Po leku
fot. lou batier / UNSPLASH.COM

Spieszę z wyjaśnieniem: nic nie brałem. W tytule nie chodzi o specyfik, którego zażycie poprzedziło pisanie niniejszego felietonu. W godce (mowie), którą posługują się zwłaszcza rdzenni mieszkańcy śląskiej prowincji, określenie „po leku” nie ma nic wspólnego z medycyną. Najczęściej występuje ono we frazie nieco dłuższej, która brzmi: „brać coś po leku”. Chodzi głównie o sposób podejścia do wykonywanej czynności. „Po leku” oznacza zarazem: powoli, spokojnie, metodycznie, z dystansem emocjonalnym, bez zacietrzewienia. Pamiętam, że w dzieciństwie najczęściej słyszałem to wyrażenie od dorosłych w postaci „weź se to, synek, po leku”. Na przykład wtedy, gdy toczyłem walkę z zacinającym się brzeszczotem piłki do metalu. Miałem może z sześć lat i usiłowałem przeciąć jakiś stalowy pręt. Oczywiście starałem się to zrobić efektownie, czyli szybko. Im bardziej się zapalałem, tym częściej i gwałtowniej brzeszczot „kantował” i blokował się. „Weź se to, synek, po leku” – padała z ust mojego ojca sakramentalnie śląska instrukcja do wszystkiego.

Od jakiegoś czasu fraza ta przychodzi mi na myśl dość często. Po pierwsze, przy czytaniu teologicznych bądź teologizujących komentarzy w internecie. Po drugie, przy czytaniu, słuchaniu lub oglądaniu katolickich blogerów i publicystów. Kiedy słyszę pewność, z jaką niektórzy wygłaszają marnie uargumentowane tezy, oceniają innych z wyżyn nadanego samemu sobie autorytetu, przedstawiają prywatne opinie jako nauczanie Kościoła albo to nauczanie mniej lub bardziej subtelnie kontestują, to nieodparcie włącza mi się myśl: „Weź se to, synek, po leku”…

Zostało Ci jeszcze 57% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się