ProROCK pilnie potrzebny!
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Prorocy Starego Testamentu używali różnych przedmiotów i gestów, aby wstrząsnąć słuchaczami i zmotywować ich do nawrócenia. Eliasz sprowadzający ogień z nieba, Jeremiasz rozbijający dzbany, słowa przestrogi lub napomnienia wykrzykiwane na ulicach przez Izajasza czy Jonasza… Czy współczesnych rockmanów lub heavymetalowców śpiewających o Bogu można porównać do starotestamentalnych proroków? A może to szatańska muzyka, która powinna uciekać od Kościoła jak diabeł od święconej wody?

Zanim zaczniemy się zastanawiać nad twórczością rockowometalową, trzeba stwierdzić, że dla wielu młodych ludzi muzyka stanowi dzisiaj swoiste sacrum – przestrzeń doświadczenia wolności, szczęścia, nadziei… niestety zamiast wiary. Sam pamiętam piątkowe wieczory spędzane ze słuchawkami na uszach (mieszkałem w bloku – tuż za ścianą rodzice oglądali telewizję) przy trójkowej liście przebojów. Sacrum to dobre słowo na określenie przestrzeni, która wtedy powstawała w mojej głowie. Gdy skończyłem szkołę podstawową (jeszcze tę starą, ośmioletnią), dostałem od wuja kasetę (o płytach CD nikt nawet nie marzył) z albumem Jimiego Hendrixa Are You Experience. Pamiętam jak dziś ten moment, kiedy włączyłem magnetofon i z głośników popłynęły ostre dźwięki utworu Foxy Lady. Myślę, że słowo „mistyka” nie jest w stanie oddać moich przeżyć duchowych w tamtym czasie. Hendrix stał się dla mnie niepodważalnym autorytetem i idolem (Biblia w ten sposób określała bożki, które zagrażały czystości wiary, i w sumie w tych sprawach do dzisiaj niewiele się zmieniło).

Okazało się, że moje muzyczne fascynacje są dokładnie takie same, jak mojego taty 30 lat temu. Po Hendriksie przyszły psychodeliczne klimaty Pink Floyd, stary dobry rock Led Zeppelin czy bardzo świeży hardcore zespołu Rage Against the Machine. W drugiej klasie liceum zacząłem grać na gitarze elektrycznej w zespole, który początkowo występował na akademiach szkolnych, by potem stworzyć niezależną rockową kapelę o wdzięcznej nazwie Kokaina. Próby mieliśmy w osiedlowym garażu. Kokainy nie zażywaliśmy, ale stany mistyczne towarzyszące tworzeniu muzyki okazały się o wiele głębsze niż te, których doświadczaliśmy podczas jej słuchania. Nagraliśmy nawet trochę materiału demo – do dzisiaj słucham go z rozrzewnieniem.

W tym miejscu warto nadmienić, że muzyka kojarzy mi się bardzo mocno ze stanami emocjonalnymi. Radość, smutek, miłość, entuzjazm, porażka, zwycięstwo – to wszystko wraca jak żywe, gdy dzisiaj słucham zespołu Metallica, Beastie Boys czy Lenny’ego Kravitza. Gdyby chcieć określić wpływ muzyki na człowieka w kategoriach moralnych, to właściwie trzeba by rozłożyć ręce, gdyż muzyka zwana ciężką jest – jak każdy inny rodzaj sztuki – pewnym narzędziem, środkiem wyrazu, językiem artystycznym. Sama w sobie nie ma wartości dobrej lub złej. Ktoś powie, że to przecież hałas – nie przeczę, są zespoły, które próbują pokryć wszelkie braki (sprzętowe, wokalne, treściowe i moralne) dużą ilością hałasu. Są gatunki heavy metalu i rocka, których zwyczajnie nie lubię słuchać, bo mnie drażnią, niepokoją lub przygnębiają. Nie znam na tyle języka angielskiego, żeby na żywo tłumaczyć i rozumieć tekst, nie wierzę też za bardzo w przekaz podprogowy – myślę, że ten negatywny wpływ spowodowany jest emocjami, które kierują twórcą, a potem powstają pod wpływem dźwięków w duszy słuchacza. W ciężkich klimatach odnajduję jednak dużo dźwięków, które idealnie współgrają z tym, co przeżywam. Ostatnio odkrywam też bardzo skomplikowane i komponowane na wzór wielkich symfonii utwory takich formacji, jak Dream Theater czy River Side. Profesjonalizm na najwyższym poziomie i niesamowity porządek kompozycyjny, to tylko niektóre cechy metalu progresywnego.

Niechęć do muzyki rockowej i takich instrumentów, jak gitara elektryczna czy perkusja, nasuwa mi skojarzenie z organami, które w pierwszych wiekach swego istnienia (III w. p.n.e.) były instrumentem tylko i wyłącznie świeckim – używano ich w cyrkach i amfiteatrach. Kościół, w obawie przez przeniknięciem elementów kultury pogańskiej do liturgii, wykluczał ich udział w muzyce kościelnej. Dopiero papież Witalian wyraził oficjalną zgodę na wprowadzenie organów do świątyń, a dziś nie ma kościoła bez czarno–białej klawiatury. Jak każde narzędzie może być wykorzystane na chwałę Bożą, ale także na chwałę sił ciemności.

Wróćmy jednak do mojej rockowej historii. Gdy pojawiła się myśl o wstąpieniu do seminarium, musiałem zostawić zespół, ściąć włosy i zamiast heavymetalowych riffów zacząć śpiewać chorał gregoriański. Czas seminarium to był czas pustyni – i dobrze. Potrzebowałem ciszy, żeby pozwolić Duchowi Świętemu, aby wszystko we mnie poukładał. Dosłownie kilka razy chwyciłem gitarę – w wakacje, podczas rekolekcji i pielgrzymek. Raz jako kleryk gitarzysta szedłem w pieszej pielgrzymce do Częstochowy. 300 km, 10 dni marszu i ciągle gitara – nie czułem zmęczenia i odcisków na stopach – gitara mnie niosła. Po raz kolejny doświadczyłem tego, że muzyka to coś więcej niż dźwięki. Sytuacja zmieniła się, kiedy z inkubatora powołań, jakim było seminarium, zostałem rzucony w realia parafii. Szkoła, duszpasterstwo, studia – hałas świata zaczął się wdzierać do mojego wnętrza i potrzebowałem jakiejś przeciwwagi. Odkryłem ją w uporządkowanym hałasie ewangelizacyjnym. Tak określiłbym moje pierwsze wrażenia po kontakcie z muzyką zespołu 2 Tm 2,3. Myślałem, że księdzu nie wypada słuchać takiej muzyki, gdyż Słowo Boże kojarzyło mi się raczej z cichą, modlitewną kontemplacją. Przyznam, że trochę stłumiłem w sobie pragnienia, które wybuchły na nowo, gdy świat zaczął mnie ładować nie zawsze pozytywnymi emocjami. Mogę powiedzieć, że ciężka muzyka rockowa z przesłaniem ewangelicznym ratowała mi życie w wielu sytuacjach. To były momenty, kiedy chórek małych dziewczynek (który do dzisiaj prowadzę w parafii) śpiewający Taki mały, taki duży nie współgrał ze śmiercią, strachem czy złością, które nosiłem w środku.

Myślę, że kiedyś mężczyźni mieli więcej możliwości, by rozładować negatywne emocje: polowanie, bitwa, rąbanie drewna itp. Dzisiaj, gdy wszędzie wozimy się samochodami, mieszkamy w cieplutkich mieszkankach i na śniadanie pijemy smaczne kakao – emocje zostają w środku. Muzyka pomaga to wyrównać i rozładować. Oczywiście, gdyby karmić swoją duszę tylko muzyką heavymetalową, to nawet gdyby zawierała ona słowa z Pisma Świętego – nie zastąpi modlitwy i sakramentów. Jeden z moich znajomych muzyków, który ma bardzo mistyczne podejście do rzeczywistości, twierdzi wprost, że muzyka wpływa na duszę. Gdy go zapytałem, co z heavy metalem, którego słucham, a równocześnie potrafię zagłębić się w modlitwie, stwierdził, że muzyka nie jest w stanie zaburzyć tej harmonii, którą w sobie mam. Zatem dotyka ona tylko sfery emocji, a nie wchodzi na poziom duchowy.

Od jakiegoś czasu doświadczam czegoś więcej niż słuchania dobrej muzyki z dobrym tekstem. Zostałem zaproszony do zespołu Pinokio Brothers, w którym chwilowo nie było drugiego gitarzysty. Zespół powstał w Poznańskim Seminarium Duchownym w 2000 roku. Stworzyli go klerycy na potrzeby seminaryjne. Gdy zostali wyświęceni na prezbiterów, postanowili kontynuować działalność w podobnej formule, którą określiłbym jako ewangelizację przez muzykę. Trudno określić rodzaj muzyki grany przez Pinokio Brothers – każdy z nas wnosi tam coś, co lubi: jest rock, metal, reggae i wiele innych. Nazwa powstała przez przypadek – jeden z założycieli zespołu obejrzał przedstawienie teatru amatorskiego o nazwie Pinokio Brothers i stwierdził, że doskonale się nadaje dla kleryków grających rocka. Moje początki w zespole były trudne – dawno już zapomniałem, co to jest ostre granie na gitarze elektrycznej. Niećwiczone przez kilka lat palce odmawiały posłuszeństwa, ale koledzy (wtedy w skład zespołu wchodzili: ks. Konrad Rapior – gitara, ks. Piotr Koczorowski – gitara basowa, ks. Grzegorz Mączka – instrumenty klawiszowe i Marcin Cieślak – perkusja) byli bardzo cierpliwi. Zacząłem też odkrywać niesamowity dar wspólnoty kapłanówrockmanów. Jeśli muzyka w jakiś sposób definiuje człowieka, to wreszcie znalazłem ludzi, z którymi nadaję na tych samych falach. To porozumienie zaistniało nie tylko na gruncie muzyki – nazywamy się „Brothers” także dlatego, że naprawdę tworzymy rodzinę. Pomagamy sobie w parafiach, szkołach, w czasie rekolekcji, modlimy się za siebie, odwiedzamy, robimy różne niestandardowe rzeczy – tuningujemy nasze busy, „palimy gumę”, robimy „wrzuty” ewangelizacyjne (pisanie na murach haseł typu: „Bóg cię kocha”) itp., żeby nie zwariować w zwariowanym świecie. Do normy należą całonocne próby, występy na zabawach tanecznych (wesela, studniówki, zabawy karnawałowe), w publicznej i prywatnej telewizji czy dalekie szalone podróże (właśnie przygotowujemy się do trasy w Wielkiej Brytanii) – wszystko to robimy oczywiście w wolnym czasie, po wypełnieniu obowiązków parafialnych i szkolnych. Mamy bardzo cierpliwych i wyrozumiałych księży proboszczów, parafian, którzy tworzą nasze fankluby, i księży biskupów, którzy z uśmiechem patrzą na nasze poczynania. Jestem pewien, że gdyby nie ten zespół, nie byłbym tym samym kapłanem – a kto wie, czy w ogóle byłbym jeszcze kapłanem. Myślę, że stanowi on wspólnotę, która daje mocne oparcie w trudnościach. Nie szukamy gwiazdorstwa, rozgłosu, płyt i autografów. Nie wiem, jak ten zespół długo będzie funkcjonował, ostatnio trochę się w nim pozmieniało (zmiana klawiszowca i basisty, nowy wokal) – ale na razie widzę, że jest to jakieś narzędzie ewangelizacyjne. Są ludzie, którzy przychodzą na koncerty, są tacy, którzy słuchają naszych prowizorycznych nagrań na mp3. Niektórzy mówią, że pomaga im to wierzyć. Teksty piosenek to najczęściej fragmenty z Pisma Świętego – wtedy mamy pewność, że Ktoś większy od nas działa przez nasze granie. Jednym z bardziej znanych kawałków jest ten z Flp 4,13: „Wszystko mogę w Tym, który mnie umacnia”.

Dbamy o wysoki poziom techniczny – gramy na naprawdę dobrym sprzęcie. Ktoś może nam zarzucać nieroztropne wydawanie pieniędzy, ale myślę, że to jest kwestia priorytetów. Inni koledzy kupują drogie wycieczki zagraniczne i jeżdżą samochodami z salonu. My wszystko inwestujemy w sprzęt i nasze autobusy. Dzięki koncertom poznałem też trochę środowisko muzyczne, które stereotypowo kojarzone jest z deprawacją moralną – tak naprawdę są to bardzo wrażliwi ludzie, w których jest wiele dobra. Tam widzę też, że muzyka staje się pomostem do głoszenia im Dobrej Nowiny. Takie zespoły, jak 2 Tm 23, MRR, Armia – ewangelizują także mnie i nie mam oporów, żeby się do tego przyznać. Trochę znam tych muzyków z innej strony i wiem, że nie tylko na scenie, ale także w życiu są radykalnie zwróceni ku Chrystusowi.

Tyle słów zachwytu – czy będzie coś wyraźnie antyrockowego? Jeśli chodzi o traktowanie muzyki jako narzędzia głoszenia Dobrej Nowiny, to oczywiście nie uważam go za najskuteczniejsze. Widzę każdego dnia, że ołtarz, ambona i konfesjonał to narzędzia przynoszące dużo większe efekty niż Combo Mesa/Boogie i Fender Stratocaster 1. Jasno i wyraźnie trzeba też potępić używanie muzyki do promowania zła. Jeśli jednak Pan Bóg może przemawiać przez delikatne dźwięki Ave Maria Schuberta, to nie mamy prawa wykluczać, że do kogoś Słowo Boże dociera także przez ciężkie riffy Magnificat Tymoteusza.

1 Wzmacniacz i gitara aktualnie używane przez autora.

ProROCK pilnie potrzebny!
Jacek Zjawin

urodzony w 1978 r. – kapłan archidiecezji poznańskiej, doktor teologii, drugi gitarzysta w zespole Pinokio Brothers. Święcenia kapłańsk...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze