Żeby teraz On mnie miał

Żeby teraz On mnie miał

, 0 recenzji

Były aktor Teatru Rapsodycznego – wywodziłem – zostanie zapisany w podręcznikach historii za sto lat, ale nie dlatego, że nie pozwalał kapłanom na małżeństwa, bo to nic nowego ani niezwykłego. Zostanie zapamiętany, bo to On stał pod ścianą płaczu.

Pamięć — wstęp, który trwał 27 lat

Jestem Polakiem, mam około 30 lat i odkąd pamiętam zdarzenia ze swojego życia — byłem przyzwyczajony, że Polska ma Papieża, a ściślej: nie tyle Polska, ile ja jako reprezentant tego narodu i Państwa — miałem Papieża. Znamienne, że ani razu nie pomyślałem, że jest to relacja zwrotna. Zawsze to ja miałem Papieża, o którym słyszano w najbardziej zapadłej wiosce w Meksyku, gdzie na hasło no soy Gringo, soy Polaco padał ten sam odzew: si si, Papa, Walesa, Papa. Dla porządku — nazwisko Walesa nie padało zawsze, ale Pope, Papa, Wojtyla — za każdym razem. Jestem nieodrodnym dzieckiem swojego czasu, więc miałem Papieża, niezależnie od tego, czy mruczałem mantrę do Karmapy, czy ćwiczyłem Tai Chi na zgrupowaniu szamańsko–psychotronicznym w Beskidzie Śląskim albo w Sudetach Środkowych, czy siedziałem w nirwanie bezrobotnego, kiedy wszystko przestawało mieć swoje kontury, i wstając rano, człowiek się czuł bardziej współistotny murom, asfaltowi, drzewom niż swojemu bliźniemu. Bywało, że chodziłem do kościoła, np. na Boże Narodzenie (bo ze święconką zazwyczaj nie chadzałem, koszyczki od dzieciństwa wydawały mi się w złym guście), bywało, że miesiącami omijałem z dala pomroczne nawy — ale cały czas miałem Papieża. To, że ów świat zorientowany, między innymi przez Jego osobę, musi kiedyś zmienić wektor — nie docierało do mnie, jak i do większości z tych, którzy posiadali Papieża. To, że świat jest w moich oczach, jaki jest, tylko dlatego, że jest jakiś Papież, którego mogę mieć i mam — tymczasowo przekraczało moją zdolność refleksji. Może właśnie dlatego, że Papież był wtopioną w codzienność obecnością naddatkiem.

Zarazem był i nie był. Istniał w formie powierzchownych wizualizacji obecnych wszędzie, a jednocześnie funkcjonował jako kamyk węgielny tożsamości, bo przecież miał być i miał się nigdy nie zmienić. Być Polakiem w jakimś stopniu oznaczało — mieć Papieża. Nawet będąc ateistą czy agnostykiem, Żydem czy masonem, o ile się było nim po polsku, współuczestniczyło się w papieskiej osobowej i osobnej wielkości. Zatem był trochę jak plakietka wpięta w każdy sweter, marynarkę, kurtkę; plastikowa figurka dostępna wszędzie i zawsze za darmo, koniecznie z podniesioną ręką w geście pozdrowienia. Bawił w moim świecie na prawach szczególnych — był przecież niedyskutowalny — dlatego nie czytałem encyklik, homilii, kolejnych książek; nie kupowałem kolejnych wydań wierszy, poematów, wydymałem usta na klęcznikowe realizacje dramatów literata Wojtyły. Do dzisiaj zresztą uważam, że gdyby nie papieskie pochodzenie, niewiele redakcji byłoby zainteresowanych drukiem Jego wierszy, podobnie jak niewiele teatrów wystawiałoby Jego sztuki. Kolejne ekranizacje, nagrania, realizacje, szczególnie teraz trącą poddańczym blichtrem. Wypada się jedynie modlić, żeby współczesna poezja polska nie została utożsamiona z nurtem papieskim. Byłaby to dla niej ogromna krzywda.

