Barczyści zesłańcy
fot. josh calabrese / UNSPLASH.COM

Barczyści zesłańcy

Obaj byli z Galicji. Tą galicyjskością się popisywali i tęsknili za nią, ale mieli na tyle rozumu, że interesy woleli prowadzić w Wielkopolsce.

– Ojcze, co my w tym Poznaniu robimy? Tu się nic nie dzieje! Tu można tylko pracować, pracować… – narzekał Roman Brandstaetter.

– No to wracajmy na południe, proszę pana, wracajmy do swoich… – odpowiadał Jan Góra.

– Eeee, niee, tutaj bowiem jesteśmy obaj genialni, ojcze Janie, a tam na południu wszyscy tacy jak my…

W końcu jednak się namówili i poszli. Czy na południe, czy na zachód? Nie wiadomo, gdzie to niebo się znajduje. I dlaczego przestała im w końcu przeszkadzać konkurencja.

Jeden i drugi byli moimi mistrzami, chociaż głosili nieraz całkiem sprzeczne nauki. Brandstaetter powtarzał mi, że wątpliwości nie szkodzą wierze, że są jak szczepionka. Góra twierdził, że wątpliwości to choroba duszy. Często opowiadał, jak to pewien ksiądz zwierzał się z ambony wiernym, że ma takie same wątpliwości jak oni. – To po coś tam wylazł? – usłyszał.

Brandstaetter przepowiedział mi przyszłość. Oznajmił, że zostanę pisarzem, że mam głowę tak samo gorącą jak on w młodości i wkładam ją jak kij w mrowisko, ale zginę za to marnie, bo „żadne wonie Arabii nie zabiją smrodu z wrzodu, jakim dla każdego narodu jest ksiądz, pop i rabin”. Góra moją przyszłość pisarską sprowokował. Kiedyś przyjechały do niego siostry Jezusa Miłosiernego i namawiały, żeby napisał książkę o Faustynie i ich zgromadzeniu. Nie wiedziały jeszcze, że Góra może pisać tylko o sobie i o swoich dziełach – to znaczy dziełach Bożych. A że się akurat nawinąłem, to wskazał na mnie palcem i powiedział: Ale mam dla was świetną propozycję… Grzegorczyk to jest cynik jak cholera, on wam napisze bestseller.

I stało się. Wrobił mnie w miłosierdzie po wszystkie czasy. Obaj w niekonwencjonalny sposób poinformowali mnie, co mam w życiu robić.

***

Góra przymierzał się do stworzenia portretu Romana Brandstaettera. Chcąc napisać, że ma szerokie bary, użył słowa: krępy. Próbkę opisu pokazał swemu bohaterowi, a ten się zdenerwował i rzekł: Ojcze, niech ojciec sobie raz na zawsze zapamięta, że krępy w polszczyźnie znaczy tyle, co kurdupel, a ja jestem barczysty.

Mam teraz napisać o tych dwóch galicyjskich geniuszach, więc modlę się, żeby wyszli… barczyści.

***

Obaj twierdzili, że do Poznania przyjechali na zesłanie. Brandstaetterowi po jego wojennej tułaczce Poznań wskazał minister Sokorski. Powiedział mu z uśmiechem, że to stare endeckie miasto i z pewnością będzie się tam źle czuł. Górę przysłały tu władze zakonne, przerywając jego marzenie o byciu zakonnikiem, pisarzem, warszawskim salonowcem. Kazały mu się zająć młodzieżą po ojcu Piusie, który obrał kurs zbytnio hippisowski.

I tak dzięki zesłaniu Roman Brandstaetter napisał Jezusa z Nazarethu, a Jan Góra został OJCEM – ojcostwo stało się sensem jego kapłaństwa, czego wcześniej absolutnie nie przeczuwał. Zrodziła się też tu ich wielka przyjaźń. Brandstaetter widział w Górze niemal syna, Góra w Brandstaetterze swojego mistrza. A przed mistrzami zawsze klękał, miał do nich stosunek nabożny. Brandstaetter mówił, że wiara musi być sztuką – Góra był skrzyżowaniem kapłana i artysty. Nie mogli lepiej na siebie trafić. Nie ma przypadków. Bóg nie gra w kości.

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się