnia, nie troszcząc się zbytnio o to, czy ktokolwiek z zebranych je rozumie.

Musiałem więc i ja, Szanowny Lwie. Musiałem. Musiałem nocą i w wielkiej tajemnicy przed wszystkimi udać się do chaty matki Wainoiny, która była starą, bezwstydną kobietą z siwym, zaplecionym kosmykiem włosów na łysej głowie. Była też czarownicą i jej moc — jak mówiono — pozbawiała krowy mleka, wystarczyło, że dłużej popatrzyła się na krowę, wierz mi. Ona to też przygotowała napój dla Seku, którego starzy wygonili z wioski, oskarżając o gwałt na młodej Ture, której zresztą nakazali mieszkać z jej nowo narodzonym dzieckiem poza wioską w grocie pełnej nietoperzy i kości przywleczonych przez wylegujące się w niej hieny. Seku drogo płacił za napój, ale dzięki niemu przemieniał się na całą noc w hienę i mógł podczołgać się dość blisko palącego się nieustannie w grocie ognia i popatrzeć przez chwilę na swoją ukochaną i dziecko. Młoda Ture nie była strachliwą dziewczyną i odganiała hieny, ciskając w nie z wielką siłą kamieniami. Raz zraniła w ramię swojego Seku i kiedy wstał dzień, widziano go w lesie opatrującego rozerwane ciało. Matka Wainoiny potrafiła też ugotować nieco gęstszą zupę, po której zjedzeniu ludzie znikali na długi czas. Stawali się dla innych niewidzialni, a sami nie mogli dojrzeć swego odbicia w lustrze. Zaraz po pierwszej wizycie u matki Wainoiny, która miała ugotować dla mnie zupę, doszły nas słuchy, że wioskę naszą ma nawiedzić wielki biały człowiek, którego wszyscy z szacunkiem nazywali profesorem, a Msabu mówiła, że jest prawdziwym naukowcem, gdyż nie dostrzega kobiet ani tego, co ma na talerzu. Kinaniui doszedł z nim do zgody, przyjął podobno ogromną sumę pieniędzy i pozwolił mu rozbić swój namiot w pobliżu swojej chaty zaraz na początku pory suchej. I stało się. Stało się to w jasny dzień. Jego bagaże i instrumenty piętrzyły się niczym góry Ngong, jego promienny uśmiech zniewalał nas i śmieszył, gdyż, Szanowny Lwie, biali, pragnąc ukazać swoje ukontentowanie, szczerzą do nas wszystkie swoje żółte, zaciśnięte zęby, i w tym są podobni do dzikich psów, którym pasterze próbują odebrać rozszarpane cielę. Rudobrody przebywał z nami cały rok, okazując się cierpliwym i łagodnym obserwatorem. Właściwie nikomu nie zadawał pytań, przesuwał się jak cień wśród toczącego się swoim rytmem życia wioski, tylko po zachodzie słońca zasiadał w składanym fotelu pośrodku swojego płóciennego domu i pisał do późnej nocy. Cień jego postaci ogromniał na rozżółconej światłem naftowej lampy ścianie namiotu, drgał lub falował delikatnie, zdawało się, że ulatuje i powraca znów na fotel, mógłbym przysiąc, Szanowny Lwie, że ten rudobrody niedźwiedź odczuwał w swoim ciele podobną lekkość, której ja zaznawałem przez ten rok każdego dnia i nocy, lekkość, której zaznają katolicy przyjmujący na czczo ich biały opłatek, lekkość etiopskiego biegacza niedościgłego dla nas, którego potrafi osadzić w miejscu nie zmęczenie, a tylko spadająca jak oszczep z nieba noc. Stałem się taki, gdy z rozkazu Kinaniui wypiłem w wielkich ciemnościach gęsty napój matki Wainoiny. — Precz, precz — skrzeczała, zniknij, zniknij się, wessij się! Mdlałem ze strachu, Szanowny Lwie, ale gdy zaczęła macać rękami powietrze tuż obok mnie, spoglądać w prawo i w lewo, pilnie kogoś szukając, zrozumiałem, że przestałem dla niej istnieć, byłem dla niej niczym powietrze, choć wciąż pod stopami wyczuwałem ostrość cierni i gładkość kamieni, mogłem napinać mięśnie i odrzucać ze ścieżki strącone przez wiatr gałęzie. Chciałem wstąpić w drzewo, lecz okrutnie rozorałem sobie o jego korę czoło. Bycie niewidzialnym, Szanowny Lwie, nie oznacza wcale wyzbycia się swojego ciała. Nie oznacza też — mimo całej jego lekkości — latania. Gdybym wiedział, że nie będziesz się śmiać, mógłbym ofiarować Ci długą historię moich prób na stokach gór Ngong. Odczuwa się również głód i pragnienie. Nie znika męskie pożądanie. Pojawia się złość, radość i smutek.

Rankiem długo siedziałem na skraju wioski. Kurzyły się dymem chaty i zapach polewki zaciąganej mąką manioku łaskotał mój nos. Wracające z naręczami chrustu dzieci nie dostrzegły mnie. Nie widziały mnie kobiety niosące wodę. Nikt z udających się za potrzebą mężczyzn nie krzyknął jak to było w ich zwyczaju: „Hej, Karomenya, darmozjadzie i obiboku, dalej będziesz marzł, żeby się nie spocić?!”. „Hej! — krzyknąłem — chętnie zasiądę z wami do polewki!”. Nie odpowiedzieli, przykucając na skraju drogi. Zaszedłem do pierwszej z brzegu chaty, rodzina Kaminu nie przerwała rozmowy, sięgnąłem do garnka — nikt nie chwycił mnie za rękę. Pocałowałem Gdemę, której odmówiono samemu Mussa, choć zgromadził dla niej piękne stado krów i odważył się grozić swojemu przyszłemu teściowi — nie spuściła wzroku. Tylko psy wyczuwały moją obecność, lecz i one nie zbliżały się zbytnio do mnie, zawsze zresztą tak było — od kiedy zażywałem psi smalec na czyraki i bóle w kolanach, czmychały przede mną z podwiniętym ogonem. Nie było mnie. Choć przecież istniałem dla siebie. Jednak po pewnym czasie zdawało mi się, że przestaję również istnieć dla siebie. Nie dbam o to — mówiłem sobie — skoro stoją przede mną wszystkie chaty otworem, skoro jem, ile dusza zapragnie, i to o każdej porze dnia i nocy. Jestem nareszcie wolny, nikt nie rzuca za mną kamieniami, nie wyśmiewa, nie nazywa szejtani — diabłem, nie zapędza do pracy. Oto nie muszę. Nic nie muszę. Lecz nie to było dla mnie najważniejsze, Szanowny Lwie. Nawet nie wdzieranie się do światów innych, które do tej pory były dla mnie zamknięte, smak zemsty, kiedy wyrządzałem innym niewielkie zresztą w moim mniemaniu złośliwości, nawet nie codzienna rozkosz i nie zuchwałość, kiedy przymierzałem płaszcz Kinaniui z niebieskich małp i wchodziłem do domu masek, nawet nie to słodkie zdziwienie ogarniające mnie później i popychające do jeszcze większej pychy — że oto, proszę, nic mi się nie stało, żyję, chodzę i skaczę, choć odwiedziłem miejsce, w którym mieszkają Oni, i z którego nikt żywy nie wychodzi, gdyż zobaczył. — Ha, cóż wielkiego — mówiłem sobie — oglądać nagromadzony tam kurz i śmiecie, leżące wianuszkiem zdechłe, wysuszone nietoperze. Mogłem powiedzieć o tym w twarz samemu Kinaniui. Nie, nie to było najważniejsze. Rzeczą, która sprawiała, że rosłem i potężniałem nie było — jak możesz łatwo się domyślić, Szanowny Lwie — to, że stałem się wreszcie kimś innym, oddzielnym i tajemniczym, ale sprawa całkiem błaha na pierwszy rzut oka, sprawa, której codziennie nie poświęcamy zbyt wiele uwagi. Otóż, Szanowny Lwie, ja w czasie tym nikogo i o nic nie prosiłem.

Tak spędziłem, Szanowny Lwie, cały rok. Utyłem i moje oczy pod naporem tłuszczu zwęziły się niebezpiecznie. Rudobrody rzadko już wychodził ze swego namiotu, nanosząc ostatnie poprawki na swoje plansze i arkusze. Przypominam sobie, że nigdy nie spojrzał na miejsce, gdzie stałem, mijał mnie śmiesznie, wycierając nos w wielką kraciastą chustę, którą zakrywał twarz. Zwinął wreszcie namiot i odjechał. Jego miejsce przy stole na farmie Msabu zajął pewien szwedzki profesor historii naturalnej, który niezmiennie i z leciutkim poczuciem wyższości przedstawiał się, nie wymieniając swojego imienia, lecz — wyobraź sobie, Szanowny Lwie — zadanie, z którym przyjechał do Afryki i które — jak sądziła Msabu — zawierało istotę tego osobnika: „Przyjechałem do Afryki po to, aby ustalić, w jakim stadium embrionalnym stopa małp, które mają wielki palec u nogi, zaczyna się różnić od stopy ludzkiej. W tym celu zamierzam polować na małpy gatunku colobus w okolicach Mount Elgon”. I na początek prosił o możliwość zastrzelenia tysiąca pięciuset małp. Kinaniui kręcił się już wokół niego niebezpiecznie, węsząc zapewne następną okazję sprzedania naszych strzeżonych i tajnych tradycji, lecz okazało się, że nic nie może zaoferować profesorowi historii naturalnej. Za to Rudobrody został obdarzony z niebywałą hojnością i wyjechał uradowany. Cóż z tego, że gruba książka, którą przysłał później Msabu, była jednym wielkim kłamstwem? Czy, Szanowny Lwie, mówi ci coś o mnie i moich braciach tytuł: Kikujuski przedinicjacyjny okres przygotowawczy a starożytna i średniowieczna instytucja króla karnawału?

Chytry Kinaniui przehandlował Rudobrodemu tajemnicę, która w moim plemieniu nie istnieje, obietnicą i groźbami zmusił całą wioskę do udawania. Choć więcej obiecywał, niż groził, bo Kikujusi są zbyt leniwi, żeby odczuwać wielki strach, a obietnica pięknych stad sprawia, że ogarnia ich gorączka i gotowi są zrobić wszystko, by pewnego dnia ujrzeć je wyłaniające się ze ściany ostrych traw. Lecz nigdy nie mieli ich ujrzeć. Kinaniui za pieniądze od Rudobrodego kupił od amerykańskiego konsula szkarłatny wóz bogato ozdobiony niklem i pewnego dnia zawitał na farmie. Siedział na tylnym siedzeniu nieruchomo i nie chciał wyjść z wozu, dopóki Msabu go nie zobaczy.

— Wszyscy udawali, ty też, dzikusie — zawyrokował Arthur. — Chciwość, strach i żądza powodowały wami. Nie zaprzeczaj, Karomenya. Suto i wygodnie spędziłeś ten rok, choć może ty naprawdę wierzyłeś, że stałeś się niewidzialny? Arthur zlustrował mnie lekko rozbawionym wzrokiem. Czujesz, co się będzie działo za sto lat, jak odkryją, że nabujaliście Rudego?! Karomenya w roli niewidzialnego króla karnawału, któremu pozwala się na wszystko, a potem morduje! Jak każde niebezpieczne marzenie, dzikusie. Może dlatego wciąż jeszcze nie posłaliśmy tej biednej ziemi do diabła, a i my sami mamy się nieźle? Choć tak naprawdę nie mogę znieść tych chciwych tchórzów z twojej wioski, wstydzą się i nienawidzą ciebie, i choćbyś teraz, dzikusie, stawał na głowie — pozostaniesz dla nich niewidzialny. Wiem, co czujesz, gdy patrzą na ciebie niewidzącymi, szklanymi oczami i wzbraniają dostępu do swoich chat. To już, przysięgam, lepiej być trędowatym. Zresztą nieważne, co czujesz, zabieramy się stąd. I Arthur splunął czarną od przeżuwanego tytoniu śliną w stronę wioski na znak, że nie jest nas godna i że noga nasza już więcej w niej nie postanie. Choć mając w pamięci klęskę Rudobrodego, wytłumaczyłem sobie gest Arthura całkiem po prostu i zwyczajnie: że nie należy nigdy pluć i sikać pod wiatr, co tak często ku pamięci i przestrodze powtarzał mi Arthur. A wiatr tego dnia gnał popiół i ciskał kurzem w stronę wioski, której już nigdy nie mieliśmy zobaczyć.

Twój Karomenya

Drogie dziecko
Michał Zioło OCSO

urodzony 16 maja 1961 r. w Tarnobrzegu – były dominikanin, jedyny polski trapista, duszpasterz, rekolekcjonista, pisarz. W wieku 19 lat wstąpił do zakonu Braci Kaznodziejów, tam w 1987 roku otrzymał święcenia kapłańskie. W...