Od rorat do rorat
fot. joshua newton / UNSPLASH.COM

Od rorat do rorat

Ojciec Jan zaproponował, żeby roraty odprawiać o trzeciej nad ranem. Matki podniosły lament i zaczęły wydzwaniać do klasztoru. – Kto to widział! – krzyczały do słuchawki. Stanęło ostatecznie na godzinie szóstej.

To było w poniedziałek, cztery dni przed Bożym Narodzeniem. Zapiecek, czyli kaplica U Pana Boga za Piecem przerobiona przez ojca Jana z dawnej piwnicy klasztoru. Dwadzieścia kilka osób, półmrok, mała lampka oliwna na ołtarzu. Trwają roraty, msza św. o Matce Bożej. Kazanie jest krótkie. Ojciec Jan mówi, że z dnia na dzień Pan Jezus staje się coraz bardziej widoczny w ewangeliach. Wyłania się Jego kształt. Jak u rzeźbiarza, który za każdym uderzeniem dłuta w marmurze widzi coraz wyraźniej ostateczny kształt swojego dzieła. Tak samo jest z Chrystusem. Jest coraz bliżej nas. Niebawem nadejdzie…

Potem modlitwa powszechna. Gosia Kowalska, dawna wychowanka ojca Jana, która przyszła tego wieczoru, pamięta dwie ostatnie intencje: „Módlmy się za wszystkich ludzi dobrej woli, którzy wspierają lednickie dzieło, by nigdy tego nie żałowali”. A potem ojciec Jan patrzy jej prosto w oczy i mówi: „Za chorych”. Gosia ma oczy pełne łez. Obydwoje wiedzą, dlaczego. – To niesamowite, że ciągle o tym pamiętasz, jesteś naprawdę ojcem – myśli wtedy.

Przechodząc do ołtarza, ojciec Jan dorzuca swoim zwyczajem: Rozmawiałem dziś z księdzem Ptasznikiem z Rzymu w sprawie dedykacji papieża Franciszka na Biblii dla młodych na Lednicy. „Próbuj, Janie, próbuj! Jak nie będziesz próbował, to nie będziesz wiedział” – powiedział mi. Tyle miłości i dobra Jezus daje przez ludzi. To wielkie rzeczy, wielkie rzeczy.

To były jego ostatnie słowa do nich.

Kiedy zaintonował Sanctus, na tę samą melodię chorału gregoriańskiego, którą kolejne pokolenia dominikańskie śpiewały na roratach od 30 lat, szepnął Eli Drożniewicz na ucho: – Śpiewajcie dalej, ja muszę na chwilę wyjść, a ty tu wszystkiego pilnuj – ucałował ołtarz i wyszedł dziarskim krokiem, jakby go wzywano. Na ołtarzu został kielich i patena z chlebem, który za chwilę miał się stać w jego rękach Chrystusem. I lampka oliwna, która nagle zaczęła dymić, jak kadzidło w rękach Roberta Wasiutyńskiego.

Wyeliminować maminsynków

W czasach licealnych i studenckich, czyli dawno temu, ojciec Jan był dla Roberta, dla mnie i dla wielu inny

Zostało Ci jeszcze 85% artykułu

Wykup dostęp do archiwum

  • Dostęp do ponad 5000 artykułów
  • Dostęp do wszystkich miesięczników starszych niż 6 miesięcy
  • Nielimitowane czytanie na stronie www bez pobierania żadnych plików!
||
Wyczyść

Zaloguj się