Woal wstydliwości
Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Marka

0 votes
Wyczyść

Człowieka można pohańbić na wiele sposobów. Jednym z wypróbowanych jest wystawienie na widowisko jego intymności. Odzieranie z szat dosłownie i w przenośni.

Każda epoka ma swoich męczenników. Męczennik jest świadkiem. Najradykalniej zaświadcza o rzeczywistości, która przejawia się w ludzkim świecie, ale nie jest z nim tożsama. Jest to rzeczywistość ducha. Męczeństwo jest najbardziej zdecydowaną odmową uczestnictwa w człowieczym świecie, gdy ludzie nie chcą respektować rzeczywistości ducha, gdy ludzki świat staje się światem bezdusznym. Męczeństwo jest bezkompromisowym przedłożeniem świata ducha nad świat ludzi. Ceną, którą męczennik płaci za to przedłożenie, jest jego biologiczne życie.

Wierzę, że kimś takim stała się Ania – 14-letnia dziewczyna, która powiesiła się na swojej skakance, po tym jak została pohańbiona przez kilku swoich rówieśników. Jej czterech kolegów wyciągnęło ją z ławki pod tablicę, rozebrali – zdjęli spodnie, majtki – i udawali, że ją gwałcą. Wszystko działo się na oczach całej klasy. Piąty stał i filmował komórką. Wszystko działo się na oczach całej klasy. Następnego dnia Ania odebrała sobie życie.

Mieszkanie Boga

Słowa mocne, bez komentarza niezrozumiałe, przesadne, a może nawet gorszące: samobójczyni – męczennicą? Czy ktoś taki może stać się świadkiem rzeczywistości ducha?

Chrześcijańskie dziecko uczy się, że człowiek jest stworzony na obraz i podobieństwo Boże, a o Bogu, że mieszka On w „niedostępnej światłości”. Zatem człowiek powinien także bytować, „mieszkać” na podobieństwo Boga. Symbol „zamieszkiwania niedostępnej światłości” nie jest po prostu symbolicznym przedstawieniem świętości Boga, ale raczej symbolizuje przestrzeń absolutnej intymności Boga. Tam, gdzie mieszkamy, jesteśmy rzeczywiście u siebie, jesteśmy sobą. Bóg, rzecz jasna, nie ma mieszkania i zamieszkiwanie czegoś przez Boga jest symbolem. Symbol ten wyraża Jego najgłębszą naturę, w którą nikt postronny nie ma wglądu. Tam Bóg jest tylko z sobą. Nie jest dla nikogo, ale jest u siebie i dla siebie. Jest po prostu sobą. Boskie „mieszkanie” jest w „niedostępnej światłości”, a to znaczy, że istnieje taki wymiar bytowania Boga, w którym nie ma udziału, którego nie poznaje żadne stworzenie, bo jest ono dla niego oślepiającą jasnością. Jest niepojęte i dla cheruba, i dla człowieka. Więcej nawet. W samym bytowaniu Boskich Osób jest coś, czego nie dzielą One z sobą, chociaż są najdoskonalszą jednością, komunią Boskiej miłości. Jest to najgłębsza tożsamość każdej z Nich, która jest tak kochana przez pozostałe, że absolutnie dla nich nietykalna. Niektóre z wypowiedzi Jezusa Chrystusa o Ojcu pozwalają się bezpiecznie zinterpretować jako naprowadzenie na taki aspekt życia Trójcy.

Ludzkie ściany

Jeśli człowiek jest podobny do Boga, to nasz sposób bycia powinien mieć w sobie coś ze wskazanego sposobu życia Boskich Osób. Każdy z nas ma miejsca najgłębszej intymności i każdy z nas powinien respektować je u innych – miejsca, w których drugi człowiek jest u siebie i dla siebie – jest sobą. Jak w konkrecie ludzkiego świata miałby wyglądać odpowiednik „Boskiego mieszkania”? Sądzę, że ścianami tego mieszkania są: poczucie własnej godności, świadomość jej nienaruszalności, wstydliwość, wybierana przez człowieka samotność, która nie jest doznaniem opuszczenia, ucieczką przed męczącym kontaktem z bliźnim, nieszczęściem, ale czymś wysoce pozytywnym. Tam człowiek przebywa sam ze sobą, chociaż jest społeczny, żyje w relacjach miłości, przyjaźni. Za tymi „ścianami” bytuje ludzka osoba. Potrzebuje ich schronienia przed spojrzeniami innych, które potrafią być wścibskie, potrzebuje zabezpieczenia nawet przed miłosnym spojrzeniem, w którym brak spuszczenia oczu, brak tyle subtelnego, co niezbędnego uszanowania intymności osoby kochanej.

Bywamy wrażliwi na przestrzeń intymności drugiego człowieka, ale bardzo daleko nam do doskonałości. Czasem spuszczamy oczy, wycofujemy się dyskretnie z pewnych sytuacji, nie zawstydzamy, nie poniżamy drugiego człowieka. Ale potrafimy też być gruboskórni, nietaktowni, bezwstydni, potrafimy podglądać, podsłuchiwać, a także upokarzać i hańbić innych.

Nadzieję na zrozumienie czynu Ani budzą słowa, które dawno nie gościły na łamach polskiej prasy: upokorzenie, pohańbienie. Nie dość, że ich w ogóle użyto, ale jeszcze zrobiono to trafnie. O czym te słowa opowiadają? Tamto dziecko rzeczywiście zhańbiono. Pohańbić człowieka, to sponiewierać jego wstydliwość, naruszyć jego godność własną, wedrzeć się w sferę, gdzie przebywa on tylko z sobą. Pohańbić człowieka, to obedrzeć go z przysługującej mu intymności, pozbawić dobrego imienia, zniesławić, upublicznić jego słabości, które osłania nawet przed bliskimi sobie. Człowiek może wreszcie zhańbić sam siebie, poprzez zachowanie niehonorowe, bezwstydne, podłe.

Kto ma o tym wszystkim pojęcie? Przecież nie twórcy medialnej przestrzeni, w której zasadą staje się podsłuchiwanie i podglądanie, którą zarządza niedobra ciekawość tego, co intymne w życiu znanych osób. Odrażająca kultura opanowana przez idących ręka w rękę podglądaczy i ekshibicjonistów, przez wścibstwo, złą ciekawość tego, co nigdy nie powinno stać się przedmiotem zainteresowania. Ilu internautów dopytywało się o adres, pod którym można obejrzeć nagrany na komórkę film z hańbienia Ani? Podobno był to „żarcik”. A skąd te dzieci z gdańskiej szkoły wpadły na pomysł medialnego utrwalenia swego postępku? Same to wymyśliły? Nie, one po prostu wyrosły w świecie, w którym wdzieranie się w przestrzeń ludzkiej intymności stało się gigantycznym przemysłem, wielkim publicznym show. Ten spektakl się ogląda albo współtworzy. Dlatego klasa podzieliła się spontanicznie na aktorów i widzów. Innych ról się nie gra. Taki porządek kulturowy ma swoje ofiary. Ofiary gwałtu dokonywanego na ich intymności. I nikt ich skutecznie w obronę nie weźmie.

Pohańbiona niewinność

Śmierć Ani jest świadectwem tego, że duch ludzki potrzebuje swoistej przestrzeni, by mógł żyć w naszym człowieczeństwie. Jej został tak drastycznie pozbawiony tej przestrzeni, że wycofał się z nieludzkiego już świata. Pozbawiony nietykalności ciała i seksualności, odarty z dziewczęcej skromności, upokorzony w swej godności, zagrożony brakiem nadziei na takie ludzkie spojrzenia, które nie odbijałyby jej hańby, nie znalazł dla siebie miejsca, został brutalnie wydziedziczony.

Nie wiem, bo któż to wie oprócz Boga samego, ale wierzę, że sensu śmierci tego dziecka nie określiła ostatecznie i bez reszty ucieczka przed nieznośnością cierpienia upokorzenia i prześladowań, że jej śmierć nie była efektem totalnego braku nadziei na lepsze jutro, bezdennej rozpaczy nad pohańbioną niewinnością, ale była radykalną niezgodą na świat, w którym się znalazła i który potraktował ją w taki właśnie sposób. Wierzę, że umierała z wielką nienazwaną tęsknotą za lepszym światem, światem, w którym będzie miała dla siebie przestrzeń życia, z której tutaj ją obrabowano. To ta wiara kazała mi napisać, że jest ona męczennicą tego niedobrego czasu wdzierania się ze złą uciechą w świat ludzkiej intymności. To ta wiara pozwala mi widzieć ją jako świadka rzeczywistości ducha, w której prawo do intymności jest honorowane zawsze i bezwzględnie – prawo będące jedną z fundamentalnych zasad świata osób.

Świadectwo, którym, jak wierzę, stała się jej śmierć, świadczy nie tylko o świecie ducha, o świecie osób i jego prawach, ale jest też niemym oskarżeniem naszego świata.

Moje wyobrażenie śmierci tego dziecka jest i pozostanie tylko wyobrażeniem. Nie znam prawdy. Chcę jednak mieć takie wyobrażenie. Chcę rozważać taką możliwość umierania. Bez takiej możliwości świat, w którym jedno bezwstydne dziecko umie zaszczuć drugie, które wstyd ma, staje się światem infernalnym, światem, z którego nie ma wyjścia.

***

Ten tekst napisałem po wypadku w listopadzie 2006 roku. Nie był publikowany. Minęły cztery lata. Sąd nie wydał wyroku. Prasa donosi, że śledztwo zaczęło się ślimaczyć, że po latach praktycznie rozpoczęto je od nowa. Psychologowie stwierdzili, że trzech z chłopców nie odczuwa żadnego żalu z powodu tego, co zrobili, pozostała dwójka żałuje. Coraz to nowi powoływani specjaliści nie wiedzą, co było powodem samobójstwa. Być może, twierdzą, przyczyną tej tragedii były problemy emocjonalne nastolatki. Nie widzą związku między pohańbieniem i targnięciem się na własne życie. Znalazłem stwierdzenie psychologa: Ania czuła się jak osoba zbiorowo gwałcona przed publicznością. Słowa takie jak zhańbienie, znieważenie generalnie z wypowiedzi na ten temat znikły. Psycholog opisuje trafnie to, co się działo, ale nie sens przeżycia dziewczynki. Została zhańbiona, sponiewierano jej godność własną. Człowieka można pohańbić na wiele sposobów. Jednym z wypróbowanych jest wystawienie na widowisko jego intymności. Odzieranie z szat dosłownie i w przenośni.

Wygląda na to, że i specjaliści, i sąd są bezradni. Oczywistość kary za pohańbienie dziewczyny okazuje się wysoce nieoczywista. Tymczasem chłopcy, którzy dopuścili się tego czynu, giną duchowo, bo nie zostali ukarani. Ale czy społeczność dorosłych jest godna, by tu karę wymierzyć, czy ma do tego moralne prawo? Zresztą, któż miałby ich karać? Jak duże jest prawdopodobieństwo, że wyrokujący będzie należał do tej grupy ludzi, którzy z uśmiechem satysfakcji słuchali, jak człowiek, którego nazwiska nikt szanujący się nie powinien wymieniać, opluwał pamięć tragicznie zmarłego prezydenta? Czy ktoś taki będzie zdolny rozpoznać krzywdę naruszenia intymności dziewczynki? I tam, i tu trzeba uchwycić nietykalność: nietykalność dobrego imienia zmarłego, nietykalność intymności.

Odzienie ochronne

Intymność – jej potrzeba, wartość, niezbędność, nienaruszalność, cały świat jej reguł. Czy da się weń wejrzeć w kulturze, która nie odczuwa niestosowności oglądania filmowych scen stosunków seksualnych, w której po ulicach paradują stada bezwstydnych homoseksualistów1, w której dziennikarską cnotą stało się wydzieranie sekretów? Co można zobaczyć w świecie, w którym znikają takie słowa jak taktowny, dyskretny, w którym promuje się brak skromności, wstydliwość nazywa się pruderią, a bezwstyd odwagą? W świecie gigantycznego masowego wścibstwa nie da się poznawać sensu intymności bez pomocy z zewnątrz. Warto skorzystać z pierwszej lekcji, której na temat ludzkiej intymności udzielił autor początku Genesis. Symbolicznie wypowiedział prawdy zupełnie podstawowe.

Zasadnicze znaczenie w jego nauce ma opozycja:

Spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski – Pan Bóg sporządził dla mężczyzny i jego żony odzienie ze skór i przyodział ich.

Nagość symbolizuje ten element ludzkiej natury, który w świecie bez zła, w świecie pierwotnej niewinności pozostaje nieprzysłonięty. Natomiast w świecie po upadku musi być przesłonięty. Dzieje się to na dwa sposoby. Nagość osłania raz sam Bóg, raz człowiek. „Odzienie ze skór” można traktować jako symbol wszelkich zastanych ustanowień ludzkiej natury zabezpieczających naszą intymność.

„Sfera intymności jest obszarem przebywania człowieka z sobą sam na sam. Drugi człowiek nie ma tam nic do szukania, chyba że zostanie zaproszony. Między osobami pojawia się dystans. Polega on na tym, że ludzie nie mają nieograniczonych zdolności zmieniania odległości między sobą. To prawda, że odsłaniam swoje wnętrze przed drugimi, powierzam innym swe tajemnice, dopuszczam do bliskości. Ta odsłona nie jest jednak nigdy całkowita. Wstyd ciała niknie w miłosnym zbliżeniu, a potem powraca. W kręgu zaufania zwierzamy się z pewnych tylko własnych tajemnic. Przyjaźń, miłość, zaufanie znoszą dystans między ludźmi. Jeżeli tylko człowiek jest roztropny, to i w przyjaźni, i w miłości nie narusza pewnej granicy. Coś z tej odległości zachowuje. Osoba wyzbyta całkowicie poczucia wstydu, skromności, godności nie może być przyjacielem. Staje się poprzez swój bezwstyd nieznośna. Prawdziwie miłujące spojrzenie jest osłaniające. Nie obnaża, nie odziera z intymności, lecz przeciwnie osłania. Miłujący nie waży się na każde spojrzenie, którym mógłby sięgnąć osoby, do którego jest nawet w pewnym stopniu uprawniony. A przecież w żadnej innej relacji między osobami nie ma większej bliskości niż między tymi, którzy się kochają. Ten dystans, którego nie powinno się naruszać, który trzeba uszanować, jest „odzieniem” ludzkiego ducha, jest czymś stworzonym przez Boga.

Z tego duchowego odzienia, podobnie jak ze zwykłej odzieży, można drugiego obedrzeć. Niezwykłe jest tu, że zawsze coś z tej „odzieży” pozostaje. Zawstydzić się umie prostytutka. Nawet najbardziej ekshibicjonistyczny pisarz prędzej czy później orientuje się, że tego, na co w sobie natrafia, nie da się wypowiedzieć do końca. Coś w nas pozostaje nieobjawionego i zasadniczo nieobjawialnego dla nas samych, dla ludzi nas kochających. To, że człowiek nie potrafi siebie wyrazić, wypowiedzieć, nie jest tylko jego słabością, ale jest pasem ochronnym, jest odzieniem, które chroni pierwociny ludzkiego ducha przed unicestwieniem. Istnieje taki wymiar wstydu, który jest dla człowieka ze wszech miar błogosławiony, bo zabezpiecza niezależnie od naszej woli pierwiastek duchowy. Sednem zła bezwstydu, ekshibicjonizmu jest niszczenie ludzkiej wewnętrzności. Boże „odzienie” zabezpiecza przed totalnym rozproszeniem się w tym, co powierzchowne, naskórkowe, zewnętrzne. Jest to zabezpieczenie minimalne, ale niedające się całkowicie usunąć. Z tego „okrycia” zawsze coś zostaje nawet wtedy, gdy człowiek w nierozumnym szale drze je na strzępy.

Człowiek po upadku „przysłania” swoją słabość tak, że jej się zapiera, nie chce uznać siebie jako „nagiego”. W ten sposób generuje rodzaj nieprawdy, który go będzie krępował. W tej nieprawdzie, w tym nieautentyzmie ludzkiego ducha Bóg nie ma najmniejszego udziału. Jego aktywność jest zupełnie innej natury. On chroni ludzką słabość, zabezpiecza przed zniszczeniem znikomość duchowego wymiaru człowieka. Chronimy to, co uznajemy za cenne, za wartościowe. To, co okazuje się ważne w oczach Bożych, jest tym, czego znaczenia nie chce uznać upadły człowiek. Wypiera i odcina się od „nagości”, którą Bóg sam osłania i zabezpiecza”2.

Otuleni przez Boga

Podstawowa opozycja wobec naszej nagości – słabości, wobec tego, co nas ubogich duchem najgłębiej ustanawia, jest wyznaczona przez to dwojakie odniesienie. Taić prawdę o swojej mizerii, grzeszności, taić zaciekle tam, gdzie trzeba się do niej przyznać. Taić prawdę o słabości, ukrywać nawet przed własną świadomością brak charakteru wobec oficera SB przed laty, przed samym sobą przesłaniać figowym listkiem nieprawdziwych a górnolotnych usprawiedliwień niskie motywy swego postępowania. I drugie – dać się otulić Bogu „odzieniem”, które sam sporządza, podziwiać jego piękno. Być skromnym, dyskretnym, taktownym, nie wstydzić się wstydzić i uczyć się dostrzegać wdzięk cudzej skromności, delikatność dyskrecji, czar taktu, woal wstydliwości. 

 Warto sobie uświadomić istotną różnicę między wstydliwym i bezwstydnym homoseksualistą.
2  Autocytat – Historia upadku, s. 111.

Woal wstydliwości
Marian Grabowski

urodzony w 1951 r. – doktor habilitowany fizyki teoretycznej, profesor zwyczajny nauk humanistycznych i kierownik Zakładu Filozofii Chrześcijańskiej Wydziału Teologicznego Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Autor p...

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszyk Kontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze