Opowieści kolczastego drutu

Opowieści kolczastego drutu

Oferta specjalna -25%

Liturgia krok po kroku

0 votes
Wyczyść

Obawiam się takich książek. Onieśmiela mnie ich rozmiar, obezwładnia temat. Lektura nie przynosi ulgi, nie udziela odpowiedzi, złośliwie mnoży pytania lub okrutnie redukuje do jednego: dlaczego? Trudno rozmawiać o takich książkach, już lepiej milczeć. Trudno rozmawiać o takich książkach, już lepiej wyjść na ulicę i wykrzykiwać ból. Lekturę należy dawkować, czytać partiami, odkładać i powracać – nie wstydzić się tego. Tym, co sprawia, że niechętnie czytam książki o tematyce łagrowej, jest nie tylko przeszywający ból, który się gnieździ i zamieszkuje już na stałe. Jeszcze bardziej boję się niezadanego pytania, które tkwi między opisanymi zdarzeniami, między powściągliwym reporterskim sprawozdaniem z piekła: jak ja bym się zachował? Nie cierpię tego pytania. Nie próbuję na nie nawet odpowiedzieć. Znak zapytania jednak pali i czuję, jakbym był naznaczony. Może tak musi być, może taka jest funkcja literatury opartej na świadectwie powrotu z nieludzkiej krainy. Unikam rozmyślania o sobie w warunkach Gułagu, podobnie jak unikam porównywania doświadczeń zachowań autorów, którzy przeżyli. Po latach odnajdywali się świadkowie, którzy twierdzili, że opisujący nie byli aż tak nieskazitelni, jak samych siebie przedstawiali. Że piętnując różne formy „sprzedawania się”, sami nie byli ponad tym. Głód, wycieńczenie, poniżenie oraz pragnienie przeżycia zrównywały wszystkich.

To, co najbardziej straszne u głodnych ludzi – pisze Szałamow – to ich zachowanie. Niby wszystko jak u zdrowych, ale jednak są pomyleńcami. Głodni zawsze bronią zawzięcie sprawiedliwości (jeśli nie są zbyt głodni ani zbyt wycieńczeni). To wieczni dyskutanci i kłótnicy, zuchwali zawadiacy. Zazwyczaj w jednym przypadku na tysiąc – i to w przypadku skrajnym – dochodzi do bójki między kłócącymi się ludźmi. Głodni zaś tłuką się wiecznie. Rozpalają spory z najbardziej dzikich i nieoczekiwanych powodów. „Dlaczego wziąłeś mój kilof, zająłeś moje miejsce?”. Który jest mniejszy czy niższy, ten stara się zbić z nóg przeciwnika, podstawiając mu nogę. Wyższy natomiast rzuca się całym ciałem, aby swoim ciężarem powalić przeciwnika na ziemię, a potem drapać, kąsać, bić… Wszystko to jest zbyt słabe, aby zadać ból lub doprowadzić do śmierci, i najczęściej odbywa się po to, by wzbudzić zainteresowanie otoczenia. Bijących się nie rozdzielało.

Niemal słychać śmiech obserwujących strażników.

Na tym tle Opowiadania kołymskie Warłama Szałamowa są nieco inne: nie oskarżają, nie wybielają – są dokładnie między, w miejscu przecinka. Szałamow pisze raczej: tak, byłem głodny, poniżany, robiłem różne rzeczy, aby przeżyć. System mielił ludzi, a Moloch codziennie dostawał swoją obfitą ofiarę. Ale pośród nienawiści, w krainie ludzkiego piekła, pod jarzmem głodu, zdarzały się przede wszystkim rzeczy podłe, a jeśli było dobro, to było go zaledwie odrobinę. Tak było. W łagrach.
Podczas lektury Opowiadań kołymskich pierwszy raz nie czułem się winny, nie zadręczałem się krążącym nade mną pytaniem. I na tym polega wyjątkowość Szałamowa, że w sposób prosty, szczery i ludzki zarazem, przekazuje tę myśl przewodnią: nie ocenia się człowieka, który żyje pod prawem głodu.

Artykuł 58

Warłam Tichonowicz Szałamow spędził w sumie 18 lat w więzieniach i łagrach Kołymy. Aresztowany po raz pierwszy w 1929 roku i skazany na trzy lata ciężkich robót trafił do Łagru Wiszerskiego koło Permu na Uralu. Gdy po odbytej karze wraca do Moskwy, gwałtownie rzuca się w wir pracy i życia, jakby chciał nadrobić stracone lata. Biografowie żalą się, że pozostało tak niewiele świadectw tego czasu. Jest młody, ma dopiero 25 lat. Rodzi się ponownie – jako mąż, jako pisarz. Powtórnie zostanie aresztowany w 1937 i skazany na pięć lat ciężkich robót w Kołymie. Kołyma to „białe krematorium”: ludzie umierają z wycieńczającej pracy, a wszystkich pilnuje nawet 50-stopniowy mróz. Tam dosięga go trzeci wyrok, aresztowanie w aresztowaniu. W 1943 roku otrzymuje, na mocy artykułu 58. ówczesnego kodeksu karnego, kolejnych 10 lat.

Artykuł 58. był komunistycznym odpowiednikiem amerykańskiego paragrafu 22. O ile jednak w powieści Josepha Hellera każdy powołuje się na wspomniany zapis prawny, choć do końca nie wiadomo, jak on brzmi, o tyle artykuł 58. puchnie, rozwija się, zakreśla różne grupy i zamyka w swoim pierścieniu. Wielokrotnie modyfikowany dawał narzędzie do wykładni pojęcia „wróg ludu”. Szałamow dopuścił się zdrady ojczyzny, określając rosyjskiego laureata Nagrody Nobla Iwana Bunina klasykiem literatury rosyjskiej. Jednak Iwan Bunin nie był już „nasz” – po rewolucji październikowej opuścił Rosję i krytykował rządy bolszewików. Skazani potrafili podać paragraf kodeksu karnego, ale nie potrafili nazwać przestępstwa. Szałamow pisze, za co można było otrzymać „asa” – podpaść pod definicję agitacji antysowieckiej: Wychwalał zagraniczną rosyjską powieść – dziesięć lat „asa”. Powiedział, że kolejki po mydło w płynie są zbyt długie – pięć lat „asa”. Byli winni, ale nikt nie pytał: „winni czego”? Szałamow przejmująco opisuje ten uderzający brak buntu, brak sprzeciwu, bez pytania dlaczego, bez domagania się odpowiedzi. Bierne przyjęcie ciosu, schowanie się w tłumie, w masie, kolektywie. Jedynie zagraniczni komuniści – niemieccy, polscy – stawiali pytania, domagali się respektowania prawa. Rosjanie inaczej: „I zgodnie z rosyjskim obyczajem, zgodnie z rosyjskim charakterem, każdy, kto dostał pięć lat, cieszy się, że to nie dziesiątka. Dostanie dziesięć i cieszy się, że nie dwadzieścia pięć. Dostanie dwadzieścia pięć – tańczy z radości, że go nie rozstrzelano”.

Znaki równości

Zdaje się, że Szałamow jako pierwszy zrównuje dwa totalitaryzmy. W Rosji, pogromczyni III Rzeszy, było nie do pomyślenia, aby postawić znak równości między komunizmem a faszyzmem. Przebywając w łagrach, Rosjanin nie miał dostępu do wiadomości o istocie holocaustu, karmiony tylko strzępem informacji lub podanym przez władze jedynym obowiązującym obrazem. Nie wdając się w te szczegóły, Szałamow wyprowadza wspólny mianownik z haseł pozostawionych na bramach obozów zagłady. Mieszkańców łagru witał napis: „Praca jest sprawą honoru i chwały, sprawą dzielności i bohaterstwa”. W tym zdaniu, podobnie jak w niemieckim haśle „Praca czyni wolnym”, wszystko jest kłamstwem. W katorżniczej pracy nie było niczego z honoru, a to, co robili więźniowie, nie miało nic wspólnego z pracą. Poddawanie się torturom bowiem nie jest pracą. Łagier był miejscem, gdzie uczono nienawiści do pracy. Łagier był miejscem, gdzie skazywany na wyniszczającą niby-pracę, stawał się niby-człowiekiem.

Jak przeżyć w piekle? Jak przeżyć, gdy z człowieka stajesz się dochodiagą, wyniszczonym fizycznie, powłóczącym nogami wrakiem istoty ludzkiej? Lekcja Szałamowa jest brutalna: nie mieć nadziei. Nie karmić się myślami o bliskich pozostawionych w domu, nie czekać i nie liczyć dni. Zamknąć się w sobie i przeżyć ten jeden dzień. I ten następny też. To wszystko. Człowiek uporczywie trzyma się życia, wchodzi w siebie znacznie głębiej, niż kiedykolwiek mógł o tym pomyśleć, na dno instynktu samozachowawczego. „Żyje on tak samo jak kamień, drzewo, ptak czy pies. Ale trzyma się życia mocniej. I wytrzymałością góruje nad każdym zwierzęciem”. Wstrząsające jest porównanie długości życia konia, istoty tylekroć silniejszej, oraz człowieka. Koń nie wytrzymuje miesiąca w tamtejszych warunkach. Kim jest więc człowiek?

Szałamow nie daje żadnej nadziei. Chciałbym ją zobaczyć, ja – człowiek ciepłego swetra i herbaty z miodem, chciałbym przeczytać zdanie, że trzymając się wspomnienia o swoich bliskich, łatwiej jest przeżyć, że w tamtym piekle był Bóg. W opowiadaniu Protezy nadchodzi dzień, gdy zabierane są więźniom wszystkie protezy. Muszą oddać sztuczne nogi, haki, szklane oczy. Urzędnik staje przed nagim pisarzem i pyta: – Co ty oddasz? Duszę oddasz? Szałamow odpowiada: – Nie. Duszy nie oddam. Myliłby się ten, kto chciałby z tego fragmentu wywodzić chrześcijańską czy w ogóle religijną postawę autora. Szałamow konsekwentnie nie odwołuje się do Boga, jakby zona była miejscem z zakazem wstępu dla Stwórcy. Być może jest to pozostałość konfliktu z ojcem, który był księdzem prawosławnym. Biografowie wspominają go jako człowieka surowego, trzymającego się przepisów, wymagającego; sam Szałamow o swoim ojcu milczy, woli wspominać matkę. Za to z dużą ciekawością przypatruje się duchownym w łagrach. Jakby podświadomie pragnęli wzajemnie swojego towarzystwa, bliskości. I raczej nie było to tylko pragnienie spotkania duszy inteligenckiej z religijną, a zatem jednostek prezentujących jakiś poziom kulturalny. Szałamow dobrze zna Pismo Święte, czasem przypomina duchownemu jakiś fragment, frazę, ale sam nie wypowiada Bożych słów. Milczy. Zdawać by się mogło, że jest w stanie zaciętej, nieprzejednanej wojny z Bogiem. Jednak w opisie duchownych jest jakaś miękkość, jakaś trudna do uchwycenia czułość, jakby najgłębsze zrozumienie.

Urzeka też w tym zamrożonym piekle odczucie dzikiego piękna przyrody. Czytałem niegdyś o tym, jak więziony w łagrach jezuita Mieczysław Bednarz odprawiał codzienny rachunek sumienia i zawsze dziękował Bogu za piękno przyrody. Dotykało mnie to niemal do żywego, poruszało, ale jakoś nie mogłem się z tym pogodzić. Teraz, czytając Szałamowa, nie pojmuję, ale przyjmuję. Doprawdy, jest piękno nawet tam, w krainie zapomnienia?

Łagier tłumaczy łagier

W opowiadaniu Słowo nad trumną zapisał:
Nie chciałbym teraz wracać do swojej rodziny. Tam nigdy mnie nie zrozumieją, nie potrafią zrozumieć. Wiem, że to, co dla nich ważne, to dla mnie głupstwo. To zaś, co ważne dla mnie, to, czego niewiele mi pozostało – nie dane jest im ani zrozumieć, ani odczuć. Przyniosę im nowy strach, jeszcze jeden do tysiąca strachów przepełniających ich życie. To, co widziałem, tego człowiek nie powinien widzieć, nie powinien o tym wiedzieć.

Szałamow ostatecznie opuścił Kołymę w 1953 roku, zrehabilitowano go trzy lata później. Życie nie poddało się jednak rehabilitacji: małżeństwa już nie było, córka – członek partii – nie przyznawała się do niego. Wyniszczone ciężką pracą ciało skazywało go na wielokrotne pobyty w szpitalach. Wycieńczony poniżającymi warunkami umysł rzucał Szałamowa to do domu starców, to do szpitala psychiatrycznego. Nie można wyjść z piekła i żyć, jakby nigdy nic się nie stało – autor Opowiadań kołymskich miał pod koniec życia obsesyjnie gromadzić chleb pod łóżkiem, pilnować rzeczy osobistych, aby mu ich nie skradziono podczas snu.

W dodatku, pisząc dzieło swego życia, miał świadomość klęski. Na Zachodzie długo nie dopuszczano do świadomości istnienia łagrów, w Rosji popularność zdobył Sołżenicyn – nie dość, że młodszy, to jeszcze o krótszym stażu w łagrach. Rzeczywistość sprzysięgła się przeciwko Szałamowowi. Odbiło się to na edycji Opowiadań kołymskich. Długo nie można było wydać ich w całości. Cięte przez cenzorów, wydawane w drugim obiegu, stanowiły też nie lada wyzwanie dla tłumaczy. Wielu próbowało zmierzyć się z twórczością Szałamowa, ale do niej potrzebny jest słuch, węch, zmysł człowieka, który sam przeszedł przez świat łagrów.

Paryska „Kultura” poszukiwała tłumacza Opowiadań kołymskich, gdy nieoczekiwanie prof. Alfred Rachalski obiecuje znaleźć odpowiedniego człowieka. Znajduje go w osobie Juliusza Baczyńskiego, który, jak się zdaje, z literaturą nie ma nic wspólnego. Nie pisze, nie tłumaczy, ale przeżył łagry. Wzdryga się przed propozycją. Nie ma doświadczenia w tłumaczeniu, ma za to piekące, ropiejące wspomnienia z „białego krematorium”. Przesyła próbkę tłumaczenia do Maisons-Laffitte. Szybka odpowiedź: to jest to. Baczyński zostaje tłumaczem Szałamowa, łagier tłumaczy się przez łagier.

Opowiadania kołymskie pozostają jakby ponad tym, nieco obok. Ani życie osobiste, ani zdradzony świat, do którego powrócił Szałamow, nie odcisnęły swojego piętna na książce. Często zestawia się Archipelag Gułag Sołżenicyna z dziełem Szałamowa, ale są to książki osobne, wspomagające się, uzupełniające. Sołżenicyn napisał dzieło kronikarskie, potężny projekt historyczny, w którym opisywał przeżycia nie tylko swoje, ale liczne świadectwa innych byłych więźniów. Szałamow jest do końca człowiekiem samotnym, z jedną tylko nie do oddania duszą. Jego dzieło to pojedyncze stanięcie wobec Systemu. To również jedna opowieść, zamknięta – pomimo trzech tomów, pomimo kilkudziesięciu opowiadań – całość, zwielokrotniona odbiciem przeglądających się w obliczu pisarza twarzy głodnych i sytych.

Opowieści kolczastego drutu
Marcin Cielecki

urodzony w 1979 r. – polski poeta, eseista, recenzent, pisarz.  Autor m.in. zbioru esejów Miasto wewnętrzne, książek poetyckich Ostatnie Królestwo, Czas przycinania winnic....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze