Milcząca lekcja

Milcząca lekcja

, 0 recenzji

Czas ciekawy, czas niespokojny. Z Leszkiem Kołakowskim rozmawia Zbigniew Mentzel, cz. 1, s. 276, cz.2, s. 192, Wydawnictwo Znak, Kraków 2007–2008

Wobec deklarowanej wielokrotnie niechęci do rozważań autobiograficznych ta książka musiała wzbudzić zainteresowanie. Po osiemnastu latach starań Zbigniew Mentzel zdołał nakłonić profesora Leszka Kołakowskiego do obszernego wywiadu, który ostatecznie przerodził się w dwa tomy rozmów. Oczekiwania wobec Czasu ciekawego, czasu niespokojnego były bardzo duże. Wywiady Kołakowskiego zawsze cieszyły się dużą popularnością i równie często skłaniały do osobistej zadumy. Spodziewałem się książki, która będzie swoistym podsumowaniem życia, pewnego rodzaju przewodnikiem pozostawionym przez filozofa dla ludzi poszukujących odpowiedzi na zwykłe i niezwykłe pytania: jak żyć? co czytać? jaki sens ma życie? Znając ostatnie wywiady profesora, w których bardzo oszczędnie, jakby mimochodem, dzielił się swoimi intuicjami religijnymi, oczekiwałem rozwinięcia tych kwestii w postaci książki.

„O zbyt trudne sprawy pytasz”, odpowiada rozmówcy Kołakowski. To zdanie będzie przewodnikiem w czasie lektury; przewodnikiem nieraz wyraźnie podkreślającym swoją obecność, innym razem ukrytym za niepamięcią, za niedomówieniem. Filozof na początku czyni dwie uwagi: nie będzie rozmawiał o tym, kto z kim spał, oraz o swoich rodzicach. Ta dyskrecja wzbudza zaufanie.

Jaki jest „tamten” Kołakowski sprzed lat? Nosi broń. Przybywa na wezwanie partii, aby w dyskusji rozprawić się z przeciwnikami komunizmu. Jest zaangażowany. Chciałoby się powiedzieć „naiwny”, ale jest to już ocena z perspektywy czasu. Lata powojenne, zniszczona Polska – łatwo ulec mitowi nowego ładu. Komunizm jawił się wtedy jako „pogromca nazizmu”, był „mitem Lepszego Świata, tęsknotą za życiem bez zbrodni i poniżenia, królestwem równości i swobody”. Dla tego celu tamten Kołakowski mógł zrobić wiele: „Wierzyliśmy, że trzeba komunizm wprowadzać nawet przemocą, bo to jest przyszłość ludzkości”. Dzisiaj brzmi to cokolwiek niepokojąco. Dzisiaj brzmi to może nawet śmiesznie. Samego siebie Kołakowski ocenia radykalnie. Ma jeszcze czułość podszytą ironią dla „tamtego” siebie – „miałem dwadzieścia lat i, oczywiście, byłem wszechwiedzący” – jednak nie stroni od ostrej oceny. Mimo to unika nadmiernego ekshibicjonizmu, pogrążania w usprawiedliwiających lub samopiętnujących wypowiedziach. W jego słowach drzemie spokój dorównujący jedynie sile rozliczenia się z własną przeszłością. Nie korzysta z pomocniczych zwrotów podsuwanych przez Mentzla. Odrzuca tak łatwo przywoływane na obronę przez innych intelektualistów „ukąszenie Heglowskie”. Jego odpowiedź na pytania o „tamte” lata jest spokojna, a jednocześnie zakotwiczona w jakiejś ciemności, jakby dochodziła z głębokiej studni: „Nikt nie jest usprawiedliwiony przez to, że padł ofiarą oszustwa, a brak odwagi nie tłumaczy nikogo, choćby dał się historycznie objaśnić, bo człowiek jest odpowiedzialny za wszystko, co czyni”. Zastanawiam się, jak zareagowałby „tamten” Kołakowski na te słowa. Czy chciałby ich słuchać i czy byłby w stanie je naprawdę usłyszeć?

Nie wiem, czy byłoby to możliwe. Mam wrażenie, że jednak nie. Definiując odwagę filozoficzną, Kołakowski stwierdza, że „jest to zdolność do doprowadzenia własnej myśli do ostatecznych konsekwencji bez szukania wykrętów. Tylko tyle można by powiedzieć. Wielcy filozofowie na ogół tacy są, że prą w pewnym kierunku, nie obawiając się, iż może to być poczytane za szaleństwo. Chcą być konsekwentni bezwzględnie, chcą wyczerpać wszystko, co może się mieścić w ich podstawowych założeniach. Ja to cenię, wiedząc, że czasami to prowadzi do obłędu”. Czy „tamten” Kołakowski podjąłby rozmowę? Czy przy braku argumentów wyciągnąłby broń? Trudno czytelnikowi nie stawiać takich pytań – jest wszak dwóch tak różnych Kołakowskich. Zarazem: nie nazbyt surowa ta ocena? Przecież „dzisiejszy” Kołakowski opisuje „tamtego” z perspektywy czasu, w którym zamykają się doświadczenia życia emigracyjnego, znajomość z Miłoszem, rozmowy z Giedroyciem…

Istnieje subtelna granica pomiędzy filozofem a myślicielem, choć – być może – przywykliśmy do ich utożsamiania. Filozofowi znacznie bliżej do wyniosłości samotnej wieży. Jego praca ma wymiar przede wszystkim naukowy, wobec czego zdaje się, że on sam nie dostrzega innych ludzi pochłonięty rozważaniem zawiłych kwestii. Myśliciel stara się swoją filozofię osadzić w konkrecie ludzkiego życia; sprawić, aby mądrość nie była abstrakcją, sztuka myślenia zaś dawała naprawdę wskazówki do dobrego życia. Kołakowski dawno przekroczył już granicę oddzielającą filozofa od myśliciela. Daremnie jednak szukać u niego wskazówek, jak dobrze przeżyć życie. Autor Głównych nurtów marksizmu wydaje się nie mniej zagubiony w globalnej wiosce z całym bogactwem oferowanej przez nią literatury, zdumiewających wyników nauki niż petent zgłaszający się do niego po naukę. Szczerość tych wypowiedzi niewątpliwie budzi uznanie, a z drugiej strony rodzi także niedosyt. Kołakowski, mówiąc o samotności filozofa i braku swoistej republiki intelektualistów, daje do zrozumienia, że poszukuje odpowiedzi tak samo jak czytelnik. Pytany, często unika jednoznacznych wypowiedzi, wybiera postawę niejednoznaczną, nie będąc ani tu, ani tam. Jak sam stwierdza: „Wszyscy jesteśmy dość dobrzy, aby piętnować zło naszego świata, albo to, co widzimy jako zło. Nie jesteśmy jednak dość dobrzy, aby powiedzieć, na czym miałoby polegać zła uleczenie”. Ta niepewność udziela się także czytelnikowi. Rozumie niechęć Kołakowskiego do jasnych deklaracji, pozostaje jednak rozczarowanie. Chciałoby się trochę mądrości uszczknąć, a obchodzimy się smakiem.

Zawsze intrygowała mnie religijność profesora Kołakowskiego. Liczne artykuły i prace naukowe dotyczące religii, a chrześcijaństwa w szczególności, wskazywały na jakieś uporczywe poszukiwanie wewnętrznego pokoju. Podobał mi się ton, jaki przyjmował w tych sprawach: ciekawy religijności, daleki przyjaciel chrześcijaństwa, wielki humanista. W swoich własnych odczuciach stawiałem go obok Erazma z Rotterdamu. Z Czasu ciekawego… dowiadujemy się jednak niewiele więcej ponad to, co było już wiadome. Od początku jest to religijność bezwyznaniowa, od młodzieńczych lat przesiąknięta znajomością Biblii i częstymi dyskusjami z teologami. Doprawdy niewiele więcej. W licznych wywiadach polski myśliciel przemycał mimochodem pewne intuicje duchowe na temat cierpienia, buddyzmu i chrześcijaństwa – próżno jednak tu szukać ich rozwinięcia. Właśnie na tych fragmentach zależało mi najbardziej. I właśnie ten brak kładzie się największym cieniem na tej książce. Pod względem biograficznym – książka pierwsza klasa, pod innymi – niekoniecznie.

Nie sposób pominąć jeszcze Zbigniewa Mentzla. Książkawywiad to zawsze jednak dzieło dwóch autorów. W tym tandemie Mentzel wypada nadzwyczaj irytująco. Podczas gdy Kołakowski jest ostrożny w ferowaniu wniosków, często się waha, woli czasem zamilknąć niż odpowiedzieć, jego rozmówca jest diametralnie różny. Mentzel irytująco zna wszystkich pisarzy i ich dzieła, Mentzel odnajduje powiązania między twórczością Kołakowskiego a poezją Herberta, o których Kołakowski nie miał pojęcia, wreszcie nieraz odnosi się wrażenie, że wie lepiej od Kołakowskiego, co filozof napisał. Mentzel wie wszystko. Skrajność postaw Kołakowskiego i Mentzla nasuwa mimowolne pytanie: kto wychodzi z tej rozmowy lepiej?

I zastanawiam się, czy wobec braku słów na temat instrukcji dobrego życia ta milcząca lekcja Kołakowskiego nie jest cenniejsza?

Milcząca lekcja
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....