Zarazem Papieża nie było, bo przecież istnienie na prawach emblematu, płaskiego obrazka jest karykaturą bycia, jest cieniem relacji, nawet jeżeli zaznaczy się, że są to relacje najodleglejsze z możliwych. Wystarczały strzępy przemówień i homilii — im dalej od magicznego roku 1989, tym mniej chętnie słuchanych, mniej wzruszających, momentami irytujących. Wystarczała obecność w publicznych gestach. Nie wiem, czy nie w tych gestach zacząłem z czasem półświadomie dostrzegać to, czego zaczynało mi brakować, im byłem starszy i im więcej na moim osobistym koncie znajdowało się zdarzeń, wyborów, decyzji, którym daleko było do młodzieńczego radykalizmu. Będąc ciągle w stosunkach więcej niż napiętych z KK, mimo wszystko widziałem w postaci coraz bardziej schorowanego starca ikonę radykalnego sprzeciwu wobec współczesnego świata i konsekwencji w tym sprzeciwie. Im był starszy, bardziej zgarbiony, tym był mi bliższy i w myślach często mówiłem do Niego: „Nie ustawaj”, kiedy rozliczni krytycy zastanawiali się, czy szef KK nie powinien ustąpić, zejść z ringu przed czasem znokautowany przez pięściarza wszechczasów — Parkinsona. Byli tacy, którzy się domagali tego głośno, wskazując, że JP2 nie panuje nad własnym ciałem, ślina mu cieknie z kącika ust na ornat, ręce drżą, ledwo mówi, jeździ na wózku i ogólnie psuje dobry nastrój i humor imprezy, a to przecież główne zmartwienie sytych — zapewnić sobie niezmącony well–being, dobrostan, mylony ze szczęściem. Im dłużej trwała agonia, tym mocniej mnie miał po swojej stronie, tym goręcej byłem za tym, żeby JP2 jak najdłużej psuł dobry nastrój świata, którym rządzi wizerunek piętnastolatki udającej „czterdziestkę” po kremie na zmarszczki.

Nadal jednak jego obecność dopuszczałem na prawach gestu. W ostatnich tygodniach życia JP2 pokazywano te gesty wielokrotnie. Wiele z nich budziło wątpliwości, tak jak konsekwentny sprzeciw wobec wojny, nawet gdy wydawało się, że jest absolutnie nieuniknioną okolicznością, jedynym sposobem zatrzymania zła. Na taki sprzeciw stać było tylko tego, który nie miał ani jednej dywizji i w którego ręku nie leżały klucze do rozlicznych przycisków. Pacyfizm wolny od konieczności podejmowania realnych decyzji nazywałem wygodnym. Szczególnie wtedy, gdy apelował o to, by przywódcy Serbów i Bośniaków zatrzymali się swoim szaleństwie przed Dzieciątkiem. W tym czasie serbscy watażkowie zajmowali bez walki posterunki holenderskich żołnierzy wokół Srebrenicy, ubierali hełmy sił ONZ, żeby wywabiać swoje ofiary, a potem rozstrzeliwać na oczach ogłupiałej Europy, oniemiałych, przerażonych i biernych żołnierzy z holenderskiego batalionu, przy zupełnym milczeniu kwatery głównej NATO. Dzisiaj zastanawiam się, czy mój sprzeciw, tysiąc kilometrów na północ od Srebrenicy, i modlitwa do nie wiadomo kogo, żeby Holendrzy zaczęli strzelać, żeby wezwali na pomoc natowskie F–16, czy ta bałwochwalcza modlitwa nie była łatwiejsza moralnie od Jego publicznego protestu. W historii Kościoła dość było przykładów wygodnego, dyplomatycznego milczenia, a jeszcze więcej wspierania „słusznych wojen” — wszystko to aż nadto wystarczałoby za retoryczną podporę decyzji — też przecież głównie symbolicznej, bo podobnie jak radykalny papieski pacyfizm, nieobarczonej realną odpowiedzialnością. Zatem mając do wyboru być odpowiedzialnym za zabijanie się ludzi (gdyby poparł wojnę) nawet w najsłuszniejszym celu, nie mając realnego wpływu na to, kto, kogo będzie zabijał i jak — wybrał mówienie o pokoju i miłosierdziu. JP2 wybrał tradycję pax Dei, zapewne przyjmując, że skoro głos Papieża ma wymiar wyłącznie symboliczny, niechże się odcina na tle wszechobecnego pragmatyzmu, niechże dźwięczy donośnie.

Im dłużej zatem miałem Papieża oraz im bardziej oczywistą — chociaż odpychaną — realnością stawało się odchodzenie, tym częściej przyznawałem, że lubię tego ekstremistę Wojtyłę. Wydawało mi się coraz częściej, że posługiwanie się rozumnością, jasnymi zasadami etycznymi, dowodzenie swoich poglądów nie tylko przez klarowność argumentu, ale poprzez własny przykład, zaczyna być postrzegane jako ekstremizm, niebezpieczny radykalizm. Broniłem tego radykalizmu w licznych dyskusjach z Jego przeciwnikami, choć zupełnie nie miałem poczucia przynależności do KK, który od lat — jak uważałem — nie potrzebuje mnie w swoich szeregach i vice versa. Były aktor Teatru Rapsodycznego — wywodziłem — zostanie zapisany w podręcznikach historii za sto lat, ale nie dlatego, że nie pozwalał kapłanom na małżeństwa, bo to nic nowego ani niezwykłego. Zostanie zapamiętany, bo to On stał pod ścianą płaczu, a nie patriarcha Moskwy, który wcale nie zbiera się do rachunku sumienia za poprzedników (a miałby za co prosić o przebaczenie). I — emocjonowałem się wówczas, gdy ktoś nadal oponował — jeżeli powstanie hipotetyczna religia ogólnoświatowa, która będzie czerpała z dziedzictwa wszystkich innych religii, to będzie zadziwiająco podobna do katolicyzmu, bo to On zapraszał innych do siebie i On do nich wychodził. Wprowadzenie gestu szacunku dla rozmówcy, bez cienia protekcjonalności; nie tylko życzliwość, ale wyjście do Innego, powiedzenie — jesteś dla mnie ważny, zatem są rzeczy cenne, które chciałbym od Ciebie dostać w darze — będzie zapamiętane. Domaganie się od Papieża, żeby był radykalny wtedy, kiedy temu czy innemu się to podoba, a nie, kiedy tego wymagał spójny i logiczny system wartości, który wyznawał, było domaganiem się, aby zaczął się zachowywać jak polityk, którym paradoksalnie był.

Tyle zapamiętałem z gestów. Mam ponad 30 lat i przez większość tego czasu miałem Papieża.

The turning point

ANNABERG. 2.04.2005. 21.57

I’m talking about my generation (The Who)

ostatnie pilastry śniegu umacniały się w zagłębieniach. rafineria
łypała w niebo rozczapierzonymi lunetami kiedy płynęliśmy
przez archipelag kaplic. gorzko skandowali weselnicy w domu
pielgrzyma. i nagle dzwony i ludzie zewsząd, polnymi tropami ku górze.
tłumnie, jakby chłopaki z trzeciego śląskiego razem z freikorpsem
powstali do apelu. powiedz jakiej sepii użyć by opisać grudę
którą brnęli; jak wykreślić kurs barki odchodzącej ze szczytu
pod wiatr. to pierwsza ciepła noc w tym roku — powiedziałaś.

wokół erodowało powietrze jakby miało zapaść.

Tożsamość

O drugim kwietnia roku Pańskiego 2005 napisano, nakręcono i nagrano chyba wszystko, co można by było nagrać. Chciało się wierzyć, że oprócz zbiorowego zaśnienia, wydarzyła się metanoia, przejście na inną stronę rozumienia człowieczeństwa, które na planie symbolicznym odpowiadałoby przejściu, które stało się udziałem umierającego JP2. Oto się widziało i słyszało dziennikarzy odmawiających wygłoszenia oświadczenia kolejnego politycznego watażki, żeby dać miejsce świadectwom zwykłych ludzi; rozprawiających na ekranie w czasie największej oglądalności o tym, czy możliwa jest prawdziwa przemiana serc. Miałem wrażenie uczestnictwa w filmie fantastycznym, dawno nieczytanej baśni, w której na koniec wrogowie się pojednują, a ich złe cechy przemieniają się w zalety. Najistotniejsze z zadanych wówczas pytań, nerwowych rozważań — nie poprzez ton, ale poprzez krótki dystans do wydarzeń, na których bazie były podejmowane — tyczyły przemiany tożsamości zbiorowej nas, zamieszkujących ten dziwny kraj zwany Polską. Chociaż nie tylko kontekst polskiej tożsamości był istotny, skoro odzywały się głosy w Europie, by może rozważyć konstytucyjne odwołanie się do chrześcijańskich korzeni cywilizacji, której wyrazem jest Unia Europejska. Mówiono: spójrzcie na ulice Rzymu i zastanówcie się, czy rzeczywiście Europa to starożytna Grecja i Rzym, a potem dopiero francuskie oświecenie?! Czy słyszycie ten okrzyk sześciu milionów, które porzuciły wszystko, by przyjechać pożegnać Ojca — Santo subito?

W pierwszych dniach wczesnej wiosny 2005 roku stało się dla mnie jasne, że biorę udział w ostatniej katechezie i już nigdy więcej nie będę miał Papieża na sposób, jaki go miałem do tej pory. Tamta milcząca katecheza poprzedzająca pierwszą ciepłą noc na ziemiach polskich w roku Pańskim 2005 dla mnie była zarazem pierwszą. Był w niej także wstyd za lata powierzchowności, uznania obecności, ale tylko do poziomu gestu. Wraz z nią przyszła świadomość, że wspólnotowa przemiana nie dokona się bez najdrobniejszego chociażby aktu jednostkowej woli. Pierwszym krokiem po odejściu JP2 było przeczytanie quasi–testamentu, książki Pamięć i tożsamość. Testament odnaleziony po śmierci jest i pozostanie nim z nazwy, ale trudno nie odczytywać w podobny sposób książki, która ukazała się tuż przed ostatnią katechezą, może jako jej zapowiedź, spisywanej ze świadomością, dokąd ma się bliżej. Czytając Pamięć i tożsamość, zdałem sobie sprawę, że nie ma żadnej niespójności między tym, co wyczytywałem intuicyjnie z gestów, a tym, co odnalazłem w książce. Wszystkie przebarwienia wyrażone językiem dyskursywnym — i te, na które się zgadzałem, i te, które od zawsze budziły mój sprzeciw — wszystkie te głosy były obecne w zapamiętanych gestach, które przecież były wymowne. Odebrałem wcześniej intuicyjnie to, co chciał Poeta przekazać. Wszystko, o czym była mowa, jakbym znał; jakbym przeczuwał, że właśnie tak przemówi papież filozof, aktor, poeta. Zdałem sobie sprawę, że zostałem zakodowany przez Niego albo też On został zakodowany we mnie tak silnie, że nie przeżyłem niczego, czego nie oczekiwałbym, i to było nieoczekiwane. Naturalność przejścia od gestu do słowa i powrót.

Niniejszy tekst ma urodę chłodzącej się od tygodni notatki, a nie omówienia książki, która bez znajomości innych wystąpień JP2 zapewne traci wiele ze swej wyrazistości. Pomijając wszelkie aspekty formalne ostatniego pisanego wykładu papieskiego, chciałem się skupić na jednym wątku, który wydał mi się szczególnie ważny, pokazujący niedoceniany aspekt obecności JP2, emblematycznej za życia i być może obecności głębszej, duchowej — po śmierci. Pamięć i tożsamość daje się czytać przede wszystkim jako esej normatywny — czyli opisujący bardziej stan pożądany niż istniejący — opowiadający, jak procesy integracji i globalizacji powinny się opierać na poszanowaniu i afirmacji niepowtarzalności, bogactwa i różnorodności. Jakby na przekór zeitgeistowi zdającemu się szeptać o zanikaniu różnic, mgliście nadal rozumianej globalizacji, tym mgliściej i bardziej niejednoznacznie, gdy obejmuje także kwestie dotyczące konstytucji duchowej człowieka — tradycji, języka, kultury, świadomości historycznej. JP2 powtarza, że nie ma prawdziwej bliskości — zarówno między ludźmi, jak i między zbiorowościami ludzi — bez oparcia jej na mocnym fundamencie tożsamości, świadomości tego, kim się jest, z jakiego gruntu się wyrasta. Nie ma też — zdaje się, że poucza JP2 — prawdziwej wolności bez indywidualnej, ale i zbiorowej niepodległości, rozumianej jako osadzenie wokół wartości, które można nazwać rdzeniowymi. Takich, bez których kończy się indywiduum, osoba i rozmywa tożsamość.

W chwili, gdy to piszę, trwa smuta i kac europejski, a wielki projekt Unii — któremu mimo wykastrowania go z chrześcijańskich korzeni, JP2 przecież sprzyjał — rozmywa się w buchalteryjnych targach i przepychankach czynionych za pomocą coraz bardziej absurdalnych haseł. Wygląda na to, że zabrakło refleksji i dopuszczenia do głosu tożsamości narodowych, które dla JP2 były naturalnymi składnikami identyfikacji osoby i wspólnot tworzonych przez osoby od rodziny do narodu czy wreszcie Kościoła. Próba zastąpienia licznych i silnych tożsamości narodowych jedną tożsamością europejską okazała się porażką, ponieważ owa tożsamość europejska pozbawiona została szans na powstanie, nie wskazano rdzennych wartości, na których miałaby się oprzeć, lub wskazano je w sposób rażąco niekompletny. Te, na które się powoływano w publicznej wymianie zdań na temat Konstytucji, okazały się za słabe. Konstytucja była tylko i aż aktem prawa, a nie epifanią, a Unia Europejska jest pewnym układem, umową polityczno–gospodarczą wolnych społeczeństw, a nie superpaństwem. Wydaje się jednak, że tak jak każdy ludzki projekt, tak i Unia Europejska potrzebuje wizji, im dalej sięgającej, głębiej osadzonej, tym lepiej. Z tej gorzkiej lekcji czytanej w świetle Pamięci i tożsamości wynikać może taki morał, że czas najwyższy, by stworzone zręby instytucjonalne i prawne projektu europejskiego wypełniać wizją. Najwyższa pora zacząć o tym mówić, bo takiej głębokiej wizji nie ma, a tylko ona może porwać Europejczyków za sobą. Bez tego lepiej nie myśleć o ciągu dalszym historii kontynentu, ale także i świata. W tle tych rozważań pozostaje ewokowana przez JP2 myśl o tym, że Dzieje mają sens i porządek, że historia jest Planem dopełnienia stworzenia. W tej perspektywie naród, narodowość przestaje być iluzoryczną, ale w efekcie często prowadzącą do zbrodni, wspólnotą krwi i genów. Tożsamość w tym świetle staje się kategorią przynależności do porządku wartości; staje się obywatelstwem krainy duchowej, akcesem do wspólnoty historii i tradycji, opartym na wolnej woli osoby. Dopiero dopełnieniem takiego stanu rzeczy jest kraina geograficzna, państwowość, system prawny.

Papieskie rozważania o tożsamości w kontekście polskim naprowadzają na jeszcze jedną kwestię, która zdaje się obecna w ostatniej książce Papieża. Wykształcony przez wieki polski sposób autoidentyfikacji oparty był na negacji innych. Lata zagrożenia istnienia biologicznej substancji narodu są winne temu, że z braku własnej wielkości, musząc połykać kolejne klęski i porażki, wytworzyły się mechanizmy zbiorowej obrony własnego wizerunku oparte na negacji wszystkiego, co Inne, Obce. Z rozważań JP2 w ostatniej książce można wysnuć wniosek, że uznał ten sposób za mało dojrzały i sensowny w obecnych warunkach, w rzeczywistości stawiającej człowiekowi zupełnie inne zadania i wyzwania niż jeszcze pięćdziesiąt lat temu. Koncepcja tożsamości ewokowana przez JP2 odwołuje się raczej do poczucia dumy i mocy, która nie musi się karmić dyskryminacją Innych. Pamięć o przodkach, duma z ich dokonań, zgłębianie świadomości własnych korzeni jest dobrem samoistnym, niewymagającym uzupełnienia o pogardę wobec innych. Mówiąc zupełnie wprost — dzielność załogi O.R P. „Orzeł” i kpt. Grudzińskiego przedzierających się bez map przez opanowany przez Kriegsmarine Bałtyk nie musi umniejszać dzielności i odwagi załogi U96 i kpt. Lehmann–Willenbrocka przedzierających się przez Gibraltar opanowany przez Royal Navy.

Ważną lekcją tożsamości był dla mnie sam JP2 i jego życie poprzez ów prosty fakt, że miałem Papieża. Po raz pierwszy od niepamiętnych czasów Polska i Polacy w osobie JP2 zyskali pozytywny desygnat swojej zbiorowej tożsamości. Światło było samoistne, nie było odblaskiem chwały wybicia przeciwników na polu bitwy, jaśniejącą żagwią klęski domagającej się krwawej pomsty. JP2 w tym sensie być może okazał się nie tylko bohaterem wyrażającym zbiorowość, z której się wywodził, ale przede wszystkim przemieniającym samą zbiorowość, powodującym zbiorową metanoię, której efekty będą widoczne z perspektywy odchodzenia tych, których nauczał (Pokolenia JP2?), czyli za jakieś 50 lat.

I dalej. Star trek. Kolejne generacje

Zostaliśmy sami, a czar prysł dość szybko. Może jednak wisi coś w powietrzu, może nagle zaczyniemy szybciej zbiorowo dojrzewać? Stawać się bardziej sobą, każdy na swój sposób, i nawracać do słów JP2, których się nie słuchało, kiedy je wypowiadał. Wartość niektórych dóbr i darów docenia się wtedy, kiedy zostaną odebrane. Stabilizacji na przykład nie odczuwa się jako szczególnego dobra, zanim jej nie zabraknie. Żywoty rozlicznych świątobliwych mężów, nie tylko katolickorzymskiego autoramentu mają cechę wspólną — jest nią przemiana w świecie dokonana za sprawą świętego po śmierci. Tak jakby śmierć, odejście uruchamiało mechanizm zwrotny relacji. Nie wiem, czy jest coś takiego jak JP2 generation, czy to tylko taka prefiguracja snu o tym, że możemy być lepsi i rozumniejsi. Przynależność do jakiejś generacji powinna być tylko ubocznym skutkiem, artefaktem procesu, konstatacją ex post podjętą przez następców, dlatego na razie zbawienne i słuszne jest sądzić, że JP2 generation to zaledwie postulat, a nie rzeczywistość. Ukucie emblematu i obnoszenie się z nim jest najlepszą formą kupienia sobie świętego spokoju. Do czasu.

Kiedyś ja go miałem, kiedy w najbardziej zapadłej okolicy Meksyku dowiadywałem się, że Papa jest OK i — w domyśle — dlatego mnie nie okradną. Znajomy luteranin napisał mi kiedyś w liście „Boża metoda to my”. Niezależnie od skomplikowanych stosunków łączących mnie z KK, złożoności ocen pontyfikatu JP2, niezależnie od tego, czy za rok na Westerplatte pojawi się więcej ludzi, by zamanifestować istnienie JP2 generation, czy nie pojawi się nikt — niezależnie od tego wszystkiego, co jest — chciałbym dorosnąć do tego, aby nasza relacja poniewczasie stała się zwrotna. Żeby teraz On mnie miał. Chociaż trochę.

2005/2006

Żeby teraz On mnie miał
Radosław Wiśniewski

urodzony 30 lipca 1974 r. – mieszka w Brzegu, pracuje we Wrocławiu, pisze wiersze, recenzje, szkice, felietony, wydał zbiór wierszy Nikt z przydomkiem (Toruń 2003) oraz wspólnie z Dariuszem Pado Raj/Jar, współpracuje z pismami literackimi....