Wybierajcie życie

Katarzyna Kolska, Paweł Kozacki OP: Czy przykazanie „Czcij ojca swego i matkę swoją” oznacza zawsze posłuszeństwo, uległość, zgodliwość z rodzicami?

Adrian Galbas SAC: To przykazanie nie działa jednokierunkowo. Mówił o tym papież Jan Paweł II w 1991 roku, w Kielcach: „słowa czwartego przykazania skierowane są do dzieci, do synów i córek. Mówią »czcij ojca i matkę«. Z równą jednak siłą odnoszą się do rodziców: »pamiętaj, abyś prawdziwie zasługiwał na tę cześć«. Bądź godny imienia ojca! Bądź godna imienia matki!”.

W Biblii „cześć” należy się wyłącznie Bogu. Nasi rodzice, wydając nas na świat, stali się współpracownikami Stwórcy. I tego dotyczy to przykazanie. Rodzice nie mogą jednak bezwzględnie wykorzystywać czwartego przykazania po to, by wymusić posłuszeństwo swoich dzieci, wtedy gdy sami z roli ojca czy matki nie wywiązują się właściwie. Nie mogą mówić: nieważne jakimi jesteśmy rodzicami. Ty masz nas czcić, kochać i szanować, bo tak każe Pan Bóg. To byłoby straszne. Z każdego domu zrobiłoby piekło.

Czy wolno się przeciwstawić swoim rodzicom?

Czasami nawet trzeba!

To może być powodem rozdarcia wielu ludzi. Młody człowiek czuje, że to, co rodzic mu proponuje, jak go wychowuje, nie jest dobre dla niego, ale w imię posłuszeństwa, w imię czci rodziców robi to, czego od niego oczekują.

Czy w imię posłuszeństwa mamy się zgadzać na to, by rodzice, którzy nie radzą sobie ze swoim powołaniem ojca i matki, nas krzywdzili? Czy ślepo mamy zachowywać źle zinterpretowane przykazanie Boże? Bóg nie jest sadystą i na pewno nie chce, byśmy byli krzywdzeni i byśmy dali się krzywdzić.

Pierwszym przejawem miłosierdzia względem drugiego człowieka jest zrozumienie, przyjęcie go takim, jakim on jest, a nie takim, jakim ja chciałbym, żeby on był. Jeśli dziecko nie czuje się rozumiane przez własnych rodziców, jeśli nie czuje się przez nich przyjęte, jeśli rodzice z nim nie rozmawiają, tylko wygłaszają mu przemówienia, to krzywdzą je. I ta krzywda jest czasami większa niż pijackie burdy.

Często to krzywdzenie nie jest widoczne wprost, dokonuje się w postaci subtelnej manipulacji. Do czego taki nastoletni człowiek, który zaczyna samodzielnie myśleć, może się odwołać w Piśmie Świętym, w Ewangelii, by powiedzieć: „Mam prawo zawalczyć o siebie”?

Dla mnie klasycznym tekstem są słowa z Księgi Powtórzonego Prawa: „wybierajcie życie”. Ja mam prawo w pełni żyć. Biblia mówi też, że jesteśmy powołani do miłości. A przykazanie miłości to także miłość siebie samego. Jeśli ty – mój rodzicu – mnie tłamsisz, nie starasz się mnie zrozumieć, przyjąć, jeśli ty, mój rodzicu, mnie nie kochasz, tylko kochasz jakąś swoją iluzję we mnie, wtedy ja nie mogę być sobą, nie jestem w stanie pokochać siebie samego, nie umiem też prawidłowo otworzyć się na relacje z innymi ludźmi, a w końcu na samego Boga.

Skrzywdzeni słyszą z kościelnej ambony, że grzechem jest antykoncepcja, in vitro i seks przedmałżeński, ale nie słyszą, że grzechem jest mówienie źle przy dziecku o rodzicu, który np. zostawił rodzinę.

Relacja między rodzicami a dziećmi jest wtórna. Pierwsza jest relacja między małżonkami. Jeśli ona jest zakłócona, to trudno się dziwić, że zakłócone są relacje rodzicielskodziecięce. Kiedyś, jeszcze w czasach seminaryjnych, podczas rekolekcji dominikanin o. Wojciech Giertych zapytał nas: „A kogo kobieta powinna bardziej kochać – męża czy dziecko?”. Większość z nas odpowiedziała oczywiście, że dziecko. Wielki błąd. W sakramencie małżeństwa kobieta przysięga mężczyźnie miłość, i odwrotnie. Dziecku się nie przysięga miłości. Ta miłość wynika z więzi naturalnych. Pierwsza jest miłość małżeńska.

Czy ksiądz czasami mówi z ambony dorosłym mężczyznom i kobietom: „Twoja żona musi być dla ciebie najważniejsza, twój mąż musi być dla ciebie najważniejszy. Musisz opuścić ojca i matkę.”?

Mówię to regularnie na każdym kazaniu ślubnym. Że od tej pory wszyscy muszą zrobić krok do tyłu. I jeżeli ktokolwiek – łącznie z matką, ojcem, babcią, a potem dzieckiem – stanąłby pomiędzy tymi małżonkami, popełnia wielki błąd i niszczy związek, który się w tej chwili zawiera. Choć przyznam, że te słowa są niechętnie przyjmowane przez niektórych słuchających.

Czy w naszym duszpasterstwie i kaznodziejstwie jest miejsce na docenienie uczuć, emocji w relacjach? Często bowiem podkreślamy obowiązek miłości płynącej z przykazań, a nie radość z jej spontanicznego przeżywania.

Pewnie, że jest miejsce. Ale nie mówimy o tym, bo często sami mamy problemy z emocjami. W naszym kaznodziejstwie jesteśmy bardzo techniczni. Czegoś się tam nauczyliśmy w seminariach, o czymś przeczytaliśmy w książkach, mamy gotowe schematy kazań, wygłaszamy je niemal mechanicznie. I zdecydowanie za mało mówimy o uczuciach i ich roli w budowaniu podstawowych więzi.

Co by ksiądz powiedział ludziom, którzy w myśl słów Pana Jezusa, czują się niezdolni do małżeństwa, bo ludzie ich takimi uczynili. Ludzie czyli np. rodzice, którzy tak ich wychowali. Jak im pomóc, by mogli pozbyć się tego bagażu, tego niedobrego, toksycznego dziedzictwa wyniesionego z domu?

Małżeństwo jest wielkim, niemal desperackim aktem zaufania Panu Bogu. Z jednej strony jest moja przeszłość, która często mnie obciąża, i jest to przypuszczenie, że nie dam sobie rady, ale z drugiej strony, jeśli nie zaufasz, to jeszcze bardziej pogrążysz się w tym swoim kompleksie. A zaufanie jest zawsze ryzykowne. To taki dobrze wykalkulowany skok w ciemność. Kalkulacja kalkulacją, przygotowanie przygotowaniem, ale zawsze jest ta ciemność, o której nie mamy bladego pojęcia.

Nim narzeczeni złożą przysięgę małżeńską, pytamy ich: „Czy chcecie wytrwać w tym związku, w dobrej i złej doli, w zdrowiu i w chorobie, aż do końca waszego życia?”. Bardzo łatwo jest wytrwać w zdrowiu i w dobrej doli. Ale tu jest też pytanie o złą dolę i o chorobę. I to zawsze jakoś przyjdzie. A czasami przychodzi właśnie przez wspomnienie złego domu, z którego się wyszło.

Małżonkowie na to pytanie zawsze tak chętnie odpowiadają: tak, tak. A mi ciarki przechodzą wtedy po plecach. Potem trochę słabną, bo słyszę pierwszą wypowiedź nowych małżonków, tuż po złożeniu przysięgi. To jest ich modlitwa: „Tak mi dopomóż, Panie Boże wszechmogący”. Oni się przyznają, że to, na co się przed chwilą zdecydowali, przekracza ich siły i że podołają tylko wówczas, gdy otworzą się na Pana Boga. To jest bardzo pokorne. Swoją drogą, przygotowując narzeczonych do małżeństwa, kładę duży nacisk właśnie na to pytanie. Chcę, żeby sobie uświadomili, że nie zawsze będzie dobrze, i by się zastanowili, czy i gdzie znajdą siłę do walki z chorobami i do znoszenia złej doli.

Ale nim zraniona, czy jak mówiliśmy „uniezdolniona” osoba zdecyduje się na małżeństwo, musi pokonać to zranienie, które w sobie nosi. Jak ma to zrobić?

To zależy od tego, jak ono jest głębokie i jakie inne doświadczenia jej towarzyszą. Nie wierzę, że ktoś ma tylko doświadczenia własnej niezdolności. Z pewnością były też w jego życiu chwile, które potwierdziły mu, że jest udanym i „poradnym” człowiekiem. Każdy ma przecież na swoim koncie jakieś sukcesy i zwycięstwa, a nie tylko same porażki. Nikt nie jest całkiem i we wszystkim nieudany. I to trzeba wiedzieć, trzeba patrzeć na siebie całościowo! Ale często potrzeba tu głębokiego i nieekspresowego procesu uzdrowienia wewnętrznego, który dokonuje się i przez sakramenty, i przez terapię. Współpracuję z kilkoma terapeutami, bo widzę sensowność takiej pomocy, a sam nie chcę się brać za coś, na czym się nie znam. Dlatego mówię uczciwie takiemu kandydatowi albo kandydatce do małżeństwa: poczekaj, najpierw popracuj z terapeutą. Przynajmniej raz się spotkaj, pogadaj o tym. Posłuchaj, co ci powie. I odwrotnie: ci terapeuci, jeśli prowadzą osoby religijne, które chcą terapię wzmocnić posługą sakramentalną, odsyłają je do mnie. Takie teamy są bardzo wskazane.

Uważa ksiądz zatem, że terapia psychologiczna i duszpasterstwo powinny współistnieć, przenikać się?

Niektórzy księża bardzo alergicznie reagują na samo słowo „terapeuta”, próbując zamodlić każdy problem. Ale kiedy boli nas ząb, to nie zaczynamy się modlić, tylko idziemy do dentysty. Wierzymy, że ten dentysta też jest darem Pana Boga dla nas. I kompetencja tego dentysty jest przejawem miłości Pana Boga do nas. Nie wiem, czemu inaczej mielibyśmy postępować ze światem naszych uczuć, z naszym światem wewnętrznym.

To, że księża reagują alergicznie, wynika ze stereotypu, że terapeuta będzie prowadził swego pacjenta do zrealizowania siebie. I powie mu: jeśli uznasz, że najlepszym dla ciebie rozwiązaniem będzie rozwód – zrób to. Jeśli uznasz, że wiara wywiera na ciebie zbyt obsesyjny wpływ, sam zacznij decydować, co jest dobre, a co złe. Księża boją się sprzeczności pomiędzy przekazem terapeutycznym a przekazem, który płynie z przykazań.

Wszystko wybieramy: fryzjera, sklep, lekarza. Mamy prawo wybrać także terapeutę. Jeśli ktoś jest człowiekiem wiary i ta wiara ma dla niego fundamentalne znaczenie w życiu i pragnie żyć w jedności z Panem Bogiem, to poszuka terapeuty rozumiejącego te sprawy. Zapyta księdza w konfesjonale, czy kogoś takiego nie zna. Duszpasterze powinni wiedzieć, do kogo można bezpiecznie odesłać takie osoby. Znać adresy konkretnych ośrodków czy gabinetów. Jako księża możemy też wiele zrobić podczas przygotowywania do małżeństwa. Często to przygotowanie jest po prostu byle jakie. Na pewno bywają takie sytuacje, gdy powinniśmy odradzić młodym przyjęcie tego sakramentu, bo widzimy, że oni nie są do niego gotowi. Czy to robimy? Mnie się zdarza. Podczas rozmów z narzeczonymi proszę czasami, by się zastanowili, czy nie warto jeszcze poczekać. Tylko raz mi się zdarzyło, że posłuchali. To wymagało z ich strony wielkiej odwagi, bo wszystko było już przygotowane do wesela. Oni potem się rozstali. Nigdy tego ślubu nie wzięli. Dzisiaj są w innych związkach, myślę, że nie mają do mnie żalu… Niestety, kursy przedmałżeńskie robione są – w zdecydowanej większości ośrodków – masowo, byle jak, bez indywidualnego dotarcia do ludzi. Przygotowanie do kapłaństwa trwa sześć, siedem lat. Kandydaci mają opiekę duchową, psychologiczną, otaczani są przez wiele osób. Przygotowanie do małżeństwa trwa kilka tygodni – albo i nie. A jeśli chodzi o wagę podejmowanej decyzji, tu i tu jest taka sama, nieodwoływalna, na całe życie.

Człowiek, który jednocześnie korzysta z pomocy terapeuty i duszpasterza, może usłyszeć sprzeczne rady. Ewangelia mówi: jeśli ktoś cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i lewy. Terapeuta powie: jeśli ktoś cię uderzy w prawy policzek, nie pozwól, by uderzył cię w lewy. Pojawia się rozdarcie?

Pan Jezus mówi: nadstaw drugi policzek, ale kiedy został uderzony w twarz, nie nadstawił drugiego policzka, tylko zapytał: „Dlaczego mnie bijesz?”. Jeśli wyrwiemy jakieś zdania z kontekstu i będziemy się nimi posługiwać, by udowodnić swoją ideę, czasami zupełnie chorą, to będziemy ludzi masakrować, a nie prowadzić do Pana Boga.

Zraniony przez matkę syn, który stał się już mężczyzną i chce być samodzielny, słyszy często: ja się dla ciebie tak poświęciłam, byłam dla ciebie taka dobra, a ty teraz mnie zostawiasz, nie chcesz się mną zajmować. Te słowa wpędzają go w poczucie winy, chce być nadal dobrym synem, a jednocześnie chce zacząć swoje samodzielne życie. Jest rozdarty.

Większą winę za problemy dorosłych mężczyzn ponoszą ich ojcowie. W rodzinach brakuje ojców. Brakuje ich, bo odeszli, albo są, ale nie biorą odpowiedzialności za rodzinę, za swoją więź z żoną i z dziećmi. Mężczyzna w domu to często albo kat, albo kastrat. Matka nie nauczy chłopca bycia mężczyzną, bo ona się na tym nie zna. I trudno ją za to winić. Dobrze, jeśli taki chłopak, pozbawiony obecności biologicznego ojca, ma blisko siebie chociaż ojca chrzestnego, jakiegoś normalnego wujka, duszpasterza – kogoś kto stanie się dla niego wzorem. Ale jeśli takiej osoby nie znajdzie, będzie zasilał zastępy niepełnosprawnych mężczyzn.

Sześć lat przygotowania do kapłaństwa, kilka tygodni przygotowania do małżeństwa. Czy jest przygotowanie do rodzicielstwa?

Naiwnie sobie myślimy, że to samo przychodzi, jak odruch ssania piersi. A kiedy okazuje się, że to nie takie proste, rodzice łapczywie chwytają za poradniki, idą na kursy, szukają pomocy u znajomych.

Niektórzy mówią, że Kościół akcentuje tylko rodzinę, używając wielkich haseł: Rodzina Bogiem silna, obchodząc np. Niedzielę Świętej Rodziny. Tzw. single czują się wykluczone, pozostawione sobie.

Dużo jest tego prorodzinnego szumu, ale realnej, kompetentnej pomocy mniej. Kiedyś pewni małżonkowie powiedzieli mi, że troska Kościoła o rodzinę kończy się na Familiaris consortio. Coś z tego jest. Wydajemy dokumenty, wygłaszamy przemówienia, organizujemy sympozja, a mniej skupiamy się na dobrym przygotowaniu ludzi do małżeństwa, do zakładania dobrych rodzin, rzadko, chyba za rzadko towarzyszymy tym rodzinom w ich kłopotach. A zapotrzebowanie na to jest ogromne. W mojej parafii każda inicjatywa prorodzinna, jak np. spotkania dla małżeństw czy dla osób żyjących w związkach niesakramentalnych, natychmiast budzi zainteresowanie. Ludzie potrzebują i szukają takiej realnej i sensownej pomocy. Inna sprawa, że tzw. singlom, niezawierającym z różnych powodów małżeństwa, też chyba nie pomagamy dostatecznie dobrze. Tu jesteśmy jeszcze mniej wprawni.

Czy na kazaniu ślubnym mówi też ksiądz tym młodym, jakimi mają być rodzicami?

Na kazaniu ślubnym ci młodzi ludzie nie powinni usłyszeć, jak być dobrym ojcem czy matką, tylko jak być razem. Jak budować kochające się małżeństwo. Co to znaczy w praktyce miłość, co to znaczy wierność. Kiedy staram się tłumaczyć to podczas homilii, ludzie mówią: dziękuję, że ktoś nam to wreszcie powiedział. A oni to przecież mają za chwilę przyrzekać. Czyli co? Przyrzekają sobie coś, o czym nie mają zielonego pojęcia? Albo mają jakąś inną koncepcję miłości niż ta, o którą chodzi w sakramencie małżeństwa?

Ale staną się też rodzicami. Mają być dobrymi rodzicami. O czym powinni pamiętać, by nie stworzyli toksycznego związku ze swoimi dziećmi?

Kobieta mówi: To jest moje dziecko. Ale mówiąc to, musi pamiętać, że dziecko nie jest nią, nie jest jej własnością, że to jest odrębny człowiek. W żadnym momencie nie może mu okazać niezrozumienia i agresji, bo ono tą agresją nasiąknie i to kiedyś z niego wyjdzie.

Musi też wiedzieć, że nigdy nie będzie żałowała czasu, który poświeci swojemu dziecku. Miłość mierzy się zdolnością do ofiary. Jeśli kobieta nie jest zdolna do ofiary, to robi błąd, wychodząc za mąż i zakładając rodzinę.

Mężczyzna weryfikuje się przez odpowiedzialność za osoby, z którymi się wiąże – najpierw za żonę, potem za dzieci. Każdy unik od tej odpowiedzialności jest przejawem patologii.

Powiedział ksiądz wcześniej, że miłość małżeńska jest przed miłością rodzicielską. To odważne i mało popularne. Kobieta ma być matką – tak nas wychowano. Tak słyszymy w kościele.

Wynika to ze stereotypów. Ikona Matki Polki jest bardziej dostojna i częściej opiewana niż ikona Żony Polki. To niedobrze. Miłość małżeńska jest przed miłością rodzicielską.

Podczas sakramentu małżeństwa narzeczeni przyrzekają, że się nie opuszczą aż do śmierci. Ale rozumieją to bardzo wąsko. To nie o to chodzi, że ja się z tobą nigdy nie rozwiodę. Bardzo wielu ludzi opuszcza się, nie idąc nigdy do sądu. Przychodzi taki moment, że nic ich już nie łączy: ani wspólna bawialnia, ani wspólna jadalnia, ani wspólna sypialnia. Dwoje obcych ludzi z kawałkiem identycznego złota na palcu. Dlaczego tak się stało? Bo przestali być dla siebie mężem i żoną. Żona została praczką, sprzątaczką, kucharką, matką dzieci. Mąż zarabiaczem pieniędzy, programistą wakacji, kierowcą. Czy to nie jest złamanie przysięgi małżeńskiej?

My sobie zinterpretowaliśmy te słowa, że zdradzić męża czy żonę to znaczy odejść z inną kobietą czy z innym mężczyzną. Tymczasem ta zdrada wcale nie musi się dokonać w sferze seksualnej.

Nie słyszymy często o tym na kazaniach.

Możemy nad tym ubolewać. Nie słyszymy, bo my, księża, sami funkcjonujemy w jakichś stereotypach, albo boimy się mówić to, co myślimy.

To znaczy, że odium nieszczęśliwych, toksycznych rodzin spada też na duszpasterzy?

Na pewno mamy tu cząstkę, albo i dużą część winy. A pamiętając o słowach Chrystusa, że komu więcej dano, od tego więcej się będzie wymagać, musimy się bardzo starać, by nie być byle jakimi duszpasterzami i by tym surowszy nie spotkał nas sąd.

Wybierajcie życie
bp Adrian Galbas SAC

urodzony 26 stycznia 1968 r. w Bytomiu – polski duchowny rzymskokatolicki, pallotyn, doktor teologii duchowości, ceniony duszpasterz i rekolekcjonista, prowincjał Prowincji Zwiastowania Pańskiego w Poznaniu (2011-2019), od stycznia 2020 r. biskup pomocniczy diecezji ełckiej....

Wybierajcie życie
Katarzyna Kolska

dziennikarka, redaktorka, od trzydziestu lat związana z mediami. Do Wydawnictwa W drodze trafiła w 2008 roku, jest zastępcą redaktora naczelnego miesięcznika „W drodze”. Napisała dziesiątki reportaży i tekstów publicystyc...

Wybierajcie życie
Paweł Kozacki OP

urodzony 8 stycznia 1965 r. w Poznaniu – dominikanin, kaznodzieja, rekolekcjonista, duszpasterz, spowiednik, prowincjał Polskiej Prowincji Zakonu Kaznodziejskiego, publicysta, wieloletni redaktor naczelny miesięcznika „W drodze”....