Stać się ojcem

Uświadomiłem sobie, że moim ostatecznym powołaniem jest rzeczywiście stać się jak Ojciec i żyć na co dzień Jego Boskim współczuciem.

Bądźcie współczujący, jak Ojciec wasz jest współczujący 1

Łk 6,36

Samotny krok

Od chwili, gdy po raz pierwszy zobaczyłem fragment Syna marnotrawnego Rembrandta, rozpoczęła się moja wędrówka duchowa, która przywiodła mnie do napisania tej książki. Teraz, gdy kreślę ostatnie jej słowa, widzę, jak długą przebyłem drogę.

Od początku przeczuwałem, że nie tylko młodszy, ale także starszy syn może ukazać mi ważny aspekt mojej duchowej wędrówki. Przez długi czas ojciec pozostawał „innym”, kimś, kto może mnie przyjąć, przebaczyć, ofiarować dom, dać pokój i radość. Ojciec był przestrzenią, do której się wraca, celem mojej podróży, ostatecznym miejscem spoczynku. Dopiero stopniowo i często w bolesny sposób dane mi było zrozumieć, że moja duchowa wędrówka nie skończy się dopóty, dopóki ojciec będzie pozostawał kimś poza mną.

Przeczuwałem, że nawet moja najlepsza teologiczna i duchowa formacja nie może uwolnić mnie od postrzegania Boga Ojca jako kogoś groźnego i napawającego lękiem. Wszystko, czego się dowiedziałem o miłości Ojca, nie pozwalało mi wyjść poza myślenie o autorytecie, który ma nade mną władzę i który może jej użyć zgodnie ze swoją wolą. W jakiś sposób Boża miłość do mnie była ograniczona przez mój strach przed mocą Bożą. Uważałem za rozsądne zachowywanie bezpiecznego dystansu, mimo że odczuwałem ogromne pragnienie bliskości. Wiem, że dzielę to doświadczenie z niezliczoną liczbą ludzi. Widziałem, jak strach przed staniem się przedmiotem Bożej zemsty i kary paraliżował ich umysłowe i duchowe życie, niezależnie od wieku, religii czy stylu życia. Ten paraliżujący strach przed Bogiem jest jedną z wielkich tragedii człowieka.

Obraz Rembrandta i jego własne tragiczne życie dało mi perspektywę, w której odkryłem, że ostatnim etapem duchowej wędrówki jest całkowite odrzucenie strachu przed Bogiem, dzięki czemu mogę stać się jak On. Tak długo, jak Ojciec wywołuje lęk, tak długo pozostaje kimś z zewnątrz i nie może we mnie zamieszkać. Jednak Rembrandt, który pokazał mi Ojca w krańcowej bezbronności, sprawił, że uświadomiłem sobie, iż moim ostatecznym powołaniem jest rzeczywiście stać się jak Ojciec i żyć na co dzień Jego Boskim współczuciem. Chociaż jestem zarówno starszym, jak i młodszym synem, nie mogę nimi pozostawać, gdyż muszę być ojcem. Żaden ojciec ani matka nie stali się tym, kim są, nie będąc wcześniej synem czy córką. Każdy syn czy córka musi świadomie wyjść poza dzieciństwo i być ojcem bądź matką dla innych. Jest to trudny krok, krok, podczas którego często jesteśmy osamotnieni — szczególnie w czasie, kiedy tak trudno być rodzicem — ale jest to zasadniczy krok do wypełnienia duchowej wędrówki.

Choć Rembrandt nie umieszcza ojca w centrum obrazu, ojciec stanowi wyraźnie ośrodek przedstawionego zdarzenia. Od niego pochodzi światło, na nim skoncentrowana jest uwaga. Rembrandt, zgodnie z ewangeliczną przypowieścią, oczekiwał, że swoją uwagę skoncentrujemy najpierw na ojcu.

Jestem zdziwiony faktem, jak wiele upłynęło czasu, nim ojciec skupił na sobie moje zainteresowanie. Tak łatwo było utożsamić się z dwoma synami. Ich zewnętrzne i wewnętrzne błądzenie jest zrozumiałe i głęboko ludzkie, a więc identyfikacja następuje niemalże spontanicznie. Przez długi czas tak mocno utożsamiałem się z młodszym synem, że nie przyszło mi do głowy, iż mogę być bardziej podobny do starszego. Kiedy jednak przyjaciel powiedział mi: „Czy ty nie jesteś starszym synem z przypowieści?”, prawda ta zdominowała moje widzenie. Widocznie wszyscy w mniejszym czy większym stopniu doświadczamy różnorakich form człowieczego połamania. Nikomu z nas nie jest obca chciwość, złość, żądza, rozgoryczenie, lekkomyślność czy zazdrość. Ludzka niedoskonałość może przejawiać się na wiele sposobów, ale nie ma takiej przewiny, takiej zbrodni czy wojny, która nie miałaby swych nasion w naszym sercu.

Wróćmy do ojca. Po co zwracać tak wielką uwagę na synów, kiedy to właśnie on jest w centrum i z nim muszę się utożsamić? Po co tyle rozmawiać o synach, kiedy prawdziwe pytanie brzmi: Czy chcesz być jak ojciec? Bezpiecznie jest powiedzieć: Ci synowie są do mnie podobni. Daje to poczucie, że będzie się zrozumianym. Ale co czujemy, gdy się mówi: Ojciec jest do mnie podobny? Czy ja chcę być jak ojciec? Czy chcę być nie tym właśnie, któremu przebaczono, ale także tym, który przebacza; nie tym, który jest witany w domu, ale także tym, który wita; nie tym, któremu okazuje się współczucie, ale także tym, który je okazuje?

Czy zarówno w Kościele, jak i w społeczeństwie nie ma delikatnej presji, by pozostać zależnym dzieckiem? Czy Kościół w przeszłości nie podkreślał obowiązku posłuszeństwa w sposób, który sprawiał, że dojrzewanie do duchowego ojcostwa było niezwykle trudne, i czy nie zachęcał naszego konsumpcyjnego społeczeństwa do trwania w dziecięcym samozadowoleniu? Czy ktoś tak naprawdę wzywał nas, byśmy uwolnili się od niedojrzałej zależności i przyjęli brzemię odpowiedzialnej dorosłości? I czy nie próbujemy ustawicznie uciekać przed napawającymi strachem zadaniami ojcostwa? Rembrandt na pewno uciekał. Dopiero zaznawszy wiele bólu i cierpienia, kiedy zbliżył się do śmierci, był w stanie zrozumieć i namalować prawdziwe duchowe ojcostwo.

Być może najbardziej radykalnym oświadczeniem Jezusa było: „Bądźcie współczujący, jak Ojciec wasz jest współczujący” (Łk 6,36). Jezus opisuje Boże współczucie nie tylko po to, by pokazać, jak Bóg chce mi współczuć, przebaczać grzechy czy ofiarować nowe życie i szczęście, lecz po to, by zachęcić mnie, abym stał się jak Bóg, i to samo współczucie, które On okazuje mnie, okazał innym. Gdyby jedynym sensem tej przypowieści było to, że ludzie grzeszą, ale Bóg przebacza, mógłbym łatwo pomyśleć o swoich grzechach jako o dobrej sposobności, kiedy Bóg może okazać mi swoje miłosierdzie. W takiej interpretacji nie byłoby prawdziwego wezwania. Być może przyzwyczaiłbym się do swoich słabości i miał nadzieję, że Bóg ostatecznie przymknie na nie oczy, pozwalając mi wracać do domu, ilekroć zechcę. Taki sentymentalny romantyzm nie jest jednak przesłaniem tej Ewangelii.

Naprawdę zostałem wezwany do tego, aby wykazać, że obojętnie, czy jestem młodszym czy starszym synem, to jestem synem współczującego Ojca. Jestem dziedzicem. Nikt nie wyraził tego jaśniej niż św. Paweł, który napisał:

Sam Duch wspiera swym świadectwem naszego ducha, że jesteśmy dziećmi Bożymi. Jeżeli zaś jesteśmy dziećmi, to i dziedzicami: dziedzicami Boga, a współdziedzicami Chrystusa; skoro wspólnie z Nim cierpimy, to po to, by wspólnie mieć udział w chwale

Rz 8,16–17

Rzeczywiście, jako syn i dziedzic mam stać się spadkobiercą. Jestem przeznaczony do tego, by zająć miejsce mojego Ojca i ofiarować innym to samo współczucie, które On mi ofiarował. Powrót do Ojca jest ostatecznie wezwaniem do tego, by stać się Ojcem.

To powołanie, by stać się Ojcem, wyklucza jakąkolwiek „delikatną” interpretację opowieści. Wiem, jak bardzo tęsknię, by powrócić i być bezpieczny. Ale czy rzeczywiście chcę być synem i dziedzicem wraz ze wszystkim, co ten fakt za sobą pociąga? Przebywanie w domu Ojca wymaga, bym uczynił życie Ojca swoim własnym i przeobraził się na Jego podobieństwo.

Kiedy ostatnio przyglądałem się sobie w lustrze, przeżyłem szok, widząc, jak bardzo przypominam swego ojca. Nagle zobaczyłem człowieka, na którego spoglądałem, mając dwadzieścia siedem lat: człowieka, którego zarówno podziwiałem, jak i krytykowałem, którego kochałem i lękałem się. Wiele energii zużyłem na odnalezienie swojego „ja” w twarzy tej osoby i wiele pytań dotyczących tego, kim jestem i kim muszę zostać, określał fakt bycia synem tego człowieka. Kiedy nagle zobaczyłem go w lustrze, nabrałem przekonania, że wszelkie różnice, które sobie uświadamiałem w ciągu życia, są naprawdę znikome w porównaniu z podobieństwami. Byłem wstrząśnięty. Zrozumiałem, że rzeczywiście jestem dziedzicem, spadkobiercą, tym, który napawa lękiem, jest podziwiany, chwalony i nie rozumiany przez innych, jak mój ojciec nie był rozumiany przeze mnie.

Ojcostwo współczucia

Dzięki Rembrandtowskiemu wizerunkowi ojca wiem, że nie powinienem już dłużej asekurować się swoim synostwem, wykorzystywać go do zachowywania bezpiecznego dystansu. Przeżywszy swoje synostwo do końca, z czasem przekroczyłem wszystkie bariery i otworzyłem się na prawdę, że to, iż stanę się starym człowiekiem, jest tym, czego rzeczywiście pragnę. Nie mogę zostać na zawsze dzieckiem, nie mogę wskazywać wciąż na ojca jako na wymówkę dla swego życia. Muszę odważyć się wyciągnąć własne dłonie w błogosławieństwie i przyjąć z bezgranicznym współczuciem swe dzieci, nie zważając na to, co czują i myślą na mój temat. Bycie współczującym ojcem jest ostatecznym celem życia duchowego. Widać to zarówno na przykładzie przypowieści, jak i obrazu Rembrandta. Muszę więc teraz odkryć pełne znaczenie tej prawdy.

Po pierwsze, nie mogę zapominać o kontekście, w jakim Jezus opowiedział historię o „człowieku, który miał dwóch synów”. Łukasz pisze:

Przybliżali się do Niego wszyscy celnicy i grzesznicy, aby Go słuchać. Na to szemrali faryzeusze i uczeni w Piśmie: „Ten przyjmuje grzeszników i jada z nimi”

Łk 15,1–2

Podważali Jego prawo do nauczania, oburzeni Jego zażyłymi stosunkami z ludźmi grzesznymi. W odpowiedzi Jezus opowiada swoim krytykom przypowieść o zaginionej owcy, zagubionej monecie i synu marnotrawnym.

Skoro jesteśmy w domu Ojca jako Jego synowie i córki, możemy być jak On, kochać jak On, być dobrzy i troskliwi jak On. Jezus mówi o tym jasno:

Jeśli (…) miłujecie tylko tych, którzy was miłują, jakaż za to należy się wam wdzięczność? Przecież i grzesznicy okazują miłość tym, którzy ich miłują. I jeśli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to należy się wam wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią. Jeśli pożyczek udzielacie tym, od których spodziewacie się zwrotu, jakaż za to należy się wam wdzięczność? I grzesznicy pożyczają grzesznikom, żeby tyleż samo otrzymać. Wy natomiast miłujcie waszych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze i pożyczajcie, niczego się za to nie spodziewając. A wasza nagroda będzie wielka i będziecie synami Najwyższego; ponieważ On jest dobry dla niewdzięcznych i złych. Bądźcie współczujący, jak Ojciec wasz jest współczujący

por. Łk 6,32–36

To jest rdzeń ewangelicznego przesłania. Ludzie powołani są do tego, by wzajemnie się kochać na sposób Boży. Jesteśmy powołani do tego, by kochać się wzajemnie taką samą, nieegoistyczną, wychodzącą naprzeciw miłością, jaką widzimy w Rembrandtowskim obrazie ojca. Nasze miłosierdzie i współczucie nie może się opierać na stylu życia zdominowanym przez konkurowanie. Musi być to współczucie absolutne, w którym nie ma śladu rywalizacji, radykalne kochanie wroga. Jeśli mamy być nie tylko przyjęci przez Boga, ale przyjmować jak Bóg, musimy stać się jak Ojciec Niebieski i widzieć świat Jego oczyma.

Jednak bardziej istotna od kontekstu przypowieści i dobitnej nauki Jezusa jest sama Jego osoba. Jezus jest prawdziwym Synem Ojca. Stanowi dla nas wzór, jak stać się Ojcem. W Nim zamieszkuje pełnia Boga. W Nim mieści się cała Boża wiedza; w Nim pozostaje cała chwała Boga; cała moc Boga należy do Niego. Jego jedność z Bogiem jest tak ścisła i tak pełna, że widzieć Jezusa znaczy widzieć Ojca. „Pokaż nam Ojca” — prosi Go Filip. Jezus odpowiada: „Kto Mnie widzi, widzi także i Ojca” (J 14,9).

Jezus pokazuje nam, czym jest prawdziwe synostwo. Jest młodszym synem, który się nigdy nie zbuntował. Jest starszym synem, który nigdy nie był rozgoryczony. We wszystkim jest posłuszny Ojcu, ale nigdy nie był Jego niewolnikiem. Słucha wszystkiego, co mówi Ojciec, ale to nie sprawia, że jest Jego sługą. Robi wszystko, co Ojciec poleca Mu robić, ale pozostaje zupełnie wolny. Wszystko daje i wszystko otrzymuje. Stwierdza otwarcie:

Zaprawdę, zaprawdę, powiadam wam: Syn nie może niczego czynić sam z siebie, jeśli nie widzi Ojca czyniącego. Albowiem to samo, co On czyni, podobnie i Syn czyni. Ojciec bowiem miłuje Syna i ukazuje Mu to wszystko, co sam czyni, i jeszcze większe dzieła ukaże Mu, abyście się dziwili. Albowiem jak Ojciec wskrzesza umarłych i ożywia, tak również i Syn ożywia tych, których chce. Ojciec bowiem nie sądzi nikogo, lecz cały sąd przekazał Synowi, aby wszyscy oddawali cześć Synowi, tak jak oddają cześć Ojcu

J 5,19–24

Oto jest Boskie synostwo. I do tego właśnie synostwa zostałem powołany. Tajemnicą odkupienia jest to, że Syn Boży wcielił się, aby wszystkie dzieci Boga mogły stać się synami i córkami, podobnie jak Jezus. W tej perspektywie opowieść o synu marnotrawnym nabiera całkiem nowego wymiaru. Jezus, umiłowany Syn, opuszcza dom Ojca, by wziąć na siebie grzechy zagubionych dzieci Bożych i przyprowadzić je do domu. Odchodzi, lecz pozostaje bardzo blisko Ojca i poprzez całkowite posłuszeństwo może ofiarować uzdrowienie swym rozgoryczonym braciom i siostrom. W ten sposób Jezus, na moje szczęście, staje się młodszym i starszym synem, aby pokazać mi, jak stać się ojcem. Dzięki Niemu mogę stać się na powrót prawdziwym synem i jako prawdziwy syn mogę w końcu dojrzeć do tego, by nauczyć się współ–czuć jak nasz Niebieski Ojciec.

Wraz z upływem życia odkrywam, jak żmudne i wyzywające, ale jednocześnie prowadzące do pełni jest dorastanie do duchowego ojcostwa. Obraz Rembrandta wyklucza jakąkolwiek myśl, że ma to coś wspólnego z władzą, wpływami czy kontrolą. Można się łudzić, że pewnego dnia przeminą wszyscy szefowie i w końcu ja sam zostanę szefem. Jest to jednak myślenie tego świata, w którym główną troską pozostaje władza. I nietrudno się domyślić, że ci wszyscy, którzy starali się przez większość swego życia wyeliminować swoich szefów, w niczym się od nich nie będą różnić, kiedy już sami zajmą ich miejsca. Duchowe ojcostwo nie ma nic wspólnego z władzą czy kontrolą. Jest to ojcostwo współczucia. Muszę więc wpatrywać się w ojca obejmującego marnotrawnego syna, by uchwycić przebłysk tej prawdy.

Wbrew moim najlepszym zamiarom często łapię się na dążeniu do zdobycia władzy. Kiedy udzielam komuś rady, chcę wiedzieć, czy się do niej zastosuje; kiedy ofiarowuję pomoc, chcę, by mi podziękowano; kiedy daję pieniądze, chcę, aby ich użyto wedle mojego życzenia; kiedy robię coś dobrego, chcę, by o tym pamiętano. Mogę nie chcieć za to pucharu czy pamiątkowego proporczyka, ale cały czas dbam, by o mnie pamiętano, pragnę w jakiś sposób żyć w myślach i czynach innych ludzi. Ojciec marnotrawnego syna nie myśli jednak o sobie. Pełne cierpienia życie oczyściło go z tego. Jego jedyną troską są dzieci. Pragnie oddać się im całkowicie.

Smutek, przebaczenie i wspaniałomyślność

Patrząc na Rembrandtowski wizerunek ojca, widzę trzy drogi prowadzące do prawdziwego współczującego ojcostwa.

Pojmowanie smutku jako drogi do współczucia wydaje się nieco dziwne. Ale tak jest. Smutek sprawia, że pozwalam, by grzechy tego świata — włączając w to moje własne — przeniknęły moje serce i wylewam za nie wiele łez. Bez łez nie ma współczucia. Jeśli nie mogą to być łzy płynące z oczu, to przynajmniej niech to będą takie, które płyną z serca. Gdy rozmyślam nad ogromnym zagubieniem dzieci Bożych, żądzą, chciwością, przemocą, złością, rozgoryczeniem i gdy patrzę na nie oczyma Bożego serca, potrafię tylko płakać i wołać pogrążony w smutku:

Spójrz, moja duszo, ile bólu potrafi zadać jeden człowiek drugiemu; spójrz na tych ludzi knujących, jak zranić swoich bliźnich; spójrz na rodziców molestujących dzieci; spójrz na posiadaczy ziemskich wyzyskujących robotników; spójrz na zniewolone kobiety, na wykorzystywanych mężczyzn, na opuszczone dzieci. Spójrz, moja duszo, na świat; zobacz obozy koncentracyjne, więzienia, domy starców, szpitale i usłysz krzyk biedaka.

Smutek jest modlitwą. Tak niewielu opłakujących jest dziś na świecie. Smutek to ćwiczenie serca. Dzięki niemu dostrzegamy grzech świata. Stanowi on bolesną cenę wolności, bez której nie może zakwitnąć miłość. Duża część naszej modlitwy to udział w smutku. Ten smutek jest tak głęboki nie tylko dlatego, że tak wielki jest grzech człowieka, ale także — a może przede wszystkim — dlatego że tak wielka jest Boża miłość. Chcąc stać się jak Ojciec, którego autorytet opiera się tylko na współczuciu, muszę wylać morze łez i przygotować swe serce, by przyjąć każdego bez względu na to, jaką odbył wędrówkę, i z całego serca mu przebaczyć.

Drugim sposobem prowadzącym do duchowego ojcostwa jest przebaczenie. To właśnie przez ustawiczne przebaczanie stajemy się jak Ojciec. Przebaczenie z serca jest bardzo, bardzo trudne. Jest prawie niemożliwe. Jezus powiedział swoim uczniom:

Jeśliby (brat twój) siedem razy na dzień zawinił przeciw tobie i siedem razy zwróciłby się do ciebie, mówiąc: „Żałuję tego” — przebacz mu

Łk 17,4

Często mówiłem: „Przebaczam ci”, ale chociaż wypowiadałem te słowa, w moim sercu pozostawała złość i rozgoryczenie. Wciąż czekałem na opowieść, która przekonałaby mnie, że mimo wszystko mam rację; wciąż czekałem na słowa przeprosin i usprawiedliwienia; wciąż pragnąłem, by chwalono mnie za zasługi — choćby za to, że potrafię tak przebaczać!

Boże przebaczenie nie stawia żadnych warunków; pochodzi z serca, które niczego dla siebie nie żąda; z serca, które jest całkowicie wolne od szukania siebie. Właśnie to Boże przebaczenie muszę ćwiczyć codziennie. Ciągle wzywa mnie ono do wznoszenia się ponad podszepty, że przebaczenie jest rzeczą niemądrą, niezdrową i niepraktyczną. Wzywa mnie, by wznieść się ponad potrzebę odbierania dowodów wdzięczności i komplementów. W końcu żąda, bym wzniósł się ponad zranione serce, które cierpi, czuje się pokrzywdzone, wciąż chce kontrolować i każe mi stawiać warunki człowiekowi, któremu mam wybaczyć.

To „wznoszenie się ponad” jest prawdziwym ćwiczeniem się w przebaczaniu. Być może jest to bardziej „wspinanie się ku” niż „wznoszenie się ponad”. Często muszę wspinać się na mur swoich racji i gniewnych uczuć, który wzniosłem pomiędzy mną a tymi wszystkimi, których kocham, choć często za tę miłość mi nie odpłacają. Jest to ściana strachu przed tym, że będę znowu wykorzystany i zraniony. Jest to ściana dumy i pragnienia, by nie utracić kontroli. Jednak za każdym razem, kiedy uda mi się wznieść ponad ten mur albo wspiąć na niego, wchodzę do domu mego Ojca, gdzie dotykam bliźniego duchem współczującej miłości.

Smutek pozwala mi spojrzeć ponad murem i dostrzec ogromne cierpienie, które wynika z ludzkiego zagubienia. Otwiera moje serce na ducha solidarności z bliźnimi. Przebaczanie jest sposobem wzniesienia się ponad mur i powitaniem innych w sercu bez oczekiwania czegokolwiek w zamian. Tylko wówczas, kiedy pamiętam o tym, że jestem umiłowanym dzieckiem, potrafię witać tych, którzy chcą wrócić, z takim samym współczuciem, z jakim wita mnie Ojciec.

Trzecim sposobem, by stać się jak Ojciec, jest wspaniałomyślność. W przypowieści ojciec nie tylko daje swemu opuszczającemu dom synowi wszystko, czego on żąda, ale także obdarowuje go, gdy wraca. A do swego starszego syna powiada: „Wszystko, co moje, do ciebie należy”. Ojciec nie zachowuje nic dla siebie. Rozdaje wszystko, co posiada, swym synom.

On nie tylko ofiaruje im więcej, niż można by się na zdrowy rozum spodziewać od kogoś, kto został skrzywdzony, ale rozdaje się cały, nie pozostawiając sobie niczego. Synowie są dla niego „wszystkim”. Na nich chce przelać całe swoje życie. To, jak młodszy syn został obdarowany szatą, pierścieniem i sandałami oraz powitany w domu wspaniałym przyjęciem, jak również to, jak starszy syn został poproszony, by zajął swe niepowtarzalne miejsce w sercu Ojca i usiadł przy stole obok brata, ukazuje, że wszelkie granice ojcowskiego zachowania zostały przełamane. Nie jest to wizerunek ojca dbającego o szacunek dla siebie. Jest to wizerunek Boga, którego dobroć, miłość, przebaczenie, troskliwość, radość i współczucie nie mają żadnych granic. Jezus przedstawia Bożą wspaniałomyślność, odwołując się do wyobraźni funkcjonującej w kulturze, jednocześnie cały czas ją przekształcając.

Aby stać się jak Ojciec, muszę być tak jak On wspaniałomyślny. Tak jak Ojciec daje samego siebie dzieciom, tak i ja muszę dać siebie swoim braciom i siostrom. Jezus uzmysławia nam, że to dawanie siebie jest znakiem prawdziwego ucznia. „Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich” (J 15,13).

To dawanie siebie wymaga ćwiczenia, nie przychodzi ono spontanicznie. Jesteśmy dziećmi ciemności, która rządzi poprzez strach, egoizm, chciwość i władzę, naszymi głównymi motywami są chęć przeżycia oraz instynkt samozachowawczy. Jednakże jako dzieci światła, które wiedzą, że doskonała miłość znosi wszelki strach, potrafimy innym rozdać wszystko, co mamy.

Jako dzieci światła przygotowujemy się na to, by stać się prawdziwymi męczennikami: ludźmi, którzy świadczą całym swoim życiem o bezgranicznej miłości Boga. W ten sposób dawanie wszystkiego staje się osiąganiem wszystkiego. Jezus wyraża to w jasny sposób, mówiąc: „Kto straci życie z powodu Mnie (…) zachowa je” (Mk 8,35). Ilekroć czynię krok ku wspaniałomyślności, wiem, że przechodzę od strachu do miłości. Jednakże na początku te kroki nie są łatwe, ponieważ przed dobrowolnym dawaniem powstrzymuje mnie wiele emocji i uczuć. Dlaczego mam poświęcać energię, czas, pieniądze i — tak — nawet swoją uwagę komuś, kto wobec mnie zawinił? Dlaczego mam dzielić swe życie z kimś, kto je lekceważy? Może zdołałbym jeszcze przebaczyć, ale obdarowywać winowajców!

A jednak… prawdą jest, że w sensie duchowym ktoś, kto zawinił wobec mnie, należy do moich „krewnych”, do moich „genów”. Słowo wspaniałomyślność (generosity) zawiera w sobie słowo „gen”, które również znajduje się w słowie „rodzaj” (gender) i „pokolenie” (generation). Termin ten, z łacińskiego genus i greckiego genos, odsyła do faktu bycia przez nas jednym rodzajem. Wspaniałomyślność jest dawaniem tego, co pochodzi z wiedzy na temat tych zażyłych więzów. Prawdziwa wspaniałomyślność jest działaniem opartym na prawdzie — nie na uczuciu — że ci, którym mam przebaczyć, są moimi „krewnymi” (kinfolk) i należą do mojej rodziny. Ilekroć będę postępował, kierując się tą prawdą, stanie się ona dla mnie bardziej widoczna. Wspaniałomyślność tworzy rodzinę, która wierzy w tę prawdę.

Smutek, przebaczanie i wspaniałomyślność są trzema sposobami, dzięki którym może wzrosnąć w nas obraz Boga. Są to trzy aspekty ojcowskiego wezwania do tego, aby być w domu. Jako ojciec nie jestem już powołany do tego, by przyjść do domu jako młodszy czy starszy syn, ale aby być tam jako ten, do którego zagubione dziecko może powrócić i zostać powitane z radością. Być po prostu w domu i czekać, nie jest rzeczą łatwą. Jest to czekanie w smutku na tych, którzy odeszli, i czekanie z nadzieją, by ofiarować przebaczenie i nowe życie tym, którzy chcą wrócić.

Jako ojciec muszę uwierzyć, że wszystko, czego pragnie ludzkie serce, można znaleźć w domu. Jako ojciec muszę być wolny od potrzeby wędrowania w poszukiwaniu straconych szans z dzieciństwa. Jako ojciec muszę wiedzieć, że moja młodość naprawdę minęła i że młodzieńcze zabawy są tylko śmieszną próbą zamaskowania prawdy o mojej starości i zbliżaniu się ku śmierci. Jako ojciec muszę wziąć na siebie odpowiedzialność dojrzałej duchowo osoby i odważyć się uwierzyć, że prawdziwa radość i prawdziwe spełnienie mogą płynąć tylko z witania w domu tych, którzy zostali zranieni w czasie życiowej wędrówki, oraz kochania ich miłością, która niczego nie żąda ani niczego nie oczekuje w zamian.

W tym duchowym ojcostwie kryje się straszliwa pustka. Nie ma tu mowy o władzy, sukcesie, popularności czy łatwej satysfakcji. Jednakże ta straszliwa pustka jest jednocześnie miejscem prawdziwej wolności, miejscem, gdzie „nie ma nic do stracenia” 2, gdzie miłość jest wolna od pęt i gdzie można znaleźć prawdziwą siłę duchową.

Ilekroć doświadczam w sobie tej straszliwej, a jednak owocującej pustki, wiem, że mogę powitać w niej każdego bez potępienia i dać mu nadzieję. W niej mogę wziąć na siebie ciężary drugich bez potrzeby oceniania, szeregowania czy analizowania. W niej, w tym stanie całkowicie wolnym od osądzania, mogę zrodzić wyzwalające zaufanie.

Kiedyś, odwiedzając umierającego przyjaciela, doświadczyłem bezpośrednio tej świętej pustki. Nie musiałem pytać o przeszłość ani spekulować na temat przyszłości. Byliśmy po prostu razem, nie lękając się, nie czując winy czy wstydu, nie martwiąc się o nic. Mogliśmy odczuć w tej pustce miłość Boga niestawiającą żadnych warunków i powiedzieć to, co powiedział Symeon, kiedy wziął na ręce małego Jezusa: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa” (Łk 2,29). Tam, pośród straszliwej pustki, było całkowite zaufanie, pokój i radość. Śmierć nie była już wrogiem. Miłość zwyciężyła.

Ilekroć doświadczamy tej świętej pustki, która bierze się z niczego nieżądającej miłości, niebo i ziemia drżą i powstaje wielka „radość u aniołów Bożych” (Łk 15,10). Jest to radość z powrotu synów i córek. To radość z duchowego ojcostwa.

Życie tym duchowym ojcostwem wymaga ustawicznego ćwiczenia przebywania w domu. Jako osobie ciągle poszukującej potwierdzenia i uczucia wydaje mi się, że niemożliwe jest kochać w pełni, nie oczekując niczego w zamian. Jednakże to ćwiczenie polega również na tym, by nie pojmować miłości jako czynu heroicznego. Aby dojrzeć do duchowego ojcostwa i przynależącego doń autorytetu współczucia, muszę sprawić, by zbuntowany młodszy syn i rozgoryczony starszy syn weszli na podwyższenie, przyjęli bezwarunkową, przebaczającą miłość, którą daje mi Ojciec, i usłyszeli wezwanie, aby tak jak Ojciec być w domu.

Wówczas obaj synowie we mnie będą mogli się stopniowo przeobrazić we współczującego ojca. To przeobrażenie prowadzi mnie do spełnienia najgłębszego pragnienia mego niespokojnego serca. Jakaż bowiem może być dla mnie większa radość niż wyciągnięcie moich zmęczonych rąk i położenie dłoni w geście błogosławieństwa na ramionach powracającego do domu dziecka?

przeł. Justyna i Jan Grzegorczykowie

Jest to fragment książki Henri J. M. Nouwena Powrót syna marnotrawnego, której albumowe wydanie niebawem ukaże się nakładem Wydawnictwa Zysk i S–ka.

1 Autor używa tu słowa compassionate (ang.) współczujący, a nie merciful (ang.) miłosierny (przyp. tłum.). 
2 Por. słowa piosenki Janis Joplin Me and Bobby McGee, w której znajduje się zdanie: „Wolność to jeszcze jedno słowo, by powiedzieć, że nie ma nic do stracenia”.

Stać się ojcem
Henri J. M. Nouwen

(ur. 24 stycznia 1932 r. w Nijkerk, Holandia – zm. 21 września 1996 r. w Hilversum, Holandia) – holenderski ksiądz katolicki, pisarz, laureat Nagrody im. Thomasa Mertona, profesor m.in. Uniwersytetu w Notre Dame, Yale Divinity School i Harvard Divinity School....