Triduum Paschalne. Przewodnik
Przepraszam, ale znów o kremach do twarzy. Cóż, to w końcu felieton. Do tego mój ostatni, pożegnalny. Rozważałam różne tematy poważne, myślałam: może o Iranie, może o Izraelu, może o podobieństwach między Talmudem a Nowym Testamentem, po raz pierwszy zebranych w XVIII wieku, które byłyby, jak sądzę, zaskakujące i ciekawe dla polskiego czytelnika. Na przykład słynna odpowiedź, jaką Rabbi Hillel udzielił bezczelnemu studentowi, który zażądał, by Hillel, skoro jest taki mądry, nauczył go całej Tory, stojąc na jednej nodze. Na co Hillel powiedział: „Nie czyń bliźniemu swemu tego, czego byś nie chciał, żeby czynił tobie. To jest całe prawo; cała reszta to komentarz”. U Mateusza Jezus mówi prawie słowo w słowo to samo: „Wszystko zatem, co byście chcieli, aby ludzie wam czynili, to i wy im czyńcie. Do tego bowiem sprowadza się Prawo i Prorocy” (Mt 7,12). Mamy też talmudyczne odpowiedniki Mateuszowych „niech wasze tak znaczy tak, a wasze nie – nie” (Mt 5,37); „Nie martwcie się więc o jutro, gdyż jutro zatroszczy się o siebie. Dzień dzisiejszy ma dość własnych kłopotów” (Mt 6,34); „Przestańcie osądzać, abyście nie zostali osądzeni” (Mt 7,1); „Dlaczego widzisz drzazgę w oku swojego brata, a belki we własnym nie dostrzegasz? Albo jak możesz powiedzieć swemu bratu: Pozwól, że wyjmę drzazgę z twego oka, gdy belka tkwi w twoim własnym? Obłudniku, usuń najpierw belkę z własnego oka, a wtedy przejrzysz, aby wyjąć drzazgę z oka swego brata” (Mt 7,3–5); i bardzo, bardzo wiele innych.
Praca nad Talmudem – nad kodyfikacją wszystkich aspektów Prawa – zaczęła się za wczesnych czasów Drugiej Świątyni i trwała przez pierwsze dwa wieki naszej ery. Nowy Testament i Talmud nawzajem się oświetlają na bardzo wiele złożonych i fascynujących sposobów; trwają prace nad analizą związków między nimi. Ale za dużo jest tych podobieństw, odpowiedników i zapożyczeń, by zacytować tu nawet setną ich część, nie mówiąc o wdawaniu się w refleksję nad nimi. Poza tym kolejna tajemnica w dziedzinie kremów do twarzy nie daje mi spać po nocach. Więc – zużywszy tymczasem połowę miejsca na wyliczanie rzeczy, o których nie mam zamiaru pisać, jak w parodii greckiej tragedii – przejdę teraz do nich.
Na niektórych lekko zabarwionych kremach do twarzy widnieje tajemniczy napis, informujący, że są one „jednoczące” (lub może uspójniające): że osiągniemy dzięki nim „zjednoczoną” (lub może ujednoliconą albo uspójnioną) twarz. Nie jest on nigdy tłumaczony na język polski – ze zrozumiałych powodów, choć w innych językach deklaracja ta brzmi niewiele mniej tajemniczo.
Myślałam – w mierze, w jakiej w ogóle o tym myślałam – że moja twarz jest już zjednoczona (a także uspójniona i ujednolicona). Ma nos, czoło, brwi i wszystkie inne należące do niej części, mniej więcej tam, gdzie powinny być. Myślałam, że same z siebie, bez żadnych dodatkowych starań z mojej strony, stanowią zjednoczoną całość: nie poniewierają się nigdzie same, nie wyrywają się, by wędrować w inne miejsca mojej anatomii, chichocząc złośliwie. Okazuje się jednak, że błędne, żałośnie błędne, było to założenie. Może nie chichoczą złośliwie (choć nie mogę być tego pewna: mogą to robić cicho, żebym nie słyszała); może tak całkiem dosłownie nie uciekają, by poniewierać się tam, gdzie nie powinny. Ale na czym polega prawdziwe zjednoczenie (czy też ujednolicenie lub uspójnienie) twarzy – to widać dopiero po zastosowaniu kremu.
Muszę przyznać (przysięgam, że nie zostałam wynajęta w celach reklamy przez żadną firmę produkującą kremy), że coś w tym jest. Trudno opisać, co. Po prostu nagle się ma twarz. I okazuje sie, że przedtem rzeczywiście się jej nie miało albo miało się ją w mniejszym, mniej wyraźnym stopniu. Coś, gdzieś, w jakiś tajemniczy sposób istotnie się jednoczy (czy też ujednolica albo uspójnia) i oto – jest twarz. Niekoniecznie ładniejsza niż przedtem, ale jakoś bardziej twarzowata. Spójniejsza. Tym optymistycznym akcentem życzę wszystkim wesołych świąt i dobrego, ujednoliconego, zjednoczonego i spójnego nowego roku.
Oceń