Więcej i bardziej nago

Więcej i bardziej nago

Oferta specjalna -25%

Ewangelia według św. Łukasza

0 opinie
|
Wyczyść
Dodaj do koszyka

W pornografii chodzi o używanie ciała, a w chrześcijańskim pozytywnym podejściu do seksu i nagości – o cieszenie się nim jako integralną częścią osoby. Tu widać radykalną opozycję.

Dziwny jest ten świat i trudny do zrozumienia. Jedni czytają pornografię, inni palą ją na stosach. Jedni każą nam się seksualnie wyzwalać i odkrywać tajemnice rozkoszy, inni chcieliby zamknąć nasze ciała w ciemnych futerałach. Mądry człowiek wie, że nic w tym nowego. Naprawdę nie warto podniecać się tym publicystycznym seksem.

Seks w dziwnym świecie

Moralna rewolta, która dokonuje się w obrębie naszej kultury od kilkudziesięciu lat, ma – według jej ideologów – polegać na porzuceniu kultury wstydu. Wstyd już nie ma być regulatorem zachowań moralnych. Jako taki jest tylko reliktem dawnego świata, w którym społeczna akceptacja decydowała o miejscu we wspólnocie.
Sartre odrzucił Boga-podglądacza. Jego potomkowie chcieli odrzucić także ciekawską wspólnotę. Odtąd człowiek miał określać się sam, a nie w odniesieniu do spojrzenia innych. I wydawało się to słuszne. Czyż nieustanne myślenie o tym, co sądzą inni, jak nas oceniają, jak wpychają w przyciasne worki własnej moralności, nie jest okrutne?

Kultura wstydu była charakterystyczna dla dojrzałego mieszczaństwa, tego już nieco mniej religijnego niż dawniej, za to żyjącego w przyciasnych murach i uprawiającego handelek. Jak mówią socjologowie, kapitalistyczne mieszczaństwo musiało narzucić sobie twarde rygory moralne i dyscyplinę, która pozwoliła mu zdobyć przewagę nad starszą kulturą feudalną. Etyka pracy, powściągliwość i zamknięcie ludzkiej seksualności w czterech ścianach miało zadecydować o sukcesie tej formacji i przynieść wyzwolenie.

Krytycy starego świata czuli się jak Krzysztof Kolumb. Tyle że wielkie odkrycie nie wymagało już narażonej na liczne trudy podróży. Wystarczyło skracać spódniczki i powiększać dekolty. A potem pokazać kobietę już bez spódniczki i bez dekoltu. Można też było sięgnąć do prac antropologów, którzy rzekomo odkryli radosne spółkowanie wśród tzw. dzikusów. W ten sposób tryumf święciła stara herezja, można powiedzieć, że semipelagiańska. Zgodnie z nią zło, które dawniej nazywano grzechem pierworodnym, przyszło razem z kulturą i kultura przenosi je na kolejne pokolenia. Ta herezja, jak każda inna, jest swoistą parodią chrześcijańskiej teologii. W chrześcijaństwie zło jest zawsze ograniczeniem – nie przynosi niczego pozytywnego i nie pozwala człowiekowi się rozwijać. Porzucenie zła jest więc wyzwoleniem i początkiem nowego, wolnego człowieka. Tu także zło jest ograniczeniem, ale sprowadzonym do norm kulturowych. Ich porzucenie to także wyzwolenie.
Pornografia ma tu, rzecz jasna, swoje miejsce – znaczące i wcale nie tak jednoznaczne. Z jednej strony seksualne wyzwolenie stanowiło wspaniały sygnał dla tej wstydliwej dotychczas branży. A apetyt rośnie w miarę jedzenia. Jeśli raz odsłonimy, zaczniemy się domagać kolejnych odsłon. Pornografia mogła wyjść z podziemia, wejść do głównego nurtu obiegu kultury i na dobre się w niej zadomowić.

Z drugiej strony szybko dał znać o sobie paradoks nowoczesnego wyzwolenia. Od kiedy bowiem bez przeszkód można przyglądać się wszystkiemu, co wiąże się ze sferą erotyki, i czerpać z tego przyjemność, pornografia stała się dochodowym przemysłem. Ludzie chcą płacić za to, żeby patrzeć. Nie rozumieją, że ktoś takiego spoglądania może sobie nie życzyć. Dlatego współczesne ruchy feministyczne, te same, które radośnie przywitały rewolucję seksualną, dość szybko zaczęły podejrzliwie podchodzić do pornografii. Co to bowiem za wyzwolenie, które staje się przemysłem? Co to za wolność, która możliwość zamienia w obowiązek?
Stary przymus zakrywania ciała – nieważne jakie by ono było – zamienił się w nowy przymus: pokazywania pięknego ciała. Zatem i wymuszania na nim doskonałości, która spełniałaby wyrafinowane normy współczesnej kultury. Kosmetyka zastąpiła cnotę. Wykluczenie moralne znalazło swój odpowiednik w wykluczeniu estetycznym.
A pornografia, ta stara zabawa niedojrzałych chłopców, przestała być jednoznaczna, skoro nacechowane jest nią już prawie wszystko. Nagość stała się towarem tanim, łatwo dostępnym i wcale już nie tak fascynującym. A zatem w rozumowaniu teoretyków seksualnego wyzwolenia musiał nastąpić błąd. Gdzie?

Złudzenie seksu bez norm

Przede wszystkim nie uświadomiono sobie, że nie istnieje coś takiego jak odrzucenie norm w ogóle. Można zrezygnować z norm konkretnych, lecz w ich miejsce pojawią się inne.

Wyzwolenie zakładało wyłączenie seksualności z pola etyki. Od tej pory to, jak, kiedy, gdzie i z kim ludzie uprawiają seks, nie miało być tematem rozmów. Zdecydowano, że seksualności nie powinno się oceniać w ramach jakiejś wyodrębnionej dziedziny etyki. Oczywiście, nie oznacza to, że w ogóle zrezygnowano z oceniania zachowań i czynów w dziedzinie seksu i erotyki. Chodziło jedynie o zanegowanie etyki seksualności. Istnieją pewne normy praktyczne regulujące życie społeczne, podobne do tych, które obowiązują w innych dziedzinach naszej egzystencji. Normy te nie mają jednak żadnej komponenty etycznej.

Ci, którzy propagują taki sposób myślenia, popełniają błąd. Przede wszystkim nie zdają sobie sprawy z tego, że tworzą nowe zasady, specyficzne dla samej seksualności, które są jednocześnie oderwane od refleksji nad człowiekiem jako jednością ciała i ducha. Samo wyniesienie estetyki oraz natężenia przyjemności w seksualności, wraz z postulatem dążenia do osiągnięcia coraz doskonalszego ideału piękna, stworzyło cały zestaw nowych norm, których poprzednie pokolenia nie znały lub przynajmniej nie traktowały tak poważnie.

W klasycznej moralności etyka seksualna nie była nigdy wyizolowaną dziedziną i nie chodziło w niej o tanią kazuistykę, wyliczanie przypadków i określanie, czy dane zachowanie mieści się w przyjętych dla życia seksualnego normach. Ta etyka nie była autonomiczna, wyrastała bezpośrednio z pojęcia godności osoby ludzkiej. Odrzucenie klasycznej etyki życia seksualnego spowodowało zastąpienie postulatu poszanowania godności człowieka hedonistycznymi kryteriami, którym nie tak łatwo sprostać.

Pornografia staje się w tym nowym porządku istotnym punktem odniesienia. Scala w sobie oba postulaty współczesnej seksualności: podporządkowanie normom estetycznym i nakaz ciągłego pomnażania przyjemności. Pornografia to nowa ewangelia życia seksualnego. Innej nie ma, bo została wykluczona, ba, zakazana, w imię światłego postępu. Jeśli przeanalizujemy istotę pornografii, dostrzeżemy, dlaczego społeczne wyzwolenie seksualności w naszych czasach jest tylko pozorem prawdziwej wolności i dlaczego stara kultura wstydu ma się dobrze, jeśli nie lepiej. Pornografia jest odkryciem i wspólnym oglądaniem tego, co najbardziej własne i intymne. Jeśli coś staje się wspólne, traci swoją autonomię. Przekaz pornografii sprowadza się do hasła: zobacz, jak inni wyglądają i w jaki sposób to robią. Zobacz, jacy są inni. Kultura wstydu jest ściśle związana z kulturą podglądania. Wstydzić można się jedynie wtedy, gdy jest się świadomym cudzego spojrzenia, które nas ocenia. Pornografia zatem wcale nas od wstydu nie uwalania, przeciwnie, naraża na wstyd bardziej powszechny.

To dobry argument dla tych, którzy nie chcą odrzucać norm w ogóle, ale uważają, że nowe normy są bardziej przyjazne. Zgodnie z ich przekonaniami, społeczeństwo liberalne także kieruje się normami etycznymi, ale mają one charakter miękki i nie naruszają ludzkiej wolności. Przykład pornografii i jej niewolącego charakteru pokazuje, jak bardzo złudne jest to przekonanie. Chcecie zobaczyć społeczeństwo liberalne w działaniu, bez ideologicznej otoczki? Przyjrzyjcie się życiu seksualnemu liberałów. Na chłodno i bez uprzedzeń. Dowiecie się więcej niż od leciwych antropologów.

Nie zawsze było tak samo

Ideolodzy seksualnej nowoczesności i ponowoczesności ulegli dziwnemu złudzeniu, które całą przeszłość sprowadza do przeszłości nieodległej. Doświadczenie rzeczywistości zapamiętanej z dzieciństwa albo opowieści starszych ludzi rozciągane są na całą historię. Jeśli coś było potępiane i zakazywane sto lat temu, to pewnie znajdowało się na cenzurowanym od zawsze. Tyle tylko, że im bardziej byśmy się cofali, tym zakaz byłby mocniejszy. Zwolennicy takiego rozumienia przeszłości wierzą w linearny rozwój dziejów, który prowadzi od niewoli do coraz większej wolności. Czują się wolni, ale uważają, że ich dzieci będą jeszcze bardziej wolne. Ich dziadkowie byli mniej wolni, pradziadkowie jeszcze mniej i tak dalej.

Ta ideologia prowadzi do sprzeczności. Bo jeśli przyjąć, że kultura zniewala, to wydaje się, że wraz z upływem czasu powinna zniewalać coraz bardziej. Pradziadkowie – jako ludzie bardziej prymitywnej kultury – powinni być postrzegani jako bardziej wolni. Cofając się tak, dotarlibyśmy do pierwszych ludzi, Adama i Ewy, gołych i wesołych, w raju bez kultury. Tyle że ci sami ludzie, którzy twierdzą, że kultura jest przyczyną zniewolenia, głoszą nadejście nowych prądów, które z czasem będą niosły wyzwolenie. Ale nie domagajmy się spójności od ideologii. Ważne jest, że jej przedstawiciele wierzą w emancypacyjną moc postępu i w emancypację jako napęd postępu. Jedno pogania drugie i tak aż do szczęśliwego końca.

Nałożenie tego schematu na seksualność powoduje, że historia zaczyna się nam jawić jako dzieje stopniowego wyzwalania seksualnych mocy, zrzucania ograniczeń, poznawania tajemnic orgazmu i odsłaniania kolejnych części ciała. Od góry do dołu i od dołu do góry. Przyznajmy, że wizja to pociągająca, ale jednak daleka od prawdy. W ludzkim podejściu do seksualności trudno o jakieś ciągłe wielowiekowe procesy. Trudno też o wyznaczenie określonego kierunku. Z pewnością zaś dzieje nie prowadzą nas od człowieka ubranego do nieubranego. Od wiktoriańskiej koronki, przez koronkowe pończoszki, po całkowity brak nylonowej dzianiny.

Podejście do nagości – i co najważniejsze – funkcji, jaką nagość pełni w życiu człowieka, było różne. Nieraz dzieci rumieniły się bardziej niż dziadkowie. Nasza kultura wywodzi się z Aten i Jerozolimy, gdzie na nagość i erotykę było sporo miejsca. Ale ta sama kultura nosi dziś na sobie piętno – wciąż nieodległej czasowo – przeszłości purytańskiej. Być może nie jesteśmy jeszcze do końca świadomi, jak bardzo przeorało nasz sposób myślenia przekonanie naszych pradziadków, że ciało jest niegodne, by je pokazywać, że prawdziwa cnota leży poza ciałem, że ono jest nieważne i może stanowić przeszkodę na drodze do doskonałości.

Oczywiście to, co napisałem powyżej, jest tylko schematem. I jak każdy schemat coś mówi, ale jednocześnie coś pomija. Coś rozjaśnia, ale nie można się tego zbyt mocno trzymać. Zdziwienie może jednak wywołać próba uświadomienia sobie, że kilkanaście pokoleń wstecz swoboda w traktowaniu spraw ciała mogła być o wiele większa niż w czasach naszych dziadków. Rewolucji seksualnych było bowiem wiele.

Nic nowego w kwestii porno

Złudzeniu nowości i oryginalności swoich pomysłów ulegają nie tylko zwolennicy postępu. Także w kręgach katolickich, w których często mówi się dziś o nowej teologii ciała, mogą się rodzić fałszywe przekonania, jakoby podkreślenie cielesności było wynalazkiem teologii naszych czasów. Tymczasem w historii nie ma niczego nowego. Jedni na nowo odkrywają przyjemności rozwiązłych podniet, inni sięgają głęboko do chrześcijańskiej tradycji podkreślającej godność ciała.

Wielkim odkryciem były dla mnie średniowieczne komentarze do Pieśni nad Pieśniami. A średniowiecze samo w sobie purytańskie z pewnością nie było. Za wojskiem ciągnęły prostytutki, miasta stanowiły siedlisko rozpusty, tajemnice rozkoszy zaś były znane szerokim rzeszom. W tym samym czasie św. Bernard z Clairvaux miewał wizje, w których dane mu było ssać mleko z piersi Maryi. Jego uczniowie ku czci tych piersi pisali wiersze i z oddaniem komentowali Pieśń nad Pieśniami. Jakże ważne były dla nich słowa o łonie, któremu dane było nosić Boga, i piersiach, które ssał!

Ileż rozkoszy jest choćby w komentarzach do samego początku Pieśni nad Pieśniami, który w tłumaczeniu Biblii Tysiąclecia opowiada o miłości przedniejszej od wina. W Wulgacie zamiast słowa „miłość” mamy ubera, czyli „piersi”. To piersi są przedniejsze od wina. I pisze Alan z Lille: „Te właśnie piersi były Chrystusowi słodsze nad wino, czyli najsmaczniejszy z napojów. Wino jest bowiem pierwszym z napojów, dzięki któremu zrozumieć można wszelką rozkosz picia”. Lubię ten fragment. Drobne rozkosze są możliwe dzięki temu, że mamy odniesienie do rozkoszy większych. W rozkoszach nie ma niczego złego, skoro cieszył się nimi wcielony Bóg.

Przywołanie średniowiecza, zarówno w jego oddaniu rozpuście, jak i w nabożeństwie cystersów, jest bardzo użyteczne. Widać wyraźnie, że prawdziwy spór nie toczy się między zwolennikami krótkich i długich spódniczek. Między małą czarną a długą szarą. Nie o spódniczki tu chodzi, ale o Pana Boga. Dlatego też, tak jak możemy myśleć o nagości po katolicku, tak nie ma katolickiej pornografii. Jest to banalne, ale konieczne do przypomnienia. Podczas gdy w koncepcji pornografii chodzi o używanie ciała, w chrześcijańskim pozytywnym podejściu do seksu i nagości chodzi o cieszenie się nim jako integralną częścią osoby. Tu widać radykalną opozycję.

Rozkosz w raju

Miejmy się jednak na baczności. Niech nas nie zwiodą pobożni mnisi, którzy w średniowieczu kazali się cieszyć i winem, i piersiami. Nie uszanowalibyśmy ich dziedzictwa, gdyby całe dzieła zostały potraktowane jak zlepek fragmentów użytecznych zależnie od okazji. Wspomniany Alan z Lille podkreśla, że Chrystus czerpał nie z chęci zażycia lubieżnych przyjemności, ale chcąc zaczerpnąć dziewiczej obfitości.

Powraca tu mądra nauka św. Augustyna. Bronił on tezy, zgodnie z którą Adam z Ewą odczuwali w raju przyjemność seksualną. Ta przyjemność jest dobra. A jednak ta sama przyjemność, odczuwana już po grzechu pierworodnym, jest niepełna i skrzywiona. Pierwotnie była ona bowiem połączona z opanowaniem, kontrolą i spokojem. Obecnie nosi często cechy irracjonalności i pokusy zezwierzęcenia. Przeżywając ją, mamy udział w tej pierwotnej czystej przyjemności, a zarazem jesteśmy narażeni na obciążenia płynące z grzechu. Cały czas musimy się mieć na baczności.

W tym sensie nie ma prostych zaleceń czy też jednego i zawsze skutecznego przepisu na katolicki seks i katolicką rozkosz. Granica między seksualnością przeżywaną w ramach etyki katolickiej a zwykłą pornografią z łatwością może się niebezpiecznie przesunąć. Pod tym względem nasze czasy nie są niczym nowym. Mylić mogą się zarówno ci, którzy ufają seksualnej rewolucji, jak i ci, którzy z wytęsknieniem czytają o seksualności przedrewolucyjnej. Człowiek aż tak radykalnie się nie zmienił. Jest wciąż tak samo blisko anioła i zwierzęcia.

Pozostaje nam zachować nieufność zarówno wobec rozerotyzowanych progresistów, jak i współczesnych purytańskich ciotek. Jedni i drudzy myślą, że sekret dobrego życia tkwi w społecznych schematach. A on jest ukryty zupełnie gdzie indziej, w Ewangelii i gdzieś głęboko w naszych zagubionych sercach.
Sam nie wierzę w seksualną rewolucję. Ani jako życiową propozycję, ani schemat tłumaczący przemiany społeczne. W ogóle nie wierzę w rewolucje. Widzę tylko nasze ludzkie konwulsje. Zbliżenia i oddalenia od Boga. I wierzę, że On też to wszystko widzi i się nie dziwi. Jak mówi stare porzekadło: widzi i nie grzmi. Przejmuje Go za to litość, gdy patrzy na nasze słabości. Otwierajmy więc śmiało Pieśń nad Pieśniami i uczmy się.

Więcej i bardziej nago
Mateusz Matyszkowicz

urodzony 1 stycznia 1981 r. – polski filozof i publicysta, redaktor naczelny portalu „Teologii Politycznej” i kwartalnika „Fronda Lux”, dyrektor TVP Kultura (2016-2017), dyrektor TVP1 (2017-2018), od 2019 r. członek zarządu TVP....