Porzucić sieci
Oferta specjalna -25%

Nerw święty. Rozmowy o liturgii

0 opinie
Wyczyść

My, Polacy, jesteśmy bardzo zaradni życiowo. Czy jednak pod płaszczykiem zaradności nie zagłuszamy przypadkiem własnego sumienia?

Od jednego z wykładowców (wciąż jestem uczęszczającym na zajęcia studentem) usłyszałem niedawno, że w kategorii „ochrona praw autorskich” chętnie przyznałby nagrodę pewnemu katolickiemu wydawnictwu z Poznania. Zakładam, że czytelnik miesięcznika „W drodze” nie będzie miał trudności z rozwiązaniem tej niezbyt skomplikowanej zagadki. Jak twierdzi ów wykładowca: „Drukowane książki mają niewielki, fatalny wręcz, margines wewnętrzny”. Opinię powtarzam, bo sam nigdy pod tym kątem nie prowadziłem badań. „Zatem – ciągnął dalej prowadzący – jeżeli chcesz kserować książkę, tak aby zmieścić dwie strony na jednej kartce A4, to albo staje się to niewykonalne, albo trzeba poświęcić piękny wygląd woluminu, zwłaszcza jego grzbiet, gdyż najwyraźniej klej nie wytrzymuje złożonej operacji powielania”.
Rozstrzygnięcie, czy uwaga wykładowcy stanowiła jedynie przytyk do jakości książek, czy też wyrażała realną troskę o prawa autorskie, dyplomatycznie pozostawię samemu czytelnikowi…

Czy to jest grzech?

Jakiejkolwiek odpowiedzi by udzielić, faktem jest, że Nero(n) coraz częściej, zwłaszcza przez najmłodszą generację, kojarzony jest z programem komputerowym służącym do wypalania płyt CD czy DVD niż z despotycznym i żądnym władzy cesarzem rzymskim z I wieku, za którego panowania spłonęło Wieczne Miasto. Winą za pożar Rzymu obarczono wówczas chrześcijan i rozpoczęto ich prześladowania. Notabene, żydowska gematria, opierająca się na języku i alfabecie hebrajskim, „Neron Caesar” wyrażała sumą „666” („liczbą Bestii”), czego ślady znajdujemy w Apokalipsie (Ap 18,13). Nie chodzi jednak o to, by jak pierwsi chrześcijanie w Neronie, tak w programach komputerowych (takim czy innym) widzieć uosobienie szatana. Istota zła masowego kserowania książek, crackowania programów komputerowych, świadomego i wysublimowanego omijania licencji czy ściągania w gigantycznych ilościach filmów i muzyki z internetu kryje się gdzie indziej. No właśnie, co odpowiadać osobom, które co rusz przychodzą po wskazówkę lub poradę w tej kwestii?

Gdy sumienie gryzie

Po pierwsze, dobrze, że przychodzą. To znaczy, że szukają, że nie próbują zagłuszyć własnego sumienia oraz wątpliwości, które się w nim rodzą. Oczywiście – jak przypomina Katechizm Kościoła katolickiego – „człowiek powinien być zawsze posłuszny pewnemu sądowi swojego sumienia” (KKK 1790). Ważne jednak, czego często się już nie dopowiada, by było ono dobrze uformowane. „Konieczna jest więc praca nad poprawianiem błędów sumienia” (KKK 1793), by przypadkiem fałszywe i niekonfrontowane z prawdą sumienie w rezultacie nie usprawiedliwiało życia w grzechu. Taką patologiczną sytuację można przyrównać do choroby, która jeśli nie jest właściwie leczona, może zdeformować nasze ciało. Trwanie w grzechu także grozi trwałym zniekształceniem sposobu myślenia.

Zdarza się, że przychodzą do konfesjonału penitenci, którzy „nie czują potrzeby”, a nawet za wszelką cenę nie chcą w swoim życiu grzechu nazwać grzechem. Szukają natomiast usprawiedliwienia w słabości, niedoskonałości, okolicznościach itd. Na przykład pobierają w ogromnych ilościach filmy, czasem do tego stopnia, że zaczynają je ściągać – jak w wypadku sławetnego już House’a – zanim zakończy się emisja wersji oryginalnej, zapisują na własne dyski terabajty danych muzyki, a jednocześnie szukają u spowiednika zrozumienia dla swojego postępowania. Z jednej strony przeczuwają, że coś jest nie w porządku, z drugiej jednak nie chcą zerwać ze swoim sposobem myślenia, gdyż oznaczałoby to zmianę dotychczasowej praktyki. To zaś przede wszystkim wymaga odwagi i gotowości do wyrzeczeń: że nie zawsze będę na bieżąco, że będę musiał poczekać na emisję w telewizji, że trzeba będzie zapłacić za ściągany film.

Życiowa zaradność

Gdy mieszkałem w akademiku – nie mam tu na myśli klasztoru z czasów studiów zakonnych – pamiętam współlokatorów, którzy byli w stanie załatwić bez trudu każdy, nawet najnowszy i najdroższy program. A skoro więcej osób decyduje się na pracę na nielegalnym produkcie, jeśli istnieje społeczne przyzwolenie – zataczające kręgi dużo szersze niż akademik – to łatwiej o samousprawiedliwienie. Jeśli inni mogą, to dlaczego sam mam się wyróżniać i narażać na złośliwe uśmieszki „zaradnych życiowo”?

Naturalnie, zdarzają się sytuacje, gdy producenci oprogramowania wypuszczają na rynek produkty typu shareware, freeware czy wersje próbne, by zaznajomić z nimi klientów, z nadzieją, że w przyszłości – wówczas już odpłatnie, bez ograniczeń czy limitów uruchomień – będą z nich korzystać. Podobną strategię stosują niektórzy producenci fonograficzni, by osłuchać klienta z „bitem”, a w konsekwencji sprowokować zakup całego albumu. Informacja o tym jest jednak najczęściej znana wcześniej, to znaczy przed rozpoczęciem działań. Użytkownik wie, kiedy i na jakich warunkach pracuje legalnie.

Wysoka cena

Chciałbym jeszcze wspomnieć o pojawiającym się nieraz argumencie mającym złagodzić ocenę moralną. Chodzi o wysokie ceny oprogramowań, albumów muzycznych czy książek „nie na moją kieszeń”, co – rzekomo – miałoby nas uprawniać do sięgania po alternatywne źródła. Rzecz jasna, nie można wszystkiego wrzucić do jednego worka. Ale po kolei.

Kiedy decydujemy się na nielegalne używanie programów czy ściągnie muzyki z internetu, przyczyniamy się do nakręcania spirali, która w rzeczywistości jest klasycznym błędnym kołem: skoro nie płacisz, jesteś złodziejem. Sprawiasz, że producenci nie notują oczekiwanego zysku, a tym samym, aby zarobić, podnoszą cenę; kwota zbyt wysoka – tu zaczyna się „gdybanie” rozmiękczające poczucie winy – ergo ściągam.

Prawdą jest, że często ceny oprogramowania nie są najniższe, lecz niejednokrotnie, gdy pytam w konfesjonale o kwotę za konkretny produkt, następuje krępujące milczenie obnażające ignorancję. Niektórzy zamiast sprawdzić, choćby na stronie producenta, żyją w przekonaniu o niedostępności finansowej, która w konfrontacji z rzeczywistością okazuje się zwyczajną fikcją. Poza tym, coraz częściej można się spotkać z całkowicie darmowym „otwartym oprogramowaniem” (open source), współtworzonym i rozwijanym nie przez konkretną firmę, lecz przez samych użytkowników. Swoją funkcjonalnością nie odbiega ono od płatnych odpowiedników, choć niejednokrotnie wymaga większych umiejętności. Coś za coś…

Poszukiwacze prawdy

Świadomie omijałem dotychczas sprawę książek, która – w moim przekonaniu –stanowi osobną kategorię, zwłaszcza dla studentów. Oczywiście, idealna byłaby sytuacja, gdyby można było tanio kupić każdą potrzebną książkę. Od idealizmu przejdźmy jednak do realizmu.

Często w przygotowaniu do egzaminu konieczne jest zaznajomienie się jedynie z wybranym rozdziałem, za to z kilkunastu (kilkudziesięciu) pozycji. Niejednokrotnie biblioteki dysponują wyłącznie kilkoma egzemplarzami, z których większość – zakładając sporą liczbę chętnych – jest nie do wypożyczenia. Egzaminatorzy jak byli, tak są bezlitośni, a budżet studenta ograniczony. Wówczas nie powiedziałbym „nie” dla użytku osobistego, co nie oznacza, że problem znika, o czym przypominają odpowiednie przepisy prawa państwowego, stanowiące istotny punkt odniesienia. Ponieważ prawnikiem nie jestem, a wachlarz możliwości zazwyczaj prezentuje się bardziej okazale, studentowi mającemu wyrzuty sumienia – z takiego lub podobnego powodu – sugeruję przeformułowanie sposobu nauki.

Warto w tym miejscu przypomnieć, że studia to przede wszystkim pasja poszukiwania prawdy, a nie zaliczanie kolejnych egzaminów, na które w krótkim czasie trzeba „zakuć” zadaną dawkę wiedzy, by równie szybko ją zapomnieć. W studiowaniu chodzi o coś więcej, mianowicie o szacunek i kulturę nauki, która nie sprowadza się do prostego (by nie powiedzieć: prostackiego) odtworzenia materiału. To sztuka bycia i myślenia.

Ten brak szeroko pojętej kultury daje się nam czasem we znaki. W porównaniu z innymi, my, Polacy, niewątpliwie jesteśmy zaradni życiowo. Chwilami nawet za bardzo. Wystarczy posłuchać, jak dobrą opinią cieszymy się wśród pracodawców obcych państw. Czy jednak ta obrotność nie jest dla nas mieczem obosiecznym? Czy nie odbywa się kosztem luźnego traktowania i omijania wszelkich możliwych przepisów? Czy przypadkiem pod płaszczykiem zaradności nie zagłuszamy własnego sumienia? Weźmy choćby Norwegów, którzy – geograficznie i kulturowo – żyją w podobnym kontekście. Nie przypuszczam, by obecny norweski system prawny różnił się diametralnie od naszego. A jednak w statystykach, gdy chodzi o problem ściągania z internetu czy korzystania z nielegalnego oprogramowania, dzieli nas prawdziwa przepaść. Norwegowie zajmują pierwsze miejsca w rankingach uczciwości, my raczej te bliżej końca.

Wybór dla odważnych

Dietrich Bonhoeffer – luterański pastor, który otwarcie sprzeciwił się faszyzmowi w hitlerowskich Niemczech i zginął w obozie koncentracyjnym Flossenbürg – w swojej książce Naśladowanie (Nachfolge) z 1937 roku charakteryzuje dwa rodzaje łaski: tanią i drogą. Pierwsza „to łaska bez pójścia za Chrystusem, łaska bez krzyża, łaska bez żywego Jezusa Chrystusa, który stał się człowiekiem”. W tej perspektywie spotkanie z Bogiem staje się wyłącznie ustną, niewiele znaczącą deklaracją, miłym dodatkiem, schematem, który w zasadzie niewiele zmienia w naszym życiu.

„Łaska droga to Ewangelia, której wciąż na nowo trzeba szukać, dar, o który trzeba zabiegać, drzwi, w które trzeba kołatać. (…) To wołanie Chrystusa, na głos którego uczeń porzuca swe sieci i rusza Jego śladem”.

Gdy myślę o problemie piractwa, o tym, że są takie chwile, w których wydaje się, że nikt nie patrzy nam na ręce, gdy przyglądam się z uwagą argumentom, że co prawda nie można nielegalnie kopiować, crackować, ściągać z internetu, ale wszyscy tak robią, to wspominam starą prawdę, że chrześcijaństwo nie jest dla tchórzy, lecz dla odważnych. Nie da się pójść za Panem bez krzyża, bez nawrócenia, chyba że chcę zrobić z Chrystusa mniej lub bardziej estetyczny dodatek.

Porzucić sieci
Dominik Jurczak OP

urodzony w 1980 r. – dominikanin, rekolekcjonista, liturgista, absolwent teologii UPJPII, doktor nauk liturgicznych Pontificium Institutum Liturgicum, wykładowca w Papieskim Instytucie Liturgicznym (Anselmianum) i w Angelicum....

Produkt dodany do koszyka

Zobacz koszykKontynuuj zakupy

Polecane przez W drodze