Arcybiskup Życiński gra dalej
Oferta specjalna -25%

List do Galatów

0 opinie
Wyczyść

Księdza Józefa Życińskiego spotkałem po raz pierwszy w 1986 roku w Krakowie, podczas studiów filozoficznych. Miałem z nim wykład z kosmologii. Oczytany w najnowszej, amerykańskiej literaturze przedmiotu, Ksiądz profesor otwierał przed studentami szerokie intelektualne perspektywy w dość przaśnej atmosferze lat 80. XX wieku. Dotąd pamiętam, z jaką pasją tłumaczył nam koncepcję Boga u Whiteheada. Kilka lat później opublikował książkę Bóg Abrahama i Whiteheada – jedną z około pięćdziesięciu, które napisał. Pamiętam też egzamin, który miał posmak gry. „Ma ksiądz czwórkę” – zwykł mówić w pewnym momencie profesor Życiński. I pytał: „Gramy dalej?”. Ha! Można było wygrać piątkę, ale i przegrać obiecaną już czwórkę. Ksiądz profesor zadawał czasami nieoczekiwane pytania. Kiedyś jednemu z moich współbraci udało się udzielić zaskakującej odpowiedzi. Profesor zapytał: „Proszę sobie wyobrazić, że w odludnym miejscu leży kaloryfer. Co zrobi hydraulik, gdy go znajdzie? A co w tej sytuacji zrobiłby kosmolog?”. Na co student jezuita, który przed wstąpieniem do zakonu był majstrem na budowie, odrzekł bez wahania: „No, jak kaloryfer dobry, to kosmolog też by go wziął”. Ksiądz Życiński zaczął się śmiać i postawił jezuicie majstrowi dobrą ocenę.

Kiedy w 1990 roku został biskupem w Tarnowie, pomyślałem, że polski episkopat stał się tym samym mocniejszy. Z drugiej jednak strony było mi szkoda, że profesor Życiński będzie musiał się ograniczyć w swej pracy naukowej, w dawaniu wykładów i konferencji. Gdyby na przykład ksiądz Józef Tischner albo ksiądz Michał Heller zostali biskupami, miałbym zapewne podobne odczucia, bo przecież biskupstwo to mnóstwo obowiązków, które nie zawsze są do pogodzenia z temperamentem i możliwościami błyskotliwego intelektualisty. Mimo to Józef Życiński podczas swych 20 lat biskupiego posługiwania najpierw w Tarnowie, a potem w Lublinie nadal sporo pisał. W wolnej Polsce mogły się także objawić jego publicystyczne talenty. Cenili go dziennikarze, nie tylko dlatego że bywał kontrowersyjny, a to przecież media lubią, ale głównie dlatego że potrafił w zgrabnej formie wypowiedzieć istotę rzeczy. Niewątpliwie był mistrzem słowa. Był kimś, kto przyciąga uwagę, pobudza do myślenia.

Jako prowincjał przynajmniej raz w roku spotykałem się z arcybiskupem Życińskim i dłużej rozmawiałem. Działo się to przy okazji moich wizyt u współbraci pracujących w dwóch placówkach lubelskich. Arcybiskup zapraszał najczęściej na śniadanie. Z jezuickiego domu na ul. Królewskiej do rezydencji metropolity lubelskiego można dotrzeć w kilka minut piechotą. Mnie zajmowało to trochę więcej czasu, gdyż po drodze zawsze wstępowałem do katedry. Wszak ten piękny kościół został wybudowany na przełomie XVI i XVII wieku przez jezuitów. Bardzo się cieszyłem, że z inicjatywy i pod patronatem arcybiskupa Życińskiego dokonano renowacji świątyni, by mogła odzyskać swój barokowy blask. Przy najbliższej okazji nawiedzę, jak dawniej, lubelską archikatedrę, tyle że tym razem po to, by stanąć tam przy grobie Józefa Życińskiego.

Arcybiskup Życiński, kiedy się umówił, nie kazał na siebie czekać. Witał się serdecznie. Rozmowa toczyła się wartko i szczerze. Pytałem Arcybiskupa przede wszystkim o to, jak postrzega pracę jezuitów w Lublinie, szczególnie w duszpasterstwie akademickim KUL-u.Ale poruszaliśmy też inne problemy, na przykład kwestię lustracji. Arcybiskup miał na ten temat jasne poglądy, które się wielu osobom nie podobały, ale miał też argumenty, które wykładał rzeczowo i spokojnie. Można było ich nie podzielać, ale nie można było nie brać ich pod uwagę.

Kiedy dowiedziałem się, że Józef Życiński skończył w Piotrkowie Trybunalskim I Liceum Chrobrego, które przylega do prowadzonego przez jezuitów sanktuarium Matki Bożej Trybunalskiej, zaprosiłem Księdza Arcybiskupa do jezuickiej placówki w tym mieście. Zaproszenie chętnie przyjął. Swą dawną szkołę wspominał m.in. tak: „Naukę [w tej szkole] rozpocząłem w 1962 roku, czyli w okresie wyraźnej gomułkowskiej opozycji wobec Kościoła. Kiedy więc w czasie godziny wychowawczej mieliśmy pogaduszki o szkodliwej roli prymasa Wyszyńskiego, jednoczyliśmy się w klasie w akcentowaniu pozytywnej roli Kościoła w polskim społeczeństwie”.

W osobie arcybiskupa Życińskiego Kościół stracił wyrazistego pasterza, intelektualistę o szerokich horyzontach i kontaktach międzynarodowych, wyróżniającego się komentatora spraw kościelnych i społecznych. Dla pluralistycznego obrazu Kościoła w Polsce był on bardzo ważną, charakterystyczną postacią. Nie skończył jeszcze 63 lat. Zaskoczenie, poczucie nagłej straty… Tylko najbliżsi wiedzieli o jego problemach ze zdrowiem. A on się nie oszczędzał, bardzo dużo pracował mimo choroby, choć przecież przydałby się jeszcze w kościelnej drużynie, by „grać dalej”. Grać dalej o obecność Boga w ludzkich sercach, o obecność Kościoła w życiu społecznym. Przestał grać? O, nie! Wierzymy, że arcybiskup Życiński spotkał się z miłosiernym Bogiem, który był główną pasją jego życia, i został zaproszony do dalszej gry, gry niebiańskiej, w której od wygranej idzie się ku jeszcze większej wygranej.

Arcybiskup Życiński gra dalej
Dariusz Kowalczyk SJ

urodzony w 1963 r. – jezuita, profesor teologii, wykładowca teologii dogmatycznej, profesor Wydziału Teologii Papieskiego Uniwersytetu Gregoriańskiego w Rzymie. W latach 2003-2009 prowincjał Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej Towarzystwa Jezusowego....

Produkt dodany do koszyka

Polecane przez W drodze