Zdjęcie podróżnika Kazimierza Nowaka z profilu
fot. Wikipedia
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

Wyruszając w 1931 roku do Afryki, Kazimierz Nowak myślał o jednym: by pisaniem reportaży zapewnić byt żonie i dwójce dzieci. Samotna wyprawa wzdłuż kontynentu zajęła mu pięć lat. Przed nim nikt czegoś takiego nie dokonał.

„Wyczyn Kazimierza Nowaka zasługuje na to, aby jego nazwisko znalazło się w słownikach i encyklopediach, by było wymieniane obok takich nazwisk, jak Stanley i Livingstone”. Tymi słowami Ryszard Kapuściński uczcił pamięć Nowaka, skromnego urzędnika z Poznania, który w podróż po Afryce wyruszył… rowerem.

Gdy po tysiącach kilometrów przeprawy przez spieczone słońcem piaski pustyni, rozległe sawanny i niegościnny busz, gdzie samotny Polak musiał stawiać czoło zmęczeniu, chorobom i nie zawsze przyjaznej przyrodzie, jego rower, „wierny towarzysz i druh minionych lat, ostatecznie wypowiedział służbę i stał się niezdolny do użytku”, Nowak kontynuował podróż pieszo, czółnem, konno, na wielbłądzie…

Przed północą 22 grudnia 1936 roku, po pięciu latach włóczęgi, przekroczył granicę polskoniemiecką w Zbąszyniu, by dzień przed Wigilią Świąt Bożego Narodzenia wrócić do Poznania, gdzie w małym mieszkaniu na Łazarzu, przy ulicy Lodowej, oczekiwała go żona Maria z dwójką podrośniętych dzieci.

Niecały rok później, 13 października 1937 roku, Kazimierz Nowak, osłabiony i wycieńczony nawrotami malarii, zmarł na zapalenie płuc. Za trumną szło sześciu księży, delegacja harcerzy ze sztandarem Ligi Morskiej i Kolonialnej (choć Nowak nigdy nie krył swej niechęci do kolonializmu) i setki poznaniaków. Pochowano go w stroju podróżnym, z kaskiem korkowym złożonym na piersi, na cmentarzu Matki Boskiej Bolesnej na poznańskim Górczynie. Dziś Nowakowego grobu już tam nie ma. O nim samym zapomniano na ponad siedemdziesiąt lat.

Romantyczna historia

Tablica pamiątkowa w holu poznańskiego dworca kolejowego to dość symboliczne miejsce dla całej tej opowieści, bo to tu Kazimierz Nowak rozpoczął i zakończył swą wyprawę. Co jakiś czas „pod Kazikiem” zatrzymują się podróżni. Patrzą, czytają… Kim był ów człowiek, który samotnie przemierzył Afrykę – tę wciąż tajemniczą dla Europejczyka i inspirującą część świata?

O Nowaku niewiele wiadomo sprzed czasu wyprawy. Jedynie, że był biedny i że z biedy wyruszył w świat. Urodził się 11 stycznia 1897 roku w miejscowości Stryj na Podolu. Podróżnicza iskra i duch niespokojny skrzyły w nim od młodości. Gdy miał 14 lat, udał się w swą pierwszą samodzielną wyprawę – do Watykanu. Kilka lat później zaciągnął się do legionów utworzonych przez armię austrowęgierską. W Polakach rozbudzono nadzieję, że będą to jednostki polskie. Gdy Nowak zrozumiał, jak naprawdę sprawy się mają, zdezerterował. Ukrywał się na terenie Włoch. Dopiero po zakończeniu I wojny światowej wrócił do kraju. W 1922 roku ożenił się z Marią Gorcik. Początkowo mieszkali w Poznaniu przy ulicy Krzyżowej, gdzie urodziła im się córka Elżunia.

Nowakowie nie byli zamożną rodziną. Kazimierz pracował jako urzędnik w towarzystwie ubezpieczeniowym, wolne chwile poświęcając swoim dwóm pasjom: rowerowym wycieczkom i fotografii. Gdy stracił pracę w czasie kryzysu, który dotknął Polskę w okresie międzywojennym, wyjechali z Poznania. Krótki czas mieszkali w Wagowie koło Pobiedzisk, gdzie przyszedł na świat ich syn Romuś, w końcu, na kilka lat, przenieśli się do Boruszyna i zamieszkali u brata Nowakowej, który był nauczycielem w tamtejszej szkole.

Kazimierz Nowak odbywa wtedy serię podróży po Europie. Stara się utrzymać rodzinę jako reporter i fotograf. W 1928 roku po raz pierwszy dociera do Afryki Północnej. Nie jest jeszcze przygotowany na to, aby wyruszyć w głąb tego kontynentu. Wraca do domu. Ale już kiełkuje w nim myśl, by w przyszłości samotnie przejechać cały Czarny Ląd. – To bardzo romantyczna historia, a najwspanialsze, że prawdziwa – uśmiecha się Łukasz Wierzbicki, podróżnik i redaktor, który zafascynowany opowieściami o Kazimierzu Nowaku, postanowił odszukać i zebrać pisane przez niego reportaże z Afryki.

Warto złożyć je w całość

Łukasz dowiedział się o Nowaku od swego dziadka, który przed laty czytał jego reportaże publikowane w poznańskiej prasie. Nowak pisał do kilku tytułów. A gdy powrócił z Afryki, w poznańskim kinie Apollo wygłaszał odczyty poświęcone etnografii lądu afrykańskiego. Dziadek był ich stałym słuchaczem.

Z prezentacjami fotograficznymi Nowak gościł w różnych miastach. Miał spotkania w szkołach i na uniwersytetach, m.in. na Uniwersytecie Jagiellońskim. Chciał wydać książkę, niestety, pomysł nie doczekał się realizacji. – Dziadek bardzo żałował, że mu się to nie udało, dlatego po jednej z naszych rozmów pomyślałem, że pójdę do biblioteki i poszukam tych reportaży. Nie przypuszczałem, że rozpoczynam przygodę, która będzie trwała przez lata i która mnie przerośnie – mówi Wierzbicki.

Udało mu się dotrzeć do dziesiątek mikrofilmów z reportażami, pochodzącymi z różnych etapów wędrówki. Skopiował je. – „Tak, to jest to!”, ucieszył się dziadek i zaczął przypominać sobie tytuły kolejnych gazet, do których pisał Nowak. Ja zaś, odnajdując kolejne korespondencje z Afryki, ze zdumieniem i podziwem poznawałem niesamowite przygody poznańskiego podróżnika. Zacząłem przepisywać te niezwykłe dokumenty. Materiał był niekompletny, ale miał moc. Praca była żmudna. Czasem trzeba było pół zdania wkleić z jednego reportażu do drugiego. Dziś materiału jest tyle, że samemu trudno mi to uporządkować – mówi Wierzbicki.

Nowak pisał o tym samym do różnych gazet. Zmęczoną, chorą ręką, przy świeczce, pod namiotem. – Starałem się zachować autentyzm języka. Nowak nie był literatem. Prawdopodobnie nie miał ukończonej średniej szkoły. Poza tym był laikiem, jeśli chodzi o przyrodę, etnografię. Ale to dało mu spojrzenie surowe i czyste, nieakademickie. Tam, w Afryce, nie miał dostępu do bibliotek, nie mógł uzupełnić swoich relacji wiedzą naukową, o czym z żalem pisał w listach do żony.

W ciągu kilku miesięcy Wierzbicki dokonał tego, co nie udało się Nowakowi, a co było marzeniem podróżnika: poskładał w całość jego zapiski. W ten sposób powstała książka Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd.

To z miłości…

– Wielu ludzi bulwersuje fakt, że Nowak, wyjeżdżając do Afryki, zostawił rodzinę na tak długo. Ale przecież on nie wiedział, ile czasu zajmie mu podróż. Nikt nie wiedział, bo nikt przed nim czegoś takiego nie dokonał. Poza tym, aby zrozumieć sytuację życiową Nowaków, musielibyśmy się cofnąć do tamtego czasu – mówi Łukasz Wierzbicki, który chcąc poznać klimat i problemy ówczesnej Polski, przeszukał wiele pamiętników. – Opisywały nędzę i bezrobocie okresu międzywojennego, tłumy ludzi, którzy gromadzili się przed urzędem pracy i odchodzili z kwitkiem, bo tej pracy nie było – mówi. – Również Kazimierz Nowak, zanim podjął decyzję o wyjeździe, rozpaczliwie szukał zatrudnienia.

Przejmująca jest jego prośba o przyjęcie do pracy z 1924 roku:

Powołując się na cenne ogłoszenie w Kurierze Poznańskim polecam niniejszym moje usługi na stanowisku książkowego. Żonaty, mam 9 i pół letnią praktykę jako książkowy. Ostatnio pracowałem 3,5 roku jako szef książkowości w Poznańskim Banku Ubezpieczeń, Towarzystwo Akcyjne w Poznaniu. Znam zawód mój, pracuję chętnie i pilnie. Na wszelkie warunki godzę się z góry i zaręczam, że za wszelkie skorzystanie z mych usług usilną i staranną pracą odwdzięczę się Szanownemu Państwu. W załączeniu przysyłam odpis ostatniego świadectwa. Proszę usilnie o łaskawą odpowiedź, czy mogę oferowaną posadę uzyskać. Nadmieniam równocześnie, że uzyskanie posady jest kwestią życia mojej chorej żony i dziecięcia, którym ze względu na brak dochodu nie mogę ani skromnego bytu zapewnić. Z głębokim poważaniem. Kazimierz Nowak

– To przecież nie jest tak, że on wsiadł na rower i dla zaspokojenia swej podróżniczej pasji pojechał do Afryki, zostawiając tak po prostu rodzinę. Ta wyprawa była konsekwencją jego drogi życiowej i sytuacji materialnej, w jakiej się znajdowali Nowakowie – tłumaczy Wierzbicki.

Zanim Nowak wyruszył do Afryki, myślał o Ameryce. Wierzył w „amerykański sen”. Nie wyjechali. Nie było ich stać. Zdesperowany, 4 listopada 1931 roku rusza pociągiem do Rzymu, potem nie bez komplikacji dociera do Neapolu, następnie przeprawia się przez Morze Śródziemne. W Trypolisie wsiada na swój siedmioletni rower i zaopatrzony w zapas łatek na dętki i 60 kg bagażu, rusza przez Saharę i cały kontynent ku oddalonemu o kilkadziesiąt tysięcy kilometrów Przylądkowi Igielnemu. Jak reagowano na cyklistę w Afryce i jak ekstremalna była to wyprawa, obrazowo oddają reportaże Nowaka.

Zjawienie się moje w oazie stało się nie lada sensacją. Co żyło, wybiegło na ulicę, by zobaczyć rower, niezwykłą rzecz ani trochę do wielbłąda niepodobną, która jednak przyszła tutaj z dalekiej pustyni. Dzieci bawiące się w cieniu palm, pierzchły na mój widok, by po chwili powrócić i otoczyć mnie zwartym pierścieniem. Z tłumu wyrwał mnie komendant twierdzy. – Którego dzisiaj mamy? – zapytałem sennym głosem. – Drugi dzień lutego. – Ach, więc cały miesiąc spędziłem na pustyni.

Kochanej Marysieńce

Reportaże Nowaka to więcej niż relacja z samotnej podróży przez afrykański kontynent. To opowieść o poświęceniu, wierności i miłości. Nowak jechał, pisał i tęsknił. Jako że nie miał pieniędzy, pisał na najcieńszym, pergaminowym papierze. Był lżejszy do transportowania i taniej go kosztowały wysyłki. Jego listy do żony to literatura bardzo piękna, ale i ciężka.

Jeszcze nie opuścił Europy, a już z Rzymu pisał do żony: „Jednak ciężko w świecie samemu, Boże. Żeby choć raz móc zdobyć jakąś egzystencję i móc być już razem, na zawsze razem”.

Albo tydzień później z Neapolu:

Wiem, Maryś, że ci bardzo ciężko, ale wiesz, że razem z tobą cierpię, nie biedę już, ale skrajną nędzę. Zaraz z Afryki zamonituję w „Na Szerokim Świecie” i sądzę, że zaraz przyślą należności moje, a może z innej strony coś nadejdzie. Mam jeszcze trochę klisz, zaraz pierwszego dnia porobię zdjęcia i poślę do prasy poznańskiej.

W Neapolu podróżnik nie miał nawet pieniędzy na statek. Żeby kupić bochenek chleba, fotografował niemieckich turystów, wywołując potem zdjęcia w namiocie, za miastem. – Był zdesperowany, jeszcze zanim dotarł do Afryki – mówi Łukasz i odczytuje fragment kolejnego listu: „Oj, Maryś, żeby choć mieć pewność, że trochę grosza dochodzi do was”.

Korespondencję wysyłaną do żony Nowak tytułował: „Kochanej Marysieńce”. I marzył:

O Maryś! – jak ja bardzo pragnę już raz napisać książkę – taką grubą, ciekawą – a jeden z pierwszych egzemplarzy właśnie ręcznie dedykować: „Ukochanej mojej Marysieńce”. Ale to jeszcze marzenie tylko – czasu zbiegnie sporo, zanim krytyka weźmie mię w swoje szpony.

– Z tych listów wyziera wielka miłość, oddanie, tęsknota – mówi Łukasz. – Wiemy, że bardzo się kochali – zarówno przed, jak i po powrocie z Afryki. Wiemy też, że Marysi, jego żonie, było ciężko samej z dwójką dzieci. Ale trudno nam to dziś oceniać i nawet nie powinniśmy. Trzeba wczytać się w reportaże Nowaka.

Reportaży poznańskiego podróżnika z początku nie traktowano poważnie. Nie miał marki „literata”. Ale z miesiąca na miesiąc, wraz z ilością napływających relacji, jego popularność wzrastała. Teksty Nowaka pojawiały się nie tylko w lokalnej prasie poznańskiej. Również w stolicy, a i w samej Afryce, jeśli po drodze było miasto i wydawano gazetę. Nowak po angielsku dogadywał się słabo. Znał za to włoski, francuski, nauczył się arabskiego. – Jest nawet artykuł wydany po holendersku w Południowej Afryce – mówi Wierzbicki.

Jak Maria Nowakowa przeżywała długą nieobecność męża, nie wiemy. – Nie mamy jej listów do męża. Z jego korespondencji wynika jednak, że była ona całkiem niezłym jego menedżerem: „Marysiu, zajdź do redakcji, zorientuj się, czy moje listy się ukazały, czy moja praca jest coś warta, bo ja się zamartwiam o Was” – mówi Łukasz Wierzbicki.

O determinacji, odwadze i wyjątkowości Kazimierza Nowaka świadczy też fakt, że wyruszając na wyprawę, nie miał sponsorów, poza firmą Stomil, która przysłała mu do Afryki opony rowerowe. Otwarty i serdeczny dla ludzi, spotykał się z życzliwością rdzennej ludności, afrykańskiej Polonii i katolickich misjonarzy. „Gdy natomiast dociera do osiedli białych eksploratorów Afryki, poczucie osamotnienia wydaje się w nim narastać, spostrzega tam bowiem, jak wiele odróżnia go od urzędników, wojskowych, poszukiwaczy bogactw naturalnych i myśliwych przybyłych tu dla zysku, kariery, trofeów lub rozpusty” – czytamy we wstępie książki Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd.

Nie można tego odrzucić

Znalezienie kogoś, kto zechciałby wydać reportaże Nowaka, zajęło Wierzbickiemu niemal tyle samo czasu, ile zbieranie materiału. Życzliwe okazało się na szczęście małe wydawnictwo Sorus – rodzinna firma Piotra i Teresy Szmajdów z Poznania, którzy po zapoznaniu się z tekstami zdecydowali, że są gotowi je opublikować. Pierwsze wydanie Nowaka ukazało się w 2000 roku. – Wydaliśmy wtedy 1000 sztuk, a sprzedawaliśmy to sześć lat! – mówi Piotr Szmajda.

Szczęśliwy zbieg okoliczności sprawił, że książka wpadła w ręce Macieja Pastwy, poznańskiego podróżnika, który płynął właśnie statkiem z Danii na Islandię. Zachwycony reportażami postanowił, że po powrocie do Poznania ufunduje Nowakowi pomnik. Skontaktował się z Łukaszem Wierzbickim, wymyślił tablicę w kształcie kontynentu afrykańskiego z zarysem trasy, którą przemierzył Nowak, i wspólnie ustalili, że najlepszym dla niej miejscem będzie hol Dworca Głównego, gdzie najwięcej jest podróżników.

Marzeniem Macieja Pastwy było, aby tablicę odsłonił nie kto inny, jak Ryszard Kapuściński. Jak się okazało, kilka miesięcy wcześniej Kapuściński otrzymał od wydawców książkę Nowaka, zachwycił się nią i przysyłał list z pięknym podziękowaniem.

Uroczystość odbyła się pod koniec listopada 2006 roku. – „Kazimierz Nowak był człowiekiem o ogromnej wyobraźni i odwadze, człowiekiem nieustraszonym – mówił Kapuściński. – Pokazał, że jeden człowiek, zupełnie bezbronny, nieposiadający żadnego uzbrojenia, a jedynie wiarę w drugiego człowieka, może przebyć samotnie wielki kontynent, i to w czasach, gdy Europa dopiero zaczynała go odkrywać. On uczył nas wtedy, w latach trzydziestych XX wieku, jak należy traktować Trzeci Świat i jego mieszkańców”. Dlatego „przejęty jestem lekturą książki Kazimierza Nowaka. To zupełnie niezwykła książka ze względu na treść i osobę autora (…) którą włączam jako stałą pozycję do swoich wykładów, rozmów, refleksji na temat reportażu zagranicznego. Oby zajęła ona stałą pozycję na listach klasyki polskiego reportażu”.

Po telewizyjnej relacji z uroczystości na poznańskim dworcu do wydawnictwa zgłosiła się rodzina zapomnianego polskiego podróżnika. W ten sposób Łukasz Wierzbicki dotarł do kolejnych materiałów, które przechowywał mąż córki Kazimierza Nowaka, Marian Gliszewski. Nowak zmarł, gdy córka miała szesnaście lat. Wraz z matką, Marią Nowakową, pomimo wojennej zawieruchy i późniejszej przeprowadzki do Trójmiasta, przechowały sporą ilość pamiątek po Kazimierzu. Po śmierci Elżbiety Marian Gliszewski zaopiekował się materiałami.

Rodzina starała się wydać reportaże, niestety, nie udało się. Córka Nowaka, Elżbieta przygotowała jedynie zdjęcia i powstał album Przez Czarny Ląd w wydawnictwie Wiedza Powszechna w 1962 roku. Wcześniej, w lipcu 1959 roku, wystawa zdjęć Kazimierza Nowaka na Wybrzeżu, zorganizowana przez Elżbietę, przeszła bez echa. – Ludzie woleli pójść na plażę w ten upalny lipiec – żartował zięć Nowaka, Marian Gliszewski.

– Goszcząc w Gdańsku, zapoznałem się ze zbiorem unikalnych zdjęć, wycinków z prasy afrykańskiej, listów do rodziny, a także kilkuset przedwojennych czasopism i gazet, których nie udało mi się znaleźć w poznańskich bibliotekach – mówi Wierzbicki.

W efekcie powstało trzecie, poszerzone wydanie reportaży Nowaka wsparte przez Narodowe Centrum Kultury. – Na prośbę czytelników wydaliśmy też wydanie czwarte, mniejsze, „do plecaka” – dodaje Piotr Szmajda.

Mały pokoik wydawnictwa to żywe muzeum Kazimierza Nowaka. Pełno tu archiwalnych gazet, zdjęć, no i tych najcenniejszych… listów. Dwie sterty rękopisów Nowaka wciąż czekają na opracowanie.

– Czytając je, dowiedziałam się, że Nowak codziennie modlił się wieczorem. Lubił odmawiać różaniec, chodząc po piasku pustyni – mówi Teresa Szmajda. – Tak, modlitwa pustyni. Modlił się „on i piasek, i głazy” – dodaje Łukasz. – Wiara dosłownie go rozpierała. Modlitwa jest obecna nawet w reportażach, które nie są tak osobiste, jak listy do żony. Ta bliskość nieba…

Pustynia zaczyna swą wieczorną modlitwę. Jej hymn płynie poprzez wydmy i niebotyczne góry, poprzez przeraźliwe płaskie serir, nieskończenie zda się długie uadi i w cały świat płynie, każdy kamień, najdrobniejsze ziarnko piasku modli się. Wystarczy przyłożyć ucho do martwego zda się głazu, do garści złotego pyłu przybliżyć ucho i słychać najwyraźniej szept cichy, pokorny…

Afrykańskie zapiski Nowaka to literatura głęboko uduchowiona i piękna. Wyziera z nich poetycka i religijna wrażliwość na otaczający podróżnika świat.

W noc taką ma się wrażenie, że z Niebios zstąpił Bóg, że jest gdzieś bardzo blisko, a światłość Jego niepojętej Istoty tajemnym blaskiem napełnia pustkowie. Stworzenia Jego (…) poprzez całą faunę i florę, nucą wyczuwalny jedynie przez koczownika hymn przepotężny, którym uwielbić chcą Jego wielkość.

Pisał też:

Tuareg, syn Sahary, człowiek niewykształcony, którego świat cywilizowany nie uważa nawet za człowieka, w noce saharyjskie mówił do mnie: „Słyszysz, pustynia się modli”. A potem, umywszy piaskiem, który tu wodę zastępuje, ręce i Koranem przepisane części ciała, padał na kolana i korne słowa pieśni do Allacha płynęły z piersi biedakakoczownika. I zda się wtedy, że słychać rozkołysane serca dzwonów, których echo idzie poprzez świat cały, tam z kościółka, w którym modliłem się tak często. I w ciszę pustyni pobiegły słowa nauczonej przez matkę modlitwy. Jest niedziela i tu, wśród obcej pustynnej krainy, po polsku na głos modli się włóczęga. Modliłem się i ja, i piasek, i głazy.

Cichy bohater

Jeden z końcowych etapów podróży powrotnej Kazimierz Nowak odbył łodzią, którą nazwał imieniem żony: Maryś. Ponoć, gdy sprzedał tę łódź, ta na drugi dzień się rozbiła. – Stwierdził, że widocznie Maryś miała być tylko jego – śmieją się wydawcy.

W Leopoldville – dzisiejsza Kinszasa – Nowak ponownie wsiada na rower i dojeżdża nim do jeziora Czad. Końcowy etap afrykańskiej wędrówki, przez Saharę, przemierza na wielbłądzie.

Jak na ironię losu, po powrocie do kraju bieda, której starał się zaradzić, przemierzając Afrykę, nie opuściła jego rodziny. Po jego śmierci w jednej z poznańskich szkół zorganizowano wystawę pamiątek po Kazimierzu Nowaku. Połowę dochodu z niej przekazano wdowie, druga wspomogła fundusz obronności kraju. Klub rowerowy przy fabryce Stomil zorganizował imprezę kolarską, z której dochód przeznaczono dla Marii Nowak i jej dzieci.

Dziś Afryka Nowaka to świat, który na dobre odszedł do historii. Jego relacje są niejako zatrzymaniem w kadrze. Spojrzeniem kogoś, kto nie jest uwikłany w wyścig kolonialny, agresywną eksplorację kontynentu. Kazimierz Nowak bowiem jest zupełnie niezależnym obserwatorem, który może zatrzymać się gdzieś na dłużej albo minąć to miejsce i iść dalej. Poświęca uwagę różnym aspektom Afryki. Opisuje duchowość tego kontynentu, przyrodę, podgląda codzienność, polowania, zbiory bawełny, ubiór, wplatając w to wszystko własne doświadczenia, nadzieje i tęsknotę. A na prostotę podróży pozwala mu niecodzienny – bo aż nazbyt codzienny – środek lokomocji, rower.

– W czasach Nowaka biali mieli swój świat. Podróżowali własnymi szlakami, na których rozmieszczone były hotele, restauracje – mówi Piotr Szmajda, wydawca Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd. – Biały był obcym ciałem w tamtym środowisku. Nowak odwrócił tę sytuację. Stał się elementem tamtego środowiska.

Wrażliwy na ludzką krzywdę i pełen szacunku dla dziewiczej przyrody, w niesłychanie, jak na owe czasy, krytyczny, odważny, niezależny sposób ocenia imperialne zwyczaje Europejczyków w Afryce. Nie spieszy się, gdy widzi na horyzoncie światła kolejnego miasta na swym szlaku. Rozbija wtedy obóz i spędza jeszcze jedną noc z dala od osiedla ludzi, wśród ukochanej, nieskażonej cywilizacją afrykańskiej przyrody. To wszystko powoduje, że takiej drugiej relacji nie znajdziemy, nawet w literaturze obcojęzycznej.

 – napisał Łukasz Wierzbicki we wstępie do swojej książki.

* * *

Parę dni po pogrzebie Kazimierza Nowaka, pod koniec października 1937 roku ukazał się list Tadeusza Perkitnego, innego poznańskiego podróżnika, który w latach 1926-1930 wraz z Leonem Mroczkiewiczem odbył podróż dookoła świata. Oddając hołd Nowakowi, Perkitny napisał:

Nie stawiano mu bram triumfalnych, gdy wracał, nie wygłaszano mów wielkich, nie wznoszono gromkich wiwatów. Powrócił Kazimierz Nowak – szepnęła sobie tylko tu i ówdzie mała garstka ludzi, bo wrócił cicho, spokojnie, niemal po kryjomu, jak wracać potrafi jedynie prawdziwy bohater. (…) Chciał iść i szedł. (…) Widzę już znowu jego dziwaczną sylwetkę… widzę, jak pcha swój rower po piasku, jak idzie lekko zgarbiony, poprzez wielkie blaski nieziemskich ergów, jak ginie w tych blaskach, odchodzi, maleje w oddali… i wreszcie rozwiewa się cały wśród świetlanych mgławic!

Cytaty za: Kazimierz Nowak, Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd, Sorus 2008.

Chciał iść i szedł
Krzysztof Błażyca

urodzony w 1975 r. – na co dzień dziennikarz, fotoreporter, redaktor, podróżnik, z pasji – członek Polskiego Towarzystwa Afrykanistycznego.  Jego mottem są słowa kardynała Charles'a Lavigerie, założyciela Ojców Białych Mis...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze