Ja wam się śnię

Ja wam się śnię

, 0 recenzji

Jan Grzegorczyk: Powiedziałeś kiedyś na fali dyskusji o Jedwabnem piękne zdanie: „Narody, które tracą pamięć, tracą korzenie, narody, które hodują pamięć, tracą przyszłość”! To samo można pewnie powiedzieć o każdym człowieku.

Aleksander Szaul Rozenfeld: Zgadza się.

I w tym kłopot. Bo chciałbym, abyśmy trochę pohodowali twoją pamięć.

Kiedy cztery lata temu odkryłem prawdę na temat swojej relacji z Bogiem, tak naprawdę interesuje mnie już tylko rozmowa ze Stwórcą.

A mnie bardzo interesuje droga, która Cię do tego punktu przywiodła. Droga polskiego Żyda, który przed pięcioma laty zdecydował się ochrzcić. W wieku dojrzałym, w sześćdziesiątym roku życia.

No więc pytaj, aczkolwiek uważam to za wyprawę jałową.

Twoi rodzice marzyli w czasie wojny, by budować w Polsce komunizm, bo on miał być szansą na osiągnięcie równości. Stało się tak, że wkrótce komunizm nie dał im poczucia równości, tylko odepchnięcie z powodu zbitki słownej, która zagnieździła się w świadomości Polaków — „komunista–Żyd”.

Niedawno spotkałem przypadkowo w restauracji pewne małżeństwo. Pani mówi, że chciałaby dotrzeć do dokumentów swojego ojca — był naczelnikiem więzienia na Rakowieckiej. „Miał szczęście, że uciekł” — mówię. — „Dlaczego?” — „No bo powinien wisieć. Przez takich jak twój ojciec do dziś jest antysemityzm w Polsce”. To nie jest żadna obsesja, nie ma tygodnia, żeby człowiek się nie czuł wywołany do tablicy. Faktem bezspornym jest, że jesteśmy zakładnikami historii, której nie tworzyliśmy, kolejne pokolenie musi się tłumaczyć, że nie jest wielbłądem.

Ojciec był prawym człowiekiem, a ja miałem relatywistyczne nastawienie do życia społecznego, dlatego jako chłopiec nie mogłem się z nim porozumieć. Był wspaniałym człowiekiem. Mogę to powiedzieć jako dorosły. Był przed wojną czynnym komunistą. Ukończył politechnikę w Warszawie. Komunizował nie dlatego, że był Żydem, ale dlatego że był porządnym człowiekiem. Porządni ludzie albo komunizowali, albo socjalizowali. Prawica do śmierci Piłsudskiego była źle widziana. Śmiał się, że sanacja uratowała mu życie. Siedział we Wronkach, gdy Stalin rozwalał opozycję w Sowietach. Z kolei w czasie wojny życie uratowali mu Rosjanie. Uciekał do Rosji w grupie Kasmana, późniejszego redaktora naczelnego „Trybuny Ludu”. Współtworzył Związek Patriotów Polskich. Do Polski wracał już jednak całkowicie wyleczony z komunizmu. Miał niebywałą przenikliwość, niesłychaną inteligencję, w środku był wielkim Polakiem. W 1946 roku, gdy wróciliśmy do Łodzi, dostał propozycję objęcia resortu energetyki w PKWN. Powiedział, że nie wrócił budować kariery… Był w partii, bo nie dostałby żadnej pracy. Zresztą w partii było sporo przyzwoitych ludzi. Ojciec jednak nigdy już się nie nawrócił na komunizm. W 1948 roku w kiblu w naszym domu wisiał portret Josifa Wisarionowicza Stalina. Gdyby ktoś doniósł, strach pomyśleć, co mu groziło. Mój ojciec w pewnym momencie stał się myślącym oportunistą. Pierwsza linia energetyczna przewodząca 400kw z Turoszowa na Śląsk była jego projektu. Jednocześnie był humanistą. Dużo czytał, prowadził mnie na koncerty.

Olku, czy nie idealizujesz ojca? Pokazałeś mi dokumenty, z których wynika, że wiele lat spędziłeś w Domu Dziecka. W notce któregoś z kuratorów jest uwaga, że rodzice cię zaniedbali, bo byli pochłonięci robieniem kariery.

Rodzice byli fatalnymi rodzicami. Wychowywałem się na ulicy, nie mieli dla mnie czasu. Ale to jest tylko cząstka prawdy. W tamtych czasach w tak zwanych postępowych rodzinach cedowano obowiązek wychowania dziecka na państwo i nie było to odczytywane jako niemoralne. To był model makarenkowskiego wychowania zbiorowego. Poza tym bardzo chciałem być poza domem, więc ludzie w Domach Dziecka mi w tym pomagali i fabrykowali specjalnie takie dokumenty. Mój dom w swojej nienormalności nie różnił się niczym od innych domów.

Nie udaje mi się przywołać mnie z tamtego czasu. Przeżyłem straszną traumę. Nic nie pamiętam… Wiem, że prowadziłem awanturniczy tryb życia, że kradłem, naciągałem ludzi… Pamiętam, jak w 1959 roku jako osiemnastolatek ukradłem harcerskie pieniądze. Zbierałem je na kolonię dla dzieci, prowadziłem drużynę we Wrocławiu. Pojechałem w Polskę. Skończyły się wakacje. Zjawiłem się w głównej kwaterze harcerstwa u Zofii Zakrzewskiej. Przyznałem się jej, że ukradłem pieniądze i chcę je zwrócić w ratach. Potraktowała mnie pięknie, stała się moją przyszywaną mamą, była na wszystkich moich ślubach… Poszedłem do pracy i oddałem pieniądze.

Z harcerskiej kasy ukradli pieniądze także inni ludzie piastujący dziś ważne stanowiska w państwie.

Mój tata nie wierzył w Boga. Na religię chodziłem w tajemnicy przed rodzicami. Pewnego razu ksiądz przełożył godzinę i koleżanka przyszła po mnie. Wszystko się wydało. Mama tylko zapytała: „Olek, to ty pionier i ty na religię chodzisz?”. Nie miałem problemów, nie byłem wyznawcą religii mojżeszowej. Chociaż tradycje w domu były. Dziadek mamy był wielkim rabinem Odessy.

Odkryłem mojego ojca w 1968 roku i później w Izraelu. Moja potrzeba poznania ojca była w pewnym monecie potrzebą histeryczną, bo wiedziałem, że on nosił w sobie jakąś tajemnicę. To była tajemnica jego pokolenia. Ojciec kochał Polskę i nigdy by jej nie opuścił, gdyby nie 1968 rok. W tamtym czasie moja dorosła już siostra uczyła w szkole i zaczęli ją obrzucać kamieniami jako Żydówkę, ojciec powiedział więc, że trzeba wyjechać.

W Izraelu zataił fakt posiadania dyplomu inżynierskiego, bo by go nie przyjęli do pracy, i zatrudnił się jako kreślarz. Ale kiedyś zwrócił szefowi uwagę na błąd w projekcie i się wydało, że jest wybitnym fachowcem. Dali mu stanowisko zgodne w wykształceniem. Praca dla mojego ojca była wszystkim. Umarł przy biurku kreślarskim w wieku 83 lat.

Czy w wieku dojrzałym ta histeryczna potrzeba poznania prawdy o rodzicach została zaspokojona?

Nie, z ojcem nigdy właściwie nie przeprowadziliśmy rozmów rozliczeniowych. Moja mama też przed śmiercią wszystko spaliła… Zmarła w domu starców, dwa tygodnie przed śmiercią wyszła na autostradę w piżamie i szła na lotnisko, bo chciała wracać do Polski. Miała 88 lat. Moja aktywność poszła w inną stronę, w pisanie, nie grzebałem się w przeszłości — to nie była dla mnie pożywka. W pewnym momencie stwierdziłem, że opisywanie swojego egocentryzmu jest jałowym zajęciem. Dziś mam zupełnie inne problemy. Bardzo zaczął mnie frapować Stwórca. Próba rozmowy z Nim samym bez pośredników.

Wróćmy jeszcze do 1968 roku. Jak się wtedy czułeś: rodzice wyjechali, a Ty zostałeś w kraju, w którym w Twoją siostrę rzucano kamieniami.

Poczułem się rewelacyjnie. Spotkałem się z wielką sympatią ludzi do mnie. Nie miałem absolutnie wrażenia, że nie ma tu dla mnie miejsca. Byłem zakochany w Polsce, skazany na Polskę… Dojrzewałem jako poeta. Moim mieszkaniem był język polski.

…moja matka żydowska nad Jordanem zamiast ziemniaków
je pomarańcze, na moją matkę nie pada śnieg i nie usłyszy
zapowiedzi pociągu — Warszawa główna, proszę wysiadać… (1968)

Nastał Gierek. Jeździłem po socjalistycznych wielkich budowach i robiłem tak zwane reportaże wcieleniowe. Zatrudniałem się jako robotnik. Nie udawałem nikogo, kim nie byłem. Nie muszę się wstydzić ani jednej linijki z tamtego okresu, choć koledzy mi zarzucali, że wskrzeszam socrealizm. Poznałem wtedy wspaniałych ludzi, na przykład inżyniera Zielińskiego z Kozienic. To był ktoś absolutnie niezwykły. Na moich oczach wyganiał robotnika z dołu i pokazywał mu jak kopać. I to było naturalne. To była cecha edukacyjna. To nie byli komuniści, to byli inżynierowie, którzy chcieli działać. Oczywiście bezpieka była bardzo nieufna wobec tych moich fascynacji.

Pod koniec lat 70. zaangażowałeś się w działania opozycji…

Najbliżej było mi do ludzi, których formował dominikanin ojciec Ludwik Wiśniewski… To był poeta Krzyś Paczuski, to byli ludzie, którzy tworzyli pierwszy bezdebitowy kwartalnik „Spotkania”, Janusz Bazydło, ludzie z KUL–u, to oni tworzyli aurę niezwykłości i im wiernie kibicowałem, często sprowadzając na siebie odium „opozycjonisty”, co nie do końca było prawdą — ja pisałem wiersze.

Emigracja

W 1982 sytuacja wokół Ciebie zagęściła się na tyle, że musiałeś emigrować. Co było bezpośrednią przyczyną Twojego wyjazdu?

To już był stan wojenny, a zastał mnie w Bielsku, wyjechałem z Lublina latem 1981 roku (nowa rodzina) i pracowałem na etacie w Zarządzie Regionu „Solidarność” — Podbeskidzie, tam robiłem biuletyn Rolników Indywidualnych. Nie umiałem siedzieć cicho pod miotłą, a w SB panował bałagan i nie mieli mojego adresu w Żywcu, więc mimo że byłem na liście do internowania, do tego nie doszło, a potem mieli większych „kozaków” ode mnie. Ale wiersze krążyły i wyszedł u Nyczka w Krakowie tomik bez debitu, więc mi dali do zrozumienia, że albo idę siedzieć, albo won.

Dostałeś paszport bez prawa powrotu. Nie obraziłeś się na Polskę.

Wcale, ponieważ z Polski wyrzucali mnie nie–Polacy.

Kiedy zrozumiałeś, że bez Polski nie będziesz w stanie żyć?

Gdy tylko wylądowałem na lotnisku w Tel Awiwie, wiedziałem, że tam nie zostanę.

A może ta intuicja nie sprawdziłaby się, gdybyś nie przeżył tam wielkiego rozczarowania. Przede wszystkim nie zareagowali entuzjastycznie na Twój przyjazd Twoi rodzice.

Oni reagowali trzeźwo. Ojciec mnie znał i wiedział, że nie podporządkuję się rzeczywistości emigracyjnej. W Izraelu nie ma miejsca na stany pośrednie. Albo się tamtejszą rzeczywistość pokocha bezkrytycznie, albo się stamtąd wyjedzie. Moim problemem było to, że nie byłem szewcem, tylko poetą i to piszącym w dziwnym języku — polskim:

…na skrzyżowaniu starej i nowej daty
na skrzyżowaniu kościoła i synagogi
na skrzyżowaniu starej i nowej ojczyzny
przystanąłem, by się obejrzeć…

Niektórzy powiadają, że w Polsce żyjesz z „żydostwa”, tam nie byłeś żadną „atrakcją turystyczną”. Dostałeś miotłę i zamiatałeś dworce po Arabach. Wszedłeś w szarą rzeczywistość…

Tak jak w dowcipie o tym, jak stary Żyd chciał się przekonać, gdzie warto iść po śmierci. Poprosił Pana Boga, by dał mu możliwość sprawdzenia. Najpierw trafił do nieba. Nudno jak cholera, ciągle się modlą. Idzie więc do piekła. A tam dyskoteka, hulanka, panienki… „To ja chcę do piekła”. No to budzi się po śmierci w piekle i dostaje straszliwy łomot. Krzyczy więc: „Panie Boże, przecież nie tak było”. „Ach — słyszy w odpowiedzi — przedtem byłeś turystą, a teraz jesteś emigrantem”.

Olku, a skąd Twoje wyznanie: „Wolałem znosić kondycję Żyda w Polsce, niż żeby moje dzieci miały być gojami w Izraelu?”.

Alek urodził się w Izraelu i tam został ochrzczony w jeziorze Genezaret przez ojca Daniela Rufhaisena. To wystarczyło.

W 1986 roku podjąłeś heroiczną próbę wydostania się z Izraela…

Nie chodziło o wydostanie się z Izraela, ale o dostanie się do Polski. Wydostać się mogłem stosunkowo prosto. Miałem nawet ofertę pracy w Stanach Zjednoczonych jako nauczyciel hebrajskiego. Ale ja nie mogłem żyć bez Polski. Wszystko to opisałem w książce Podanie o prawo powrotu. Najpierw sam bez dzieci i żony wyjechałem do Rzymu. Razem by nas nie puścili. Potem rodzina do mnie dołączyła. W Rzymie tłumaczyłem z hebrajskiego Księgę Koheleta, dało mi to pole do językowych przygód, na przykład w purytańskim tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia czytamy o „ziarnie” podczas, gdy autor mówi o nasieniu, bo rzecz dotyczy płodności, a nie pochwały rolnictwa. Kontaktowałem się wtedy ze słynnym biblistą Szekelem. Publikowałem poezję. Wydanie mojego tomiku sfinansował sam Jan Paweł II, który czytał moje wiersze.

Siedziałem i dusiłem się w Rzymie i za diabła nie chciano mi dać papierów na powrót do ojczyzny. Pewnego dnia sam kardynał Cassaroli spytał: „Kim jest ten Rozenfeld, że tak bardzo przeszkadza i nie chcą go wpuścić, przecież on nie jest żadnym ważnym dysydentem? Dlaczego aż najwyższe władze w państwie decydują, czy go wpuścić”. I przyznam się szczerze, że miałem kłopot z odpowiedzią na tego typu pytania. Dzisiaj jestem mądrzejszy — wiem, że naraziłem się Kiszczakowi. Oni nie chcieli, żebym jechał do Izraela, a ja coś tam obiecałem, tyle tylko, że obietnic danych tym ludziom ani przez moment nie zamierzałem dotrzymać, i to miała być ich słodka zemsta za niedotrzymanie słowa. Cały czas się zachowywali tak, jakbyśmy byli ich własnością. Kiedyś zapytałem urzędnika Sekretariatu Stanu, dlaczego Papież osobiście nie może poprosić polskiej władzy o zgodę na nasz powrót. W odpowiedzi usłyszałem, że Papież nie może usłyszeć słowa „nie” i oni są od tego, by Go przed tym strzec.

Wykorzystałem pobyt w Rzymie Jaruzelskiego… Jerzy Kuberski był szefem Przedstawicielstwa PRL przy Stolicy Apostolskiej i to on przekazał mój list do generała.

To wiele zawdzięczasz generałowi.

Tak, generał załatwił mi też po powrocie do Polski mieszkanie w Złotowie…

Ludzki pan…

Tak jak w tej słynnej opowiastce Zoszczenki o Leninie. Idzie Lenin ulicą, a naprzeciw dziewczynka. Lenin schylił się, podniósł ją do góry i dał jej cukierka. Ludzki pan… dał cukierka, a mógł zabić… Krótko przed przyjazdem do Polski napisałem wiersz:

…pobłogosław Panie Boże naszej prośbie
naszej modlitwie i naszemu błaganiu
by nigdy nie prosić o nic
tego, co nie ma nic do dania
więc władcy strachliwemu o swój tron
niechaj poeta nie niesie prośby o poddaństwo… (1987)

Wysoki urzędnik w Watykanie prosił mnie, by wykreślić „strachliwego władcę”, bo nie wpuszczą mnie przez kolejny rok…

Być Żydem w Polsce

Nie wszyscy przyjęli Cię z otwartymi rękoma.

W krakowskim „Nagłosie” czytałem wiersze. Jan Polkowski mnie zobaczył i powiedział, że moje miejsce jest w Kuźnicy. Było aluzją, że ludzie związani z tą grupą o orientacji prosocjalistycznej chętnie mnie drukowali. Jednak kiedy usłyszał moje wiersze, podszedł i powiedział: „Olku, przepraszam Cię, Twoje miejsce jest wszędzie”.

A co takiego czytałeś?

…dwa są tylko miejsca na ziemi, gdzie tak wysoko wielbią Boga
nad Wisłą i nad Jordanem dwie katedry strzelają w niebo
ta w Gnieźnie i ta w Jerozolimie ściana z kamieni
pod którą Żydzi płaczą… (1983)

Olku, jesteś dziwnym Żydem, który świadczy na procesach, że w Polsce nie ma antysemityzmu.

Zdarzyło się przed laty, że „Gazeta Polska” wytoczyła proces Alinie Grabowskiej, która nazwał tytuł antysemickim. Zostałem poproszony przez „Gazetę Polską” o świadczenie w tym procesie przeciwko opinii Grabowskiej. „Wysoki Sądzie — przemówiłem — dlaczego o Kowalskim można powiedzieć, że jest idiotą, i nikt mu nie stawia zarzutu antypolonizmu, a o mnie nie można powiedzieć tego samego, nie narażając się na oskarżenie o antysemityzm?”. Moją wypowiedź opublikowało wiele gazet. Nie napisały jednak, że po procesie podszedł do mnie Kostek Gebert, który świadczył przeciw „Gazecie Polskiej” z ramienia Aliny Grabowskiej, i rzekł: „Olku, można śmiało o Tobie powiedzieć, że jesteś idiotą, i nikt mówiącemu zarzutu antysemityzmu nie postawi”.

Nie ma dnia, żeby nie było rozważań o polskim antysemityzmie. W kraju, w którym nie ma Żydów, bo do synagogi chodzi garstka ludzi. Może są jacyś Żydzi mentalni. Problem polega na tym, że nie ma dwóch narodów. Jesteśmy po prostu Polakami. Natomiast manipulatorzy po obu stronach próbują ludziom wmówić, że są dwa narody. Nie możemy dzisiaj mówić o narodzie żydowskim na ziemi polskiej po doświadczeniu holocaustu. Trzeba mówić o Polakach. Łajdactwo jest bez nacji.

Hanna Krall napisała w znanym opowiadaniu o Tobie, że w środowiskach żydowskich wywołujesz zakłopotanie, zażenowanie: jesteś gorszym sortem Żyda. „Żeby brodę przystrzygł, żeby zęby wstawił, nie skubał paznokci. Albo ciszej się śmiał”…

Olek, ten Twój chichot…, który wprawia w osłupienie, przerażenie, zakłopotanie… Wiele lat odgrywałeś rolę błazna. Zaczepiałeś ludzi na ulicy, w restauracji… Często robiłeś z życia teatr. Czy prowokacja jest Twoją metodą na życie?

Często jestem w sytuacji ambiwalentnej, bo czasami zachowuję się tak, jakby mi nie zależało, co inni na mój temat sądzą, a czasami jestem bardzo uważny i ogromnie czujny. Chociaż częściej jestem na talerzu. To jest problem…

…my jesteśmy te niedobitki
nad którymi los się pochylił…
…i tak zostaliśmy — z piętnem inności na twarzach
z zakodowanym samozachowawczym instynktem
z wypalonymi na ramieniach numerami
z lekko garbatymi nosami, nasze nazwiska
rzadko kończą się na –ski

Moje zachowanie często jest reakcją na chorobę tego kraju. Ludzie udają kogoś, kim nie są, bo całe dziesięciolecia trzeba było grać i to im weszło w krew.

I ludzie do mnie lgną. Z prostego powodu, że ja jestem, a oni udają, że są. Świat intuicyjnie lgnie do ludzi, którzy są, mogą być kontrowersyjni, ale są. Teraz to ja już się uspokoiłem. Kiedyś potrafiłem chwycić za guzik nieznajomego człowieka na ulicy i czytać mu na głos wiersze.

Oprócz prowokacji motywem mojego zaczepiactwa było to, że po prostu kocham rozmawiać. Rozmowa jest najpiękniejszą kobietą świata. Zawsze z niej coś wynika.

Oczywiście warunkiem, aby była piękna i prawdziwa, jest to, aby mówiły obie strony. Też bardzo długo nie umiałem rozmawiać i rozmowy nauczyło mnie zawodowe profesjonalne radio. Na początku lat 90. zostałem przyjęty do pracy w radiu w Warszawie, jeszcze przez Andrzeja Drawicza. I wtedy okazało się, że nauczyłem się słuchać, ja — który całe życie byłem potwornym gadułą. Nauczyłem się milczeć. Bo radio jest sztuką milczenia.

Dziś jestem już raczej prowokatorem na emeryturze. Uważam na siebie. Pracuję w końcu od lat w różnych urzędach państwowych. Przez lata w kancelarii Prezydenta. Potem w MSW. Przyjęto już do wiadomości, że klasycznego urzędnika ze mnie nie zrobią, jednak są momenty, kiedy zachowuję powagę. Ale pracowałem w budynku, w którym mi wręczano dokumenty o deportacji z Polski. To jest chichot historii… Mam identyfikator, niektórzy mówią, że w moim przypadku to jest judentyfikator.

Co robisz jako urzędnik?

Często jestem papierkiem lakmusowym. Zajmowałem się wszystkim, co się wiąże ze stykiem samorządu terytorialnego z mniejszościami narodowymi. Władza nieświadomie popełnia głupstwa. Tak było na przykład z pomysłem poszerzenia strażnicy w Puńsku i zlikwidowania apteki. Czy na przykład sprawa pomnika biskupa unickiego. To był konflikt z mniejszością litewską na pograniczu (jak zwykle, urzędnikom się wydawało, że wiedzą lepiej, czego chce lokalna społeczność).

Pisywałem też przez ostatnie lata przemówienia osobom zajmującym ważne stanowiska państwowe.

Suma żywota

Napisałeś, że jesteś w życiu zadowolony z kilku wierszy i z dzieci. A z siebie?

Tak, zadowolenie z siebie jest podstawowym warunkiem wszelkiego rozwoju. Bo człowiek jest najdoskonalszą istotą ze wszystkich stworzeń i największym cudem, a tak rzadko się tym zachwyca. Większość nie ma albo czasu na ten zachwyt, albo wyobraźni, że trzeba się zachwycać człowiekiem.

A Ty, Olku, zachwycasz się sobą?

Słyszałeś, gdy rabin głosił kazanie w synagodze i mówił, że wszyscy jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Boże? A na to garbaty pyta: „Rebe, a ja też jest stworzony na podobieństwo?”. „Tak, jak na garbatego całkiem nieźle”. Przyczyna nieszczęść jest w tym, że człowiek nie potrafi zaakceptować siebie, jakim jest.

Bo nieraz jest tak, że nie można scalić swojego żywota. Sam mi kiedyś mówiłeś o pogubieńcach. W „Podaniu o prawo powrotu” opisujesz moment, kiedy twoja córka powiedziała: „Tata, Ty nie jedź do Izraela, Ty jedź do Arabii Saudyjskiej. Bo tam mężczyzna może mieć wiele żon”. Miałeś trzy żony i dzieci z tych związków. Może podświadomie ciągle emigrujesz do jakiejś Arabii Saudyjskiej, gdzie człowiek może mieć kilka żywotów…

Wtedy byłem kimś innym…

Dobrze, to niech ten Twój dzisiejszy spojrzy na tamtego wczorajszego…

A to propozycja interesująca. Byłem fatalnym ojcem. Od paru lat próbuję być trochę lepszy. Wróciłem do Złotowa, do Jadzi…, mimo że w świecie kusiło mnie wiele pozornych atrakcji.

Jestem całkiem inny ku zaskoczeniu mnie samego. To, co się stało cztery lata temu, jest cezurą. Podzieliłbym moje życie na kilka etapów. Młodość przedłużona do 30. roku życia, poruszałem się jak dziecko we mgle. I kończy się to w roku 1968 roku. Po wyjeździe rodziców uświadomiłem sobie ciężar trudnego dziedzictwa. „Moja żydowska matka nad Jordanem” i zgadzam się z krytyką, że tu się zaczyna Rozenfeld jako poeta, wszystko przedtem to była poprawna grafomania. Powinienem być wdzięczny tym, którzy obudzili we mnie poetę i powinienem być wdzięczny tym, którzy mnie wysłali w 1982 roku. Potem było pięć lat poza Polską. Przełom, świadomość określonego wyboru — powrotu, że nie ma dla mnie innego miejsca na ziemi. I trzeci okres, kiedy zacząłem sobie filozofować. Nigdy nie zakładałem, że będę robił coś więcej poza wytłumaczeniem sobie moich problemów. Moje pisanie jest próbą rozmowy siebie samego ze sobą samym. To nie jest egocentryzm. W gadaniu trzeba skończyć z międleniem własnego „ja”, ale w pisaniu to jest najistotniejsze. Człowiek tylko ma swoje „ja”. Ja — Stwórca, ja — a moi najbliżsi. Tylko to jest uprawnione. Jeżeli uda się człowiekowi opowieść o tym zuniwersalizować, to dopiero wtedy jest to literatura.

Mam mało czasu, ale czuję się, jak Kolumb, który odkrył swoją Amerykę. Zrozumiałem, w którym miejscu popełniam błąd w swoich relacjach z Absolutem. Trzeba oddać Mu całego siebie i wtedy wszystko staje się genialnie proste. Napisałem, że po doświadczeniach nazizmu i komunizmu człowiekowi pozostał już tylko powrót do Stwórcy. Nie częściowy, ale całościowy. „Panie, cały jestem Twój”. I jestem pojedynczy. Jestem niepowtarzalny, jedyny. Dopóki ludzie nie zrozumieją tego, że muszą odkryć siebie, będą nieszczęśliwi. Żeby uzyskać wewnętrzny spokój, człowiek musi umieć rozmawiać ze sobą. Nieszczęściem wszystkich –izmów było, że ludzie rezygnowali ze swej tożsamości. Tischner powiedział, że człowiek jest nieodkrytą wyspą. Dopóki człowiek nie będzie Kolumbem samego siebie, będzie ponosił porażki.

Na czym polega to danie Stwórcy całego siebie?

Ja wiem, co to znaczy, ale nie potrafię tego nazwać.

Ale Ty musisz to przełożyć na życie.

Co to znaczy na życie? Na banał?

Życie jest banałem? Droga, którą przeszedłeś, jest Twoją prawdą.

Co to znaczy stanąć przed Stwórcą? To znaczy odrzucić wszystko, co do tej pory wiesz o świecie. Nie doświadczenie, ale lektury. Nagość musi być intelektualna, a nie fizyczna.

…im bardziej siebie nie lubimy
im bardziej chcielibyśmy być
tymi, którymi nie jesteśmy
tym bardziej jesteśmy Żydami
bo tylko Żydzi dyskutują ze Stwórcą
o kształcie swego istnienia
tylko Żydom nie podoba się
kształt ich własnego losu…

Być Żydem chrześcijaninem

Powiedziałeś przed laty w wywiadzie: „Ja nie jestem katolikiem. Mnie interesuje uprawianie wolności”. Dlaczego zatem po kilku latach przyjąłeś chrzest w Kościele katolickim? Czyżby uprawianie wolności przestało Cię interesować?

Chrzest to jest decyzja o przynależności. Ale nie ziemskiej przynależności. Ja się nie zapisałem do partii, ja nigdy do żadnej partii nie należałem. Nie ma więc powodu, żebym to robił na stare lata. Natomiast podkreśliłem tym krokiem swoją przynależność do pewnego widzenia świata, pewnej filozofii. Dlaczego ludzie mają się na mnie gapić w mojej miejscowości? Dlaczego mam cieszyć gawiedź? Oni zawsze będą we mnie widzieli Żyda i widzą, jak ten Żyd się żegna. Tak jak napisał Tuwim: „Ci co w mojej poetyckiej mości dostrzegać będą tylko Żyda”. Nie chce mi się tłumaczyć ich spojrzeniom, że tylko w tej mowie umiem się modlić.

No ale, Olku, chodzenie do Kościoła jest obowiązkiem i radością katolika. Przynależność do Kościoła to nie jest wstąpienie do partii, ale bycie we wspólnocie.

To nieprawda, to nam zostało narzucone przez obyczajowość, ale ja nie potrzebuję pośrednika w moim kontakcie z Bogiem. Nie potrzebuję księdza, który jest ode mnie głupszy. To jest tradycja. Pan Bóg chce, abyś żył zgodnie z Dekalogiem. Ważne, żebyś wiedział, że on jest. Co z tego, że ty chodzisz do Kościoła, jak ty grzeszysz na każdym kroku. Budzimy w sobie cząsteczki sumienia. Kłamałbym, mówiąc, że mnie nie ciągnie, by nie iść do Kościoła. To jest wspaniała sprawa, ale jeśli ja sobie pomyślę, że moje myślenie ma ulec rozproszeniu. Czy ważniejsze jest, bym wysłuchał kiepskiego kazania, czy żebym myślał o Nim dobrze. Czasem moje wiersze są cytowane w kalendarzach kościelnych. Dwa moje poematy są zamieszczone w albumie lednickim.

Jeśli spotykam księdza mądrzejszego, to wtedy chodzę, żeby go posłuchać. Mój zaprzyjaźniony ksiądz zgodził się ze mną. Powiedział, że to jest bardzo żydowski stosunek do Kościoła. Niech on będzie żydowski. To nie jest wbrew pozorom wygodne. To jak w szmoncesie: Spotyka się dwóch Żydów. „Mojsze, gdzie idziesz?”. „Idę do Kościoła się ochrzcić”. „No, przecież już to raz robiłeś”. „No tak, ale się nie przyjęło”.

No dobrze, Olku, a dlaczego lubisz, gdy się na Ciebie gapią na Lednicy?

Na Lednicy to ja jestem prowokacją. Lednica jest dla mnie tym, czym dla pierwszych chrześcijan jezioro Genezaret. Ja na Lednicy jestem pojedynczy, a i dla innych, wiem to, też Lednica jest doświadczeniem indywidualnym. Można być w tłumie — pojedynczym, tak jak samemu odnosić wrażenie osaczenia, będąc w samotności.

Dwa razy do roku przyjmuję komunię. Człowiek w środku jest dla siebie Kościołem. Jeśli tam tego Kościoła nie ma, to jego chodzenie do Kościoła jest fikcją i to nie jest relatywizm. Człowiek ma wokół siebie czynić dobro. Choć niektóre uczynki są w intencjach — nie każdemu jest dane czynienie dobrych uczynków. U Żydów to się nazywa mycwa. Mycwa to jest zaszczyt, który Bóg czyni człowiekowi, że może czynić dobro. Człowiek ma obowiązek przynajmniej raz do roku uczynić jakąś mycwę. Mycwą jest datek, poratowanie żebraka, ale nie każdego żebraka, człowiek musi wiedzieć, komu daje. Mądrość to jest umiejętność czynienia dobra. I nic więcej. To nie jest szafowanie dobrem, bo ty tego dobra nie masz w nieskończonej ilości. Nie wszystko się pomnaża.

Olku, patrząc na Twój żywot, jednego jestem pewien — że pomnażają się Twoje wcielenia. Prawicowiec, dobry znajomy SLD–owców. Miłośnik Wałęsy, Owsiaka i Radia Maryja. Pracownik Kancelarii prezydenta Kwaśniewskiego. Poeta, urzędnik, Żyd, chrześcijanin… Przyjaźnisz się z ludźmi, którzy gdyby się spotkali, to by się pozabijali. Olku, skąd ta Twoja łapczywość wcieleń?

Nie, to nie tak. Człowiek ma tę przewagę nad innymi stworzeniami, że dany mu jest dar rozumu i on musi tego rozumu używać. Organ nieużywany ulega zanikowi. Jedyną moją troską jest, by nie przestać używać rozumu. A on mi podpowiada, że rację miał Lec, pisząc — „konsekwencja jest jedynym schronieniem ludzi bez wyobraźni”.

Ja, który prawie całe życie kontestowałem Państwo, stałem się państwowcem, zrozumiałem, że istnieje racja Państwa. Do tych racji zaliczam dobro mojego państwa. To dobro jest nadrzędne w stosunku do mojego, indywidualnego dobra i to nie jest banał.

Prawicy w Polsce nie ma, myślący zostali wymordowani przez tych ze Wschodu i Zachodu, teraz trzeba budować inną, europejską rzeczywistość, a nie szukać Żydów, masonów i „listonoszy”. Jeżeli choć trochę się uda mnie — ni to Polakowi, ni to Żydowi — spowodować, że ci, którzy wokół, choć w części zaczną myśleć tak, jak ja, to stanie się cud.

Zacząłem dziś pisać:

mnie nie ma, ja wam się śnię
mnie nie ma, ja jestem ułudą
i jeśli choć przez moment
ktokolwiek zatrzyma się
nad moim słowem — to wiem,
że ten czas, który podarował mi Bóg
nie jest czasem straconym

11 marca 2006 roku

Ja wam się śnię
Aleksander Szaul Rozenfeld

urodzony 9 czerwca 1984 r. w Afuli koło Nazaretu (Izrael) – autor książki Przebudzenie i tomiku wierszy Ziemia Obiecana. Ochrzczony w jeziorze Genezaret przez o. Daniela Rufeisena....

Ja wam się śnię
Jan Grzegorczyk

urodzony 12 marca 1959 r. w Poznaniu – pisarz, publicysta, tłumacz, autor scenariuszy filmowych i słuchowisk radiowych, w latach 1982-2011 roku redaktor miesięcznika „W drodze”. Studiował polonistykę na Uniwersytecie im. A